Szukaj
Tam i z powrotem, czyli 7603 km urlopu Skutersyna. (Jan Sekta)

Tam i z powrotem, czyli 7603 km urlopu Skutersyna. (Jan Sekta)

konkurs zgloszenie

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Historyk regionalista, były nauczyciel historii, kustosz Giżyckiego Archiwum Cyfrowego. Motocyklista od dwóch lat.

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 18
Ilość kilometrów: 7603
Ilość uczestników: 1
Ilość krajów: 12
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: Aprilia SR GT 200
Rok wyprawy: 2026
Kanał Youtube:
Instagram:
Facebook: https://www.facebook.com/Janczik.S/
Blog:

Jan Sekta

Pełen opis

Jeszcze dwa lata temu nie przypuszczałem, że motocykl stanie się moim sposobem na poznawanie Europy. Przez wiele lat podróżowałem, z kumplem, rowerem trekkingowym. Było wolniej, czasem ciężej, ale człowiek miał czas zobaczyć każdy kamień przy drodze. Potem zdrowie postanowiło napisać własny scenariusz i rower musiałem odstawić. I wtedy pojawiła się Aprilia SR GT 200. Dla jednych zwykły skuter do miasta, dla mnie inny sposób na podróżowanie. W pierwszym sezonie poznawałem skuter – okolice Giżycka, potem trochę dalej. Polska, coraz dłuższe trasy, coraz mniej obaw. Szybko wyszło, że mały „bzyk” daje sobie radę lepiej, niż przypuszczałem. Jest zwinny, wygodny i przyjemny w prowadzeniu. Oczywiście wszystko ma swoje granice. Przy 120 km/h miałem czasami wrażenie, że gdybym wystawił uszy z kasku, to wzbiłbym się w powietrze. Komfortowa prędkość? Zdecydowanie okolice setki. I dobrze. W drugim sezonie przyszła pora na coś poważniejszego – Rumunia. Transfăgărășan i Transalpina, dwie drogi, o których motocykliści mówią niemal z nabożeństwem. Obie przejechane bez większych problemów. Wróciłem z przekonaniem, że moja Aprilia potrafi znacznie więcej, niż sądzi większość motocyklistów. I wcale nie trzeba mieć litra. Wystarczy setka lub dwie. Wtedy pojawił się kolejny plan. Stelvio, Mangart, Ruska Cesta. Trzy kultowe drogi, trzy miejsca, o których czytałem w relacjach motocyklistów. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że te trzy drogi zamienią się w podróż przez pół Europy.
Wyjechałem 19 lipca, w niedzielę. Początek był, powiedzmy, mało zachęcający. Do Olsztyna jeszcze jakoś poszło. Potem, gdzieś przed Ostródą, zaczęło padać. I padało. Do Poznania. Nie będę cytował tego, co wtedy mówiłem. Z Giżycka do pierwszego noclegu za Zieloną górą wyszło ponad 600 kilometrów. Jak na początek wystarczy. Następnego dnia ruszyłem do Dippoldiswalde nieopodal Drezna. Cel był dość nietypowy. Chciałem zrobić kilka zdjęć nagrobka Daniela Mustafy Sulkiewicza, protoplasty rodu, z którego wywodził się kapitan Maciej Sulkiewicz, bohater książki, którą napisałem. Ale to już zupełnie inna historia. Zdjęcia zrobione. Można jechać dalej.
Z Dippoldiswalde ruszyłem w stronę Czech. Żatec, Pilzno, a potem kierunek granica niemiecka, w pobliżu Pasawy. Nocleg znalazłem w miejscu, które samo w sobie było ciekawsze niż niejeden hotel. Dawny dworzec kolejowy. Kwatera okazała się naprawdę fajna. Człowiek jedzie motocyklem przez Europę, a na noc ląduje na starym dworcu. I właśnie za takie rzeczy lubię podróże. Następnego dnia przyszedł czas na Pasawę. Kilka godzin włóczyłem się po mieście. Ładna architektura, ciekawa atmosfera, sporo miejsc, przy których warto się zatrzymać. Zamiast więc gonić kolejne kilometry, zrobiłem to, co podczas takich wypraw jest najprzyjemniejsze. Zostawiłem motocykl i poszedłem przed siebie. Potem kierunek Austria. W Bawarii trafił mi się kolejny nocleg. Bardzo fajny. I bardzo „tani”. Dziewięćdziesiąt euro. No dobrze. Z tym „tani” trochę przesadziłem. Portfel nie podzielał mojego zachwytu.
Następnego dnia przez Austrię do Włoch. Cel – Stelvio. I tutaj psikusa zrobiła mi nawigacja Google maps. Zamiast spokojnie prowadzić mnie tam, gdzie chciałem, postanowiła urządzić mi małą wycieczkę krajoznawczą. Do Szwajcarii. Cóż. Nie planowałem. Ale najwyraźniej Google uznał, że warto. Ciekawy jestem tylko, jaki rachunek przyjdzie mi za internet. W końcu wróciłem na właściwą drogę. A potem pojawiło się Stelvio. I nagle wszystkie zdjęcia, filmy i opowieści innych motocyklistów przestały mieć znaczenie. Bo zobaczyłem to na własne oczy. Dziesiątki agrafek wspinających się po stromych zboczach wyglądały niesamowicie. Silniki wyją. Palce cały czas na klamkach hamulców. Skupienie. Koncentracja. Oczy dookoła głowy. I motocykliści z całej Europy. Wspinałem się spokojnie, ale nie bez obaw. Miałem lekkiego stracha … oby się nie wywrócić. Obciach. Chociaż, prawdę mówiąc, lepsi ode mnie tam się kładli. Kiedy w końcu stanąłem na szczycie, pomyślałem tylko: no, udało się. Nie trzeba litra. Wystarczy setka albo dwie. Satysfakcja była ogromna. Kolejne marzenie właśnie przestało być marzeniem.
No dobrze, skoro już jestem we Włoszech, to trochę szkoda byłoby ograniczyć się wyłącznie do Stelvio. Może zobaczę kilka zabytków, które dotąd znałem głównie z książek do historii? Na początek Trydent. Miasto soborowe. Ładne. Spokojne. Ale mnie specjalnie nie zachwyciło. Za to skoro już Trydent, to grzechem byłoby nie pojechać nad Gardę. I tutaj było już inaczej. Jezioro Garda wyglądało dokładnie tak, jak na fotografiach. Błękitna tafla wody. Góry. Miasteczka przyklejone do brzegów. Córka podpowiedziała mi trasę, na której podobno kręcono sceny do jakiegoś Bonda. No to cyk. Pojechałem. I faktycznie, trasa była świetna.
Potem Werona. Miasto, które zna chyba każdy, nawet jeśli nigdy tam nie był. Romeo. Julia. Balkon. No i oczywiście trzeba było zobaczyć balkon Julii. Stał. Jak najbardziej. A przed nim stała też kolejka. Długa. Bardzo długa. Popatrzyłem. Kolejka popatrzyła na mnie. I uznałem, że Julia może spokojnie poczekać na kogoś innego. Pojechałem dalej.
Następna była Padwa. Miasto, które dotąd znałem głównie z książek i albumów. Spacer po historycznym centrum daje to przyjemne uczucie, że nagle człowiek przestaje być w XXI wieku. Zaczyna chodzić ulicami, po których przez setki lat przechodzili ludzie, którzy nie mieli pojęcia, że kiedyś ktoś będzie ich miasto fotografował telefonem. Podobnie było w Ferrarze. Średniowieczne mury i renesansowa architektura przypominają, że historia nie mieszka wyłącznie w muzeach. Czasem wystarczy zaparkować skuter i przejść się ulicą. Rawenna była jeszcze inna. Dostojniejsza. Mozaiki, bazyliki i ślady cesarstwa sprawiają, że człowiek zwalnia. Po prostu zwalnia. Bo trudno biegać po miejscu, które przez półtora tysiąca lat nie straciło wiele ze swojej godności. A kiedy zobaczyłem mozaiki, Justyniana, Teodorę … opadła mi szczęka. Naprawdę.
Dla właściciela Aprilii jest jednak we Włoszech jeszcze jedno miejsce obowiązkowe. Noale. To tutaj narodziła się marka, która przez lata budowała swoje sportowe legendy. Nie mogłem odpuścić. Dojechałem. Popatrzyłem. I pocałowałem klamkę. Było zamknięte. No cóż. Nie wszystko w podróży musi się udać. Zrobiłem pamiątkową fotografię i uznałem, że sam fakt dotarcia do miejsca narodzin mojego „bzyka” jest wystarczającym powodem do satysfakcji. Poza tym człowiek może powiedzieć: byłem, widziałem, nie wszedłem, ale byłem.
Z Noale ruszyłem w stronę Słowenii. Teraz zaczynała się kolejna część wyprawy. Mangart. Kranjska Gora. Ruska Cesta. Dolina Soczy. Zanim jednak pojawiły się góry, trzeba było do nich dojechać. A potem przyszło Mangartsko sedlo.
Droga na Mangart to jedna z tych tras, które człowiek zapamiętuje na długo. Wąska. Stroma. Pełna zakrętów. Do tego tunele wykute w skale i widoki na włoskie oraz słoweńskie szczyty. Droga wspina się wysoko, aż do około 2055 metrów. I tutaj góry bardzo szybko przypominają człowiekowi, kto jest gospodarzem. Bo góry uczą pokory. Ja zapamiętam tę drogę na dłuuugo. Na jednym z zakrętów z góry zjeżdżała grupa młodych motocyklistów na GSach. Obwieszeni kuframi jak choinka bombkami. Jechali parami. Pewni siebie. Wręcz butni. A na wąskiej drodze każdy centymetr ma znaczenie. A oni najwyraźniej uznali, że wszystkie centymetry się ich. Poczułem mocne uderzenie. Jeden z kufrów zahaczył o moją Aprilię. Skuter został zepchnięty w stronę skalnej ściany. Usłyszałem charakterystyczny dźwięk szorującego plastiku. Najważniejsze było jedno. Nie upadłem. Oparłem się o ścianę. Zatrzymałem skuter. Stałem. Oddychałem. Aprilia wyglądała znacznie gorzej ode mnie. Owiewki głęboko porysowane. Prawa strona przypominała bardziej papier ścierny niż lakier. Klamka hamulca złamała się. Tamci nawet się nie zatrzymali. Po prostu pojechali dalej. Soczyście … patrzyłem za nimi przez chwilę. Potem spojrzałem na góry. I pojechałem dalej. Bo widoki z góry były naprawdę piękne. Warto było. A owiewki? Złamana klamka hamulca? No cóż. Miałem autocasco.
Po Mangarcie dotarłem do Kranjskiej Gory. Popularny kurort. Stąd zaczyna się kolejna legenda. Ruska Cesta. Po emocjach związanych z Mangartem była jak uspokojenie oddechu. Kamienne serpentyny. Stare brukowane fragmenty drogi. Drewniana kaplica upamiętniająca rosyjskich jeńców wojennych. I cisza. Dużo ciszy. Ta droga nie imponuje wysokością. Mi imponuje historią. Kaplica została zbudowana przy cmentarzu jeńców, których zabiła lawina. Usiadłem na ławce i przestałem myśleć o motocyklu, serpentynach i tym, czy zdążę zrobić kolejne zdjęcie. Po prostu siedziałem. Patrzyłem.
Potem przyszła pora na Bovec oraz Wąwóz Wielkiej Soczy. Socza jest jednym z tych miejsc, które na zdjęciach wyglądają trochę podejrzanie. Człowiek myśli: no, fotograf podkręcił kolory. Nie. Nie podkręcił. Woda naprawdę ma taki kolor. Nocowałem w Novej Goricy.
Po górach i Soczy przyszedł czas na kolejne słoweńskie miasta. Kamnik. W centrum średniowiecznego miasta znajduje się Mały Zamek, stojący na skalistym wzgórzu. Ruiny zamku. Stara kaplica. Widok na dachy Kamnika i Alpy. Niżej ulica Šutna, jedna z najbardziej urokliwych ulic miasta. Dawne szyldy, wąska zabudowa, spokojna atmosfera. Idealne miejsce na kawę. W moim przypadku lody. Potem Velenje. Zamek Velenje, XV-wieczna forteca na stromym wzgórzu. W środku muzeum, kolekcja sztuki afrykańskiej i nawet pozostałości prehistorycznego mastodonta. Następny był Ptuj. Najstarsze miasto Słowenii. Nad miastem góruje zamek, a w jego wnętrzach można zobaczyć między innymi tradycyjne maski karnawałowe Kurentów, dawne instrumenty i broń. Na rynku stoi Pomnik Orfeusza. W sumie to nagrobek. W średniowieczu służył jako pręgierz. To przykład, jak zmieniają się funkcje zabytków.
Wieczorem, podczas noclegu, zacząłem przeglądać opisy innych wypraw. I trafiłem na relacje z trasy wzdłuż Dunaju w Serbii. Pomyślałem: przecież to właściwie po drodze. Było Stelvio, Mangart, Ruska Cesta. Czemu nie to ?
Następnego ranka ruszyłem przez Słowenię do Chorwacji. Pierwszym ciekawym miejscem był Đurđevac. Tam znajduje się Đurđevački pijesci, rezerwat zwany chorwacką Saharą. Wydmy. Piasek. No … nie zachwyciło. A obok średniowieczna forteca Stari Grad. I wielbłądy. Dalej Stari Gradec, drewniany kościół św. Piotra i Pawła. Suhopolje – pałac Janković i park. Też bez zachwytu. Valpovo – kompleks zamkowy Prandau-Normann. Trochę lepiej. A potem Vukovar.
Tak, Vukovar to nie jest zwykły punkt na mapie. To miasto-symbol. Kiedy stanąłem pod Wieżą Ciśnień, miałem w głowie obrazy, które przed laty oglądałem w telewizji. Mam swoje lata. Pamiętam wiele wojen. Pamiętam obrazy miast, czołgów, ruin i ludzi uciekających ze swoich domów. Dlatego Vukovar oglądałem inaczej niż kolejne zabytkowe miasto. To nie była po prostu atrakcja turystyczna. Tu się dotykało bolesnej historii. Ludzie, których mijałem na szczycie zachowywali powagę, byli skupieni. Wieża została mi najbardziej w pamięci.
Po noclegu w Chorwacji ruszyłem w kierunku Serbii. Oczywiście po drodze znowu zabytki. Bo skoro już jestem. W końcu Belgrad. Nocleg udało się znaleźć w samym centrum, dosłownie niedaleko twierdzy. Wyszedłem na spacer. Wieczorem. Belgrad nocą okazał się bardzo ciekawy. Spacer trwał prawie do pierwszej w nocy. Miasto żyje. I to naprawdę żyje. Po całym dniu na skuterze powinienem oczywiście odpoczywać. Ale kto powiedział, że podróż ma być rozsądna?
Następnego dnia ruszyłem wzdłuż Dunaju. Ta rzeka ma w sobie coś niezwykłego. Jedziesz, a co jakiś czas zza zakrętu wyrasta twierdza. Potężne mury. Wieże. Ruiny. I świadomość, że przez setki lat ktoś bardzo pilnował tego, aby nikt tędy nie przejechał bez pozwolenia. Belgrad i twierdza Kalemegdan, stojąca nad ujściem Sawy do Dunaju. Potem Smederevo. Jedna z największych nizinnych twierdz średniowiecznej Europy. Potężne mury i 25 wież. Dalej Viminacium. Dawny rzymski obóz wojskowy i stolica prowincji Mezja Górna. Mauzoleum. Termy. Amfiteatr. Potem twierdza Ram. Niewielka, ale bardzo efektownie położona nad rzeką. A potem pojawił się Golubac. Tutaj zatrzymałem się na dłużej.
Golubac wygląda jak twierdza z filmu. Dziewięć potężnych wież wspina się po skalistym zboczu dokładnie tam, gdzie Dunaj zwęża się i wchodzi w Przełom Żelaznej Bramy. Patrząc na te mury trudno uwierzyć, ile bitew musiało się tu wydarzyć. I ile ludzi próbowało zdobyć miejsce, które natura sama postanowiła obronić. W historii tej twierdzy pojawia się również Zawisza Czarny. Po kampanii z 1428 roku do dziś można powiedzieć, że „szuka swojej głowy”. Dalej Kladovo i twierdza Fetislam. Osmańska forteca z XVI wieku, podzielona na Małe i Duże Miasto. Kolejna kawałek historii. Rzymianie. Serbowie. Turcy. Cesarstwa. Królestwa. I ja na małym skuterze.
W drodze dalej pojawił się wąwóz Jelašnica. Skalne ściany. A potem Felix Romuliana, rzymski kompleks pałacowo-forteczny w Gamzigradzie. Pałac cesarza Galeriusza. Mury. Wieże. Mozaiki. Robią wrażenie. Następnie Nisz, miasto, które ma mocny punkt programu. Ćele Kula – Wieża Czaszek. Zabytek, którego nie da się oglądać obojętnie. Została wzniesiona przez Turków osmańskich z czaszek serbskich powstańców poległych w bitwie na wzgórzu Čegar. Nie jest to atrakcja, przy której człowiek robi sobie wesołe zdjęcie. Tutaj się milknie. W Niszu jest także potężna osmańska twierdza oraz Mediana – pozostałości rezydencji cesarza Konstantyna Wielkiego. Ciekawe.
No to myk i jedziemy do Macedonii Północnej.
Skopje i nocny spacer. Zaskoczył mnie brud, dużo śmieci. To miasto kontrastów. Bogactwo. Drogie samochody. Monumentalne pomniki. Fontanny. I żebrzące dzieci na Kamiennym Moście. Wszystko obok siebie. Kamienny Most jest jednym z symboli miasta.
Ze Skopje do Ochrydy przez dolinę Radiki i Park Narodowy Mawrowo. Po drodze Kanion Matka. Pionowe ściany skalne, woda. Potem Tetowo i Malowany Meczet. Kolorowy, niezwykły zabytek osmański. Zwiedziłem go bardzo dokładnie. W końcu Ochryda. Tutaj zostawiłem bagaże i objechałem całe jezioro. Po obu stronach. Macedońskiej i albańskiej.
Jezioro Ochrydzkie po stronie macedońskiej i albańskiej wygląda inaczej. Ale po obu stronach ma ten sam spokój. I właśnie tego najbardziej potrzebowałem. Po setkach kilometrów, miastach, twierdzach, granicach i serpentynach nagle pojawia się wielka tafla wody. Człowiek jedzie i nie musi niczego zdobywać. Nie ma przełęczy. Nie ma czasu na hamowanie. Nie ma agrafek. Jest jezioro. Był też klasztor św. Nauma, tuż przy granicy z Albanią. Pawie. Czysta woda. Łódki. I miejsce, które aż prosi się, żeby na chwilę odstawić motocykl. W drodze przez Mawrowo był także Monastyr św. Jovana Bigorskiego. Jeden z najważniejszych prawosławnych klasztorów Macedonii Północnej. Najbardziej zapada w pamięć monumentalny, rzeźbiony w drewnie ikonostas. Po raz kolejny historia zrobiła swoje. Stałem, patrzyłem.
Po Macedonii przyszła pora na powrót na północ. Z Ochrydy wyjechałem rano, a dzień zapowiadał się całkiem spokojnie. Do czasu, gdy nawigacja Google po raz drugi postanowiła wywieźć mnie w maliny.
Wyznaczyłem trasę z Ochrydy do Leskovaca w Serbii. Wszystko wyglądało dobrze, dopóki nie okazało się, że zamiast na przejście graniczne nawigacja prowadzi mnie asfaltową wąską drogą, która nagle stała się polną drogą. Wkrótce dotarłem do miejsca, gdzie stały jedynie słupki graniczne. Żadnego szlabanu, żadnego budynku, żadnego pogranicznika. Ot, granica jakby była, ale przejścia nie było.
Na szczęście w pobliżu spotkałem mieszkańca Macedonii, który szybko wyprowadził mnie z błędu. Powiedział, że tutaj żadnego przejścia granicznego nie ma, a kilkaset metrów dalej znajduje się stanowisko serbskiej straży granicznej. Gdybym pojechał dalej, zamiast spokojnego przekroczenia granicy mógłbym sobie zafundować całkiem poważne kłopoty.
Właściwe przejście graniczne znajdowało się kilkanaście kilometrów dalej. Zawróciłem i pojechałem właściwą drogą. Miałem farta.
W Leskovacu nocleg i na kolację sławetna leskovacka pleskawica. Przeciąłem Serbię i wjechałem do Rumunii. Nie mogłem sobie odmówić jeszcze jednego spotkania z Transfăgărășanem. Tym razem od strony południowej. Znajoma droga. A jednak zupełnie inne widoki. Faktycznie inne widoki i doznania. Tym razem miśków nie było. Potem Braszów. Jedno z piękniejszych miast Rumunii. A później wąwóz Bicaz. Pionowe ściany skalne po obu stronach drogi sprawiają, że człowiek nagle przypomina sobie, jak mały jest wobec gór. To jedna z tych dróg, które po przejechaniu chciałoby się od razu przejechać jeszcze raz. I chyba to zrobię.
Wjeżdżając do Rumunii postanowiłem wrócić do Polski przez Ukrainę, a po drodze odwiedzić znajomych w Dubnie. To miasto partnerskie Giżycka. Byłem tam kilka razy przed wojną. Drogi ukraińskie potrafią być monotonne. Proste. Długie. Ciągnące się aż po horyzont. Ale miasta potrafią zaskoczyć. Na wielu ulicach nadal leży kostka brukowa pamiętająca czasy II Rzeczypospolitej. Nagle człowiek jedzie motocyklem …. po kamieniach.
Czerniowce. Stan nawierzchni był tak fatalny, że po przejechaniu miasta miałem wrażenie, iż zęby przestały do siebie pasować. A ostatnie amalgamaty chyba właśnie wtedy postanowiły zakończyć swoją karierę. Studzienki kanalizacyjne wystawały kilkanaście centymetrów nad drogę. Inne były obniżone. Pomiędzy nimi trzeba było urządzać slalom. Motocyklowa wersja toru przeszkód.. Niewiele brakowało, żeby ten odcinek zakończył się znacznie gorzej. Ale się udało. Malo mi było bruku w Czerniowcach, to podobny tor przeszkód był w Krzemieńcu. Zachciało mi się zobaczyć tamtejszy zamek. Powiem krótko, było … soczyście.
Do Dubna drogi proste i długie, po horyzont. O dziwo nawierzchnia przyzwoita. W Dubnie spotkanie ze znajomymi. Chwila oddechu. I świadomość, że wyprawa powoli dobiega końca.
Na głównym placu Dubna wciąż stoi pomnik kozaka na koniu – od lat miejsce miejskich uroczystości, koncertów i obchodów najważniejszych świąt. Dziś jednak plac wygląda zupełnie inaczej niż podczas moich wcześniejszych wizyt.
Znaczną część przestrzeni przed pomnikiem zajmują rzędy steli ze zdjęciami i krótkimi biogramami mieszkańców Dubna, którzy zginęli na wojnie. Zacząłem je liczyć. Dwieście. Zatrzymałem się na tej liczbie. Nie wiem, czy była ostateczna, czy po prostu przestałem liczyć dalej. Każda fotografia to czyjś syn, mąż, brat lub ojciec. Dwieście ludzkich historii przerwanych zbyt wcześnie. Moja córka jest żołnierzem.
Wieczorem znajomy zabrał mnie na kolację do restauracji, którą dobrze pamiętałem z wcześniejszych pobytów. Był początek tygodnia, więc lokal świecił pustkami. Przy kilku stolikach siedziały jedynie kobiety.
– To teraz жіноче царство – uśmiechnął się smutno. – Kobiece królestwo.
– Dlaczego? – zapytałem.
Spojrzał na salę i po chwili odparł:
– Bo przychodzą tu teraz same dziewczyny. Chłopaki są na wojnie.
Nie potrafiłem nic odpowiedzieć. Wojna nie jest tu odległym wydarzeniem oglądanym w wiadomościach. Jest obecna przy każdym pustym stoliku, w każdym spojrzeniu i w każdej rozmowie.

Kiedy wyjeżdżałem z Giżycka, plan był prosty. Trzy kultowe drogi. Stelvio. Mangart. Ruska Cesta. Tyle. Tymczasem z krótkiej wyprawy zrobiła się podróż przez Polskę, Czechy, Niemcy, Włochy, kawałek Szwajcarii – dzięki Google – Słowenię, Chorwację, Serbię, Macedonię Północną, Albanię, Rumunię i Ukrainę. Do domu dotarłem o 12.50 w środę 5 sierpnia. Łącznie przejechałem 7603 km. A wszystko to na Aprilii SR GT 200. Skuterze, który wielu motocyklistów uznałoby za zdecydowanie za mały na taką podróż. A jednak po raz kolejny okazało się, że granice nie zawsze wyznacza pojemność silnika. One są w głowie. Oczywiście większy motocykl byłby szybszy. Miałby większy zapas mocy. Większy komfort. Mógłbym śmigać autostradą. Ale mała Aprilia ma jedną wielką zaletę. Nie każe mi się spieszyć. Daje czas na patrzenie. Na zatrzymanie się. Na skręt w boczną drogę. Na łyk wody z butelki w miasteczku, którego nazwy nie potrafię wymówić. Na fotografię starego mostu. Słoneczników. Krajobrazu. Gruszek ulęgałek. Gdybym trzymał się planu, zobaczyłbym Stelvio, Mangart i Ruską Cestę. I wrócił do domu. Tymczasem zobaczyłem Golubac. Stałem pod wieżą w Vukovarze. Patrzyłem na Dunaj. Przeszedłem nocą przez Belgrad. Objechałem Jezioro Ochrydzkie. Jeszcze raz przejechałem Transfăgărășan. Wystrzęsło mnie w Czerniowcach. I pocałowałem klamkę w Noale. A przy okazji porysowałem Aprilię na Mangarcie. Żeby nie było, nie ja, tylko „ciołek” na GSie.
Po tej wyprawie miałem plan. Kupić w przyszłym roku Aprilię SR GT 400. Większy silnik. Więcej mocy. Pewnie większy komfort. Większy zapas. Tylko że… nie sądzę. Zostaje moja mała Apka. Bo skoro przejechała przez tyle krajów, wspięła się na Stelvio i Mangart, przejechała Ruską Cestą, dotarła nad Soczę, Dunaj i Jezioro Ochrydzkie, a potem jeszcze przez Rumunię i Ukrainę wróciła do domu, to chyba zasłużyła na jeszcze kilka podróży. Może nie jest najszybsza. Może na autostradzie nie budzi respektu. Może przy 120 kilometrach na godzinę człowiek zastanawia się, czy wystawienie uszu z kasku nie skończy się lotem nad Alpami. Ale jedzie. I właśnie o to chodzi.
Bo w podróży nie zawsze najważniejsze jest to, czym i gdzie jedziesz. Najważniejsze jest to, czy ruszysz i pojedziesz. Plan miałem na trzy drogi. Dostałem pół Europy. I chyba właśnie dlatego najbardziej podoba mi się powiedzenie: droga jest celem. A co do litra? Nie trzeba. Wystarczy dwieście. I trochę uporu.
Wyprawa dała mi sporo doświadczeń, ale też kilka problemów do rozwiązania. Największym przeciwnikiem okazała się pogoda. Było po prostu… upalnie. Temperatury sięgały 36–38 stopni. Telefon zamontowany na uchwycie dosłownie się gotował. Nawet schowany do kieszeni szybko robił się gorący, a nawigacja Google odmawiała współpracy.
Co zrobić, żeby telefon schłodzić? Lodówka! Tylko skąd ją wziąć na motocyklu? Prowizorycznym rozwiązaniem okazały się zamrożone butelki z wodą. Owinięte w gazetę i trzymane w kufrze pozwalały przez kilka godzin utrzymać tam chłód. Kładłem tam telefon z podpiętym powerbankiem. Rozwiązanie działało, ale niestety nie przez cały dzień.
Wymuszało to również szukanie noclegów wyposażonych w lodówkę z zamrażalnikiem. A z tym wcale nie było tak łatwo. Nie każdy nocleg oferował taką możliwość. Kilka razy zostałem więc… ugotowany i jednocześnie pozbawiony nawigacji.
Muszę zatem znaleźć jakieś sensowne rozwiązanie tego problemu przed kolejną wyprawą. Kilka pomysłów już mam, ale na razie nie będę zdradzał, bo jeszcze się okaże, że sam siebie wyprowadzę w pole.
Druga kwestia jest znacznie prostsza: zabrałem zdecydowanie za dużo ubrań. Następnym razem po spakowaniu się zrobię jeszcze jedną rzecz – wywalę połowę tego, co spakowałem.
Na tym zakończę. Może tylko jeszcze powiem, ze w ciągu dwóch lat nakręciłem “bzykiem” 35 500 km. I wcale nie wokół komina 🙂