Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby
Bo przygoda zaczyna się w naszje głowie.
Największym błędem w podróżowaniu jest ocenianie świata, którego jeszcze się nie poznało.
Kilka danych o wyprawie
Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 21
Ilość kilometrów: 9000
Ilość uczestników: 2
Ilość krajów: 11
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: Honda Rebel CMX 1100 2024 rok
Rok wyprawy: 2025
Kanał Youtube: https://www.youtube.com/@motoprzygodaworld
Instagram: https://www.instagram.com/moto__przygoda/#
Facebook: https://www.facebook.com/profile.php?id=61565011606198
Blog:
Pełen opis
1.Bo przygoda zaczyna się w głowie
Każda podróż zaczyna się dwa razy.
Pierwszy raz wtedy, kiedy pojawia się pomysł.
Drugi,kiedy przekręcasz kluczyk i nie ma już odwrotu.
Nasza zaczęła się dokładnie tak.
Bez wielkich przygotowań. Bez budowania motocykla „pod wyprawę życia”. Bez planowania każdego noclegu i rozpisywania trasy co do kilometra.
Pierwsze dni szybko przypomniały nam, że podróż motocyklem nie wygląda jak zdjęcia z Instagrama.
Po kilkunastu godzinach jazdy człowiek zaczyna odkrywać mięśnie, o których istnieniu nie miał pojęcia.
Po około 1500 kilometrach bolało wszystko.
Tyłek,Nogi,Plecy.
Ale wydarzyło się coś dziwnego.
Im dalej jechaliśmy, tym mniej to miało znaczenie.
Pojawiła się ta specyficzna mieszanka zmęczenia i ekscytacji. Człowiek jest niewyspany, obolały, ale jednocześnie nie chce się zatrzymać.
Kilometry zaczęły płynąć.
A razem z nimi pojawiły się pierwsze pytania.
Czy damy radę?
Czy nie porwaliśmy się z motyką na księżyc?
Czy cruiser naprawdę nadaje się na taką trasę?
Ale odpowiedzi nie przychodziły podczas postoju.
Przychodziły po kolejnym zakręcie.
Po kolejnym tankowaniu.
Po kolejnych kilometrach.
Trzeciego dnia zatrzymaliśmy się gdzieś za Genuą.
Plaża.
Pierwszy spokojny posiłek.
Ciepłe morze.
Palmy.
I my.
Razem z motocyklem.
Usiadłem i pierwszy raz od wyjazdu pomyślałem:
To się dzieje naprawdę.
Nie jesteśmy już w drodze do podróży.
My już w niej jesteśmy.
I właśnie wtedy zrozumiałem coś ważnego.
Przygoda nie zaczyna się na granicy.
Nie zaczyna się po tysiącu kilometrów.
Nie zaczyna się wtedy, kiedy dojeżdżasz do wymarzonego miejsca.
Przygoda zaczyna się w głowie.
A cała reszta to już tylko droga.
2.Kiedy plan przestaje mieć znaczenie
Są takie momenty w podróży, kiedy przestajesz patrzeć na mapę.
Nie dlatego, że nie wiesz dokąd jedziesz.
Po prostu przestajesz się tym przejmować.
Po pierwszych dniach, po tysiącach zakrętów i pierwszym zmęczeniu, zaczęliśmy rozumieć, że nie chodzi o to, żeby dojechać jak najszybciej.
Chodzi o to, żeby być po drodze.
Włoskie wybrzeże przywitało nas dokładnie tak, jak wyobrażaliśmy je sobie kiedyś siedząc przed telewizorem.
Ciepłe powietrze.
Palmy.
Zapach morza.
Małe miejscowości rozsypane wzdłuż wybrzeża.
Te same miejsca, które kiedyś wydawały się odległe i trochę nieosiągalne.
A teraz po prostu przez nie przejeżdżaliśmy.
Zatrzymywaliśmy się tam, gdzie było ładnie.
Jedliśmy tam, gdzie akurat byliśmy głodni.
Nie goniliśmy.
Nie odliczaliśmy kilometrów.
Kierunek był ważny.
Ale nie najważniejszy.
Naszym głównym wyznacznikiem stała się przygoda.
I poznawanie.
Motocykl spisywał się świetnie.
Honda Rebel dzielnie niosła nas przez kolejne kraje i coraz bardziej utwierdzała mnie w przekonaniu, że czasami za dużo myślimy o sprzęcie, a za mało o tym, żeby po prostu ruszyć.
Na postojach coraz częściej ktoś zagadywał.
Lokalni, przypadkowi przechodnie.
Czasem ktoś podchodził tylko spojrzeć.
Uśmiech, gest dłoni, krótkie „skąd jesteście?”.
I nagle okazywało się, że motocykl jest takim samym językiem wszędzie.
Dojechaliśmy do Monako.
I tam dostaliśmy pierwszą lekcję pokory.
Roaming.
Dziesięć minut nieuwagi.
Pięćset złotych mniej.
Podróż uczy szybko.
Po krótkim kryzysie stwierdziliśmy, że trudno przecież nie przyjechaliśmy tutaj liczyć rachunków.
Zwiedzaliśmy dalej.
Przepych miasta robił wrażenie.
Bogactwo, jachty, samochody i ten specyficzny klimat miejsca, które większość ludzi zna tylko z ekranu.
Przejechaliśmy fragmentami słynnej trasy wyścigowej.
Na chwilę staliśmy się częścią miejsca, które przez lata oglądaliśmy tylko jako widzowie.
Ale coś mnie zaskoczyło.
Monako było piękne.
Tylko że największą radość i tak dawał moment, kiedy znów wsiedliśmy na motocykl.
Bo coraz wyraźniej czuliśmy, że nie jedziemy po miejsca.
Jedziemy po doświadczenia.
Wieczorem ruszyliśmy dalej.
Przed nami były góry.
Andora.
I wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że właśnie tam zacznie się jeden z najpiękniejszych etapów całej podróży.
3.Deszcz, góry i przypadek
Po Monako ruszyliśmy dalej.
Już sama nazwa brzmiała jak obietnica czegoś innego. Mały kraj wciśnięty pomiędzy góry, trochę na uboczu, trochę poza głównym rytmem naszej trasy.
Po dniach jazdy wzdłuż wybrzeża zaczęliśmy oddalać się od morza.
Droga powoli zmieniała charakter.
Zamiast palm i ciepłego powietrza pojawiały się góry.
Zamiast lekkiej, wakacyjnej atmosfery coraz więcej zakrętów, chłodu i chmur.
Andora przywitała nas po swojemu.
Deszczem.
Temperaturą około pięciu stopni.
I ciężkimi, gęstymi chmurami, które zasłoniły wszystko, po co człowiek jedzie w góry.
Widoki miały być nagrodą.
Tymczasem jechaliśmy przez mleko.
Mokro, zimno, niewygodnie.
Po prostu trzeba było jechać.
Na motocyklu takie chwile smakują inaczej. W samochodzie zamykasz szybę, podkręcasz ogrzewanie i narzekasz. Na motocyklu jesteś w tym cały. Deszcz nie dzieje się obok ciebie. Deszcz dzieje się na tobie.
Przelecieliśmy w tej pogodzie pół kraju.
Nie było wielkich postojów.
Nie było zachwytów co kilometr.
Było skupienie, mokre ubrania i jedna myśl dotrzeć do hotelu.
Kiedy w końcu się udało, poczuliśmy ulgę.
Hotel.
Ciepło.
Możliwość zdjęcia mokrych rzeczy.
I mimo wszystko w głowie pojawiło się to samo zdanie:
I tak jest pięknie.
Bo w podróży nie zawsze pięknie znaczy wygodnie.
Czasem pięknie znaczy po prostu prawdziwie.
Następnego dnia Andora pokazała nam drugą twarz.
Po deszczu przyszło słońce.
Jakby ktoś w nocy zmienił dekoracje.
To samo miejsce, które dzień wcześniej było mokre, zimne i schowane w chmurach, nagle otworzyło się przed nami.
Góry.
Światło.
Przestrzeń.
Droga prowadziła nas coraz wyżej.
Odwiedziliśmy wiszący most, wjechaliśmy na najwyższą przełęcz i ruszyliśmy dalej w stronę Hiszpanii.
W takich momentach człowiek zapomina o poprzednim dniu.
O zimnie.
O deszczu.
O zmęczeniu.
Zostaje tylko droga i widok przed sobą.
Kiedy przekraczaliśmy granicę z Hiszpanią, poczułem przypływ pozytywnej energii.
Jakby kolejny etap naprawdę się zaczynał.
Nie mieliśmy sztywnego planu.
Jak zwykle jechaliśmy trochę na azymut w stronę gór, gdzie czekał nocleg.
I właśnie wtedy, zupełnie przypadkiem, trafiliśmy na drogę, której nie da się zaplanować.
Taką, którą trzeba po prostu znaleźć.
Wąska, malownicza trasa wiła się pomiędzy górami i dolinami.
Zakręt za zakrętem.
Widok za widokiem.
Mijaliśmy lokalnych riderów na klasycznych motocyklach sprzed trzydziestu lat. Było w tym coś pięknego oni u siebie, my w trasie, a jednak wszyscy w tym samym świecie.
W pewnym momencie dojechaliśmy do miejsca, które zatrzymało nas na dłużej.
Platforma widokowa.
Szklana barierka.
Przed nami płaskowyż.
Za nami odchłań.
I nagle wstąpiła w nas ta pozytywna głupawka, która w podróży jest równie ważna jak paliwo.
Robiliśmy zdjęcia.
Śmialiśmy się.
Łapaliśmy chwilę w migawce aparatu.
Dorosłe dzieci.
Chwilo, trwaj.
Przez moment nie było trasy, kilometrów, planów ani kolejnego noclegu.
Byliśmy tylko my, góry i ta jedna chwila, która sama zapisuje się w pamięci.
A potem, jak to w podróży trzeba było jechać dalej.
Trzydzieści minut później znów byliśmy w trasie.
Późnym wieczorem dotarliśmy do małej miejscowości w środku lądu.
Uroczej, cichej, trochę schowanej przed światem.
Zameldowaliśmy się w małej kamienicy.
Pokój na pięterku, między innymi pokojami, z oknem wychodzącym prosto na ścianę.
Żaden luksus.
Żaden katalogowy nocleg.
Ale był klimat.
A przecież o to chodziło.
Bo to była przygoda.
Rano Hiszpania zaskoczyła nas po raz kolejny.
Śniadanie było skromne, wręcz ubogie.
Ale smakowało świetnie.
A świeżo wyciskany sok miał w sobie coś, czego później brakuje człowiekowi jeszcze długo po powrocie do Polski.
Usiedliśmy, jedliśmy, piliśmy ten sok i wiedzieliśmy jedno.
Nie chcemy stać w miejscu.
Kolejny spontan.
Kierunek morze.
4.Hiszpania pachnie słońcem
Po śniadaniu nie zastanawialiśmy się długo.
Kolejny spontaniczny pomysł.
Jedziemy nad morze.
Przed nami cały dzień jazdy, a prognozy nie pozostawiały złudzeń. Czterdzieści stopni w cieniu. Tylko że na motocyklu trudno znaleźć cień.
Ja, jak zwykle, w skórzanej kurtce i dżinsach.
Basia w lżejszej kurtce motocyklowej, ale upał i tak dawał się we znaki.
Słońce paliło niemiłosiernie.
Asfalt oddawał ciepło, a powietrze przypominało gorący podmuch z suszarki.
Mimo to jechaliśmy dalej.
Droga prowadziła pomiędzy górami, skałami i jeziorami. Każdy zakręt odsłaniał nowy krajobraz. Hiszpania zachwycała nas na każdym kilometrze.
W takich chwilach człowiek zapomina o temperaturze.
Prawie.
Po czterech godzinach jazdy organizm powiedział: „dość”.
W kasku czułem się jak w saunie. Każdy oddech był gorący.
Na pierwszym postoju zdjąłem skórzaną kurtkę i zostałem w samej koszulce.
To była jedna z najlepszych decyzji tego dnia.
Czasami największym luksusem w podróży nie jest hotel z basenem.
Jest nim zwykły podmuch ciepłego powietrza na klatce piersiowej.
Pod wieczór dojechaliśmy do Walencji.
Miasto tętniło życiem.
Po całym dniu jazdy rozsądek podpowiadał, żeby odpocząć.
Ale ciekawość była silniejsza.
Przebraliśmy się i ruszyliśmy na wieczorny spacer.
Walencja nocą ma w sobie coś wyjątkowego.
Ludzie siedzą w restauracjach, rozmawiają, śmieją się. Ulice żyją długo po zachodzie słońca, a temperatura wciąż zachęca do spacerów.
Po raz pierwszy podczas wyjazdu Basia założyła sukienkę.
Jeszcze chwilę wcześniej siedziała w motocyklowych ciuchach, a teraz spacerowała nadmorskimi ulicami.
I właśnie takie chwile pokazują, jak szybko zmienia się rytm podróży.
Rano jesteś motocyklistą walczącym z upałem.
Wieczorem zwykłym turystą, który cieszy się ciepłą nocą.
Zawsze lubiłem to uczucie.
Krótkie spodenki.
Koszulka.
Wieczór, podczas którego nie myślisz o kurtce ani o tym, że za chwilę zrobi się zimno.
Po prostu idziesz przed siebie.
Następne dni wyglądały podobnie.
Każdego ranka pakowaliśmy bagaże, odpalaliśmy motocykl i ruszaliśmy dalej.
Raz autostradą.
Raz lokalnymi drogami.
Bez pośpiechu.
Bez ciśnienia.
Po prostu przed siebie.
Po drodze odkrywaliśmy małe zatoki, do których nigdy byśmy nie trafili, gdybyśmy kurczowo trzymali się planu.
Zatrzymywaliśmy się tam, gdzie było pięknie.
Rozkładaliśmy ręczniki.
Wskakiwaliśmy do ciepłego morza.
To były krótkie postoje.
Ale właśnie one sprawiały, że każdy dzień był inny.
Po kilku dniach dotarliśmy do Kartageny.
Motocykl zaparkowaliśmy w centrum.
Na ulicy, jak zawsze, przebieraliśmy się z motocyklowych ubrań w zwykłe ciuchy.
Ludzie patrzyli z uśmiechem.
Dla nas było to już zupełnie normalne.
Kartagena od pierwszej chwili zrobiła na mnie ogromne wrażenie.
To miasto ma duszę.
Nie próbuje nikogo udawać.
Spacerując jego ulicami czułem historię zapisaną w kamienicach, murach i placach.
To jedno z tych miejsc, do których chciałbym kiedyś wrócić.
A najbardziej zaskakiwało nas coś zupełnie innego.
Jeszcze przed wyjazdem planowaliśmy, że w którymś miejscu zatrzymamy się na dwa albo trzy dni.
Odpoczniemy.
Pozwolimy sobie zwolnić.
Nic z tego.
Każdego ranka budziliśmy się z tą samą myślą.
Jedziemy?
Jedziemy.
Bo droga wciągnęła nas bardziej, niż mogliśmy przypuszczać.
Nie jechaliśmy już do kolejnego miasta.
Jechaliśmy po kolejne wspomnienia.
5.Flamingi wiedzą lepiej
W podróży są miejsca, które zapamiętujesz przez piękne widoki.
Są też takie, które zostają z tobą tylko dlatego, że przez pół godziny nie możesz przestać się śmiać.
To był właśnie taki dzień.
Jak zwykle nigdzie się nie spieszyliśmy.
Po śniadaniu ruszyliśmy przed siebie. Droga prowadziła nas w kierunku Gibraltaru, ale jak to u nas bywało, po drodze zatrzymywaliśmy się wszędzie tam, gdzie coś przyciągało wzrok.
Tym razem zatrzymało nas… błoto.
A właściwie ludzie siedzący w błocie.
Z daleka wyglądało to dość niepozornie.
Morze.
Długi deptak prowadzący przez wodę.
Po prawej stronie płytka, czysta woda.
Po lewej ciemna maź przypominająca bagno.
Im podchodziliśmy bliżej, tym bardziej robiło się ciekawie.
Po prawej stronie stały flamingi.
Dostojne.
Spokojne.
W czystej wodzie.
Po lewej stronie siedzieli ludzie.
Od stóp do głów wysmarowani śmierdzącym błotem.
Jedni smarowali ręce.
Inni twarz.
Jeszcze inni leżeli niemal po szyję, przekonani, że właśnie przechodzą najlepszy zabieg SPA w swoim życiu.
Spojrzeliśmy na siebie.
Potem na flamingi.
Znowu na ludzi.
I w jednej chwili oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
Patrz
Flamingi wybrały czystą wodę.
A ludzie siedzą w błocie!
Im dłużej tam staliśmy, tym było śmieszniej.
Flamingi z pełnym spokojem spacerowały po swojej stronie laguny.
Ludzie z równie wielkim zaangażowaniem wcierali w siebie pachnące delikatnie mówiąc… bardzo intensywnie błoto.
Przez dobre pół godziny nie mogliśmy się uspokoić.
Nie dlatego, że ktoś zrobił coś głupiego.
Po prostu kontrast był tak absurdalny, że nasze zmęczone podróżą głowy nie były w stanie tego przetworzyć.
To był ten rodzaj śmiechu, który pojawia się tylko w podróży.
Bez powodu.
Albo właśnie z najlepszego możliwego powodu.
Bo jest wam po prostu dobrze.
Kiedy w końcu wsiedliśmy na motocykl, jeszcze przez kilka kilometrów wracaliśmy do tej sceny.
Widziałeś te flamingi?
Widziałem.
Mądrzejsze od ludzi.
Śmialiśmy się jeszcze długo.
Takie chwile nie trafiają do przewodników turystycznych.
Nie znajdziesz ich na pocztówkach.
Ale to właśnie one sprawiają, że po latach pamiętasz podróż nie tylko przez pryzmat miejsc, ale przede wszystkim emocji.
Kilkadziesiąt kilometrów później śmiech powoli ustępował miejsca ekscytacji.
Przed nami był Gibraltar.
Miejsce, o którym marzyliśmy jeszcze długo przed wyjazdem z Polski.
Nie wiedzieliśmy wtedy, że za kilkanaście godzin usiądziemy w hotelu i po raz pierwszy naprawdę poczujemy, jak daleko udało nam się dojechać.
6.Gibraltar. Tam, gdzie kończy się Europa
Dziewiąty dzień naszej podróży.
Od samego rana czuliśmy, że to nie będzie zwykły dzień.
Nie dlatego, że czekała nas wymagająca trasa.
Nie dlatego, że mieliśmy zobaczyć kolejne piękne miejsce.
To był dzień, na który czekaliśmy od chwili, gdy zrodził się pomysł tej wyprawy.
Gibraltar.
Dla wielu ludzi to tylko niewielki skrawek lądu na końcu Europy.
Dla nas był symbolem.
Dowodem na to, że marzenia nie muszą zostawać marzeniami.
Około dziesiątej rano zatrzymaliśmy się na granicy.
Formalności trwały chwilę.
Pamiętam za to twarze ludzi.
Patrzyli na nasz motocykl, na tablice rejestracyjne i z niedowierzaniem pytali:
Z Polski? Tym motocyklem?
Kiedy odpowiadaliśmy, że tak, na ich twarzach pojawiał się uśmiech.
Kilka prostych słów.
Kilka gestów uznania.
Niby nic.
A jednak dodawały energii bardziej niż poranna kawa.
Znów byliśmy tylko we dwoje.
My i nasza Honda Rebel.
Motocykl, o którym niektórzy mówili, że nie nadaje się na dalekie wyprawy.
A on właśnie dowiózł nas na sam koniec Europy.
Na szczyt Skały prowadzi kolejka linowa.
Szybko.
Wygodnie.
Bez wysiłku.
Spojrzeliśmy na siebie.
Idziemy pieszo?
Nie trzeba było nikogo przekonywać.
Przez tyle dni siedzieliśmy w siodle.
Teraz chcieliśmy poczuć tę drogę również pod własnymi stopami.
Każdy krok był częścią tego miejsca.
Po drodze mijaliśmy stare fortyfikacje, potężne działa pamiętające czasy wojny, wiszący most i niezwykłą jaskinię, która wyglądała jak fragment innego świata.
No i oczywiście małpy.
Pierwszy raz byliśmy tak blisko nich.
To one były tu gospodarzami.
My tylko gośćmi.
Po kilku godzinach marszu stanęliśmy na szczycie.
I wtedy świat na chwilę się zatrzymał.
Przed nami rozciągało się Morze Śródziemne.
Za plecami Europa.
A gdzieś daleko, po drugiej stronie cieśniny…
Afryka.
Tak blisko.
Na wyciągnięcie ręki.
Patrzyłem przed siebie i próbowałem zrozumieć, że jeszcze kilka dni wcześniej byliśmy w Polsce.
Że ten sam motocykl, na którym wyjeżdżaliśmy z garażu, stoi teraz na końcu kontynentu.
Nie pamiętam, ile czasu tam staliśmy.
Nie robiliśmy nic wyjątkowego.
Po prostu patrzyliśmy.
Czasami najpiękniejsze chwile nie potrzebują słów.
Schodziliśmy ze skały zmęczeni.
Ale było to zupełnie inne zmęczenie niż to z pierwszych dni podróży.
To było zmęczenie człowieka, który właśnie spełnił jedno ze swoich marzeń.
Wieczorem usiedliśmy w hotelu.
Spojrzeliśmy na siebie.
I chyba po raz pierwszy od wyjazdu naprawdę dotarło do nas, co właśnie zrobiliśmy.
Dojechaliśmy.
Naprawdę.
Nie do miejsca zaznaczonego na mapie.
Do marzenia.
Nie byliśmy pewni, czy nam się uda.
Nie wiedzieliśmy, czy wytrzymamy tyle kilometrów.
Czy motocykl podoła.
Czy my podołamy.
A jednak siedzieliśmy tam.
Na końcu Europy.
Razem.
Byłem dumny.
Nie z liczby przejechanych kilometrów.
Nie z odwiedzonych krajów.
Byłem dumny z nas.
Z tego, że kiedy jedno z nas mówiło: „Jedziemy?”, drugie nigdy nie pytało: „Po co?”.
Tylko zakładało kask.
Tego wieczoru mogliśmy wracać do domu.
Cel został osiągnięty.
Ale właśnie wtedy wydarzyło się coś, co najlepiej pokazuje, kim byliśmy podczas tej podróży.
Spojrzeliśmy na mapę.
Po drugiej stronie cieśniny była Afryka.
A gdyby tak…
Następnego ranka staliśmy już w kolejce na prom do Maroka.
7.Afryka była na wyciągnięcie ręki
Wieczorem, siedząc w hotelu po całym dniu na Gibraltarze, spojrzeliśmy jeszcze raz na mapę.
Afryka była tak blisko.
Jeszcze rano patrzyliśmy na nią ze szczytu Skały. Wydawała się niemal na wyciągnięcie ręki.
Kilkanaście kilometrów wody.
Tylko tyle.
Płyniemy?
To było pytanie, na które odpowiedź padła szybciej, niż zdążyłem się zastanowić.
Płyniemy.
I właśnie za to kocham podróżowanie z Basią.
Nigdy nie muszę przekonywać jej do przygody.
Wystarczy pomysł.
Reszta dzieje się sama.
Noc nie należała do najlepszych.
Hotel miał być komfortowy, a okazało się, że cienkie ściany przepuszczały każdy dźwięk. Co chwilę ktoś przechodził korytarzem, trzaskały drzwi, ktoś rozmawiał.
Rano obudziliśmy się zmęczeni.
Pierwszy raz od wielu dni miałem wątpliwości.
Może odpuścić?
Może wrócić do Hiszpanii i spokojnie jechać już w stronę domu?
Powiedziałem o tym Basi.
Krótka rozmowa.
Kilka zdań.
I nagle wszystko wróciło na swoje miejsce.
Przecież właśnie po takie chwile wyjechaliśmy z Polski.
Spakowaliśmy motocykl.
Założyliśmy kaski.
I pojechaliśmy do portu.
O ósmej rano staliśmy już w kolejce na prom.
Cała procedura okazała się zaskakująco prosta.
Formalności, których najbardziej się obawialiśmy, załatwialiśmy właściwie po drodze.
Dokumenty.
Pieczątki.
Deklaracje.
Ludzie kierowali nas od jednego stanowiska do drugiego.
Mieliśmy wrażenie, że wszystko dzieje się dokładnie tak, jak powinno.
Czasem podróż po prostu pomaga.
Kiedy prom przybił do brzegu, poczułem coś, czego wcześniej jeszcze nie doświadczyłem.
Zjechaliśmy z pokładu.
Koła motocykla dotknęły afrykańskiej ziemi.
Afryka.
Jeszcze kilka dni wcześniej oglądaliśmy ją z daleka.
Teraz byliśmy jej częścią.
Nie wiem, czy chodziło o sam kontynent.
Chyba bardziej o świadomość, że naprawdę tutaj dojechaliśmy.
Z Polski.
Na własnym motocyklu.
To było uczucie, którego nie da się kupić.
Na nie trzeba sobie zapracować kilometrami.
Od początku wiedzieliśmy jedno.
Nie interesowały nas wielkie miasta.
Jak zawsze ciągnęło nas w góry.
Tam świat zwalnia.
Tam lepiej oddycha się przestrzenią.
Kilka dni wcześniej Basia czytała różne relacje z Maroka.
Większość przestrzegała przed naciągaczami.
Uważajcie.
Nie zatrzymujcie się.
Będą chcieli wam coś sprzedać.
Słuchaliśmy.
Ale postanowiliśmy przede wszystkim obserwować.
Po około dwóch godzinach zatrzymaliśmy się dosłownie na chwilę.
Chciałem tylko sprawdzić trasę przed wjazdem na autostradę.
Minęły może dwie minuty.
Nagle zobaczyłem biegnących w naszą stronę chłopaków.
Jeden niósł butelkę mleka.
Drugi koszyk fig.
Trzeci był najstarszy.
To on mówił dowodził
Od razu powiedziałem:
Nie, dziękujemy.
I wtedy usłyszałem Basię.
Weźmy coś.
Spojrzałem na nią z uśmiechem.
Serio?
Jeszcze przed chwilą mieliśmy uważać na wszystkich.
A kilka minut później odjeżdżaliśmy z pełnym workiem świeżych fig.
Tak właśnie wygląda podróż.
Czasami największe uprzedzenia znikają po pierwszym uśmiechu.
Kilka kilometrów dalej Maroko pokazało nam swoje drugie oblicze.
Ruch uliczny.
To był zupełnie inny świat.
Cztery pasy.
Korek.
Motocyklem przeciskamy się do przodu.
I nagle…
Z przeciwka nie jedzie nikt.
Dlaczego?
Bo wszystkie cztery pasy zajęły samochody jadące w naszym kierunku.
Patrzyłem na to z niedowierzaniem.
Europejskie przepisy przestały mieć znaczenie.
Tutaj obowiązywały własne zasady.
I co najciekawsze…
To działało.
Wieczorem dotarliśmy do Tangeru.
Afryka dopiero zaczynała odkrywać przed nami swoje tajemnice.
8.Inny świat, tacy sami ludzie
Tanger przywitał nas późnym popołudniem.
Zostawiliśmy motocykl pod hotelem, zrzuciliśmy motocyklowe ubrania i ruszyliśmy przed siebie.
Po raz pierwszy od wyjazdu znaleźliśmy się w miejscu, które naprawdę było inne.
Nie chodziło o krajobraz.
Nie o architekturę.
Nie nawet o język.
Chodziło o ludzi.
Ich sposób bycia.
Ubiór.
Zapach przypraw unoszący się w powietrzu.
Wieczorny gwar ulic.
Miałem wrażenie, że wszystko dzieje się szybciej i głośniej niż w Europie.
A jednocześnie nikt się nigdzie nie spieszył.
To dziwne uczucie.
Jeszcze przed wyjazdem naczytaliśmy się różnych historii.
„Uważajcie.”
„Nie rozmawiajcie z obcymi.”
„Będą was zaczepiać.”
„Będą chcieli coś sprzedać.”
Takich rad dostaliśmy mnóstwo.
Nieświadomie zabraliśmy je ze sobą.
I chyba dlatego pierwsze kroki po Tangerze były trochę ostrożniejsze.
Ja czułem bardziej ciekawość.
Basia większy niepokój.
To było dla niej pierwsze spotkanie z krajem o tak odmiennej kulturze i religii.
Nie znała tego świata.
Nie wiedziała, czego się spodziewać.
I to było całkowicie naturalne.
Spacerowaliśmy ulicami miasta.
Ludzie siedzieli w kawiarniach.
Dzieci biegały pomiędzy stolikami.
Sprzedawcy nawoływali klientów.
Zapach mięty mieszał się z przyprawami i dymem z grilli.
Byliśmy gośćmi.
I doskonale to czuliśmy.
Jest jeszcze jedna scena, której chyba nigdy nie zapomnę.
Mam dużą, siwą brodę.
Idąc jedną z ulic zauważyłem starszego mężczyznę.
Na sobie miał tradycyjną dżallabijję.
Siwa broda.
Spokojny krok.
Spojrzał na mnie.
Uśmiechnął się.
Powiedział coś w swoim języku i uniósł rękę na powitanie.
Nie zrozumiałem ani jednego słowa.
Ale zrozumiałem wszystko.
Odpowiedziałem uśmiechem.
Przez chwilę poczułem się nie jak turysta.
Bardziej jak człowiek witający drugiego człowieka.
Basia tylko spojrzała na mnie i wybuchnęła śmiechem.
Chyba wziął cię za swojego.
Może rzeczywiście.
A może po prostu zobaczył drugiego brodacza.
Wieczorem długo rozmawialiśmy o tym dniu.
Okazało się, że nasze wyobrażenia o Maroku i rzeczywistość nie do końca się pokrywają.
Tak, to był inny świat.
Inne zwyczaje.
Inna kultura.
Ina religia.
Ale ludzkie gesty wyglądały dokładnie tak samo.
Uśmiech.
Życzliwość.
Ciekawość.
To wszystko działało po obu stronach Morza Śródziemnego.
Następnego ranka wracaliśmy promem do Europy.
I wydarzyło się coś, czego wcześniej bym się nie spodziewał.
Kiedy koła motocykla ponownie dotknęły hiszpańskiej ziemi, poczułem ulgę.
Dziwną.
Trudną do wytłumaczenia.
Nie dlatego, że w Maroku było źle.
Wręcz przeciwnie.
Było fascynująco.
Ale zrozumiałem wtedy, że człowiek najbardziej docenia własny świat dopiero wtedy, kiedy zobaczy inny.
Najdziwniejsze było jednak to, że opuszczając Afrykę mieliśmy ochotę tam zostać.
Gdyby nie cztery tysiące kilometrów, które wciąż dzieliły nas od domu, prawdopodobnie pojechalibyśmy jeszcze dalej.
Na południe.
Głębiej.
Bo Maroko nie przestraszyło nas.
Rozbudziło apetyt na więcej.
I wtedy obiecaliśmy sobie coś po raz pierwszy.
Jeszcze tu wrócimy.
9.Jeszcze nie czas wracać
Prom powoli zbliżał się do hiszpańskiego wybrzeża.
Staliśmy przy burcie.
Wiatr rozwiewał włosy.
Przed nami znów była Europa.
Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej patrzyliśmy na nią z Afryki.
Teraz wracaliśmy.
Kiedy zjechaliśmy z promu, poczułem coś bardzo dziwnego.
Ulgę.
Nie dlatego, że Maroko nam się nie podobało.
Wręcz przeciwnie.
Zostawiło w nas więcej, niż mogliśmy się spodziewać.
Ale człowiek chyba podświadomie czuje bezpieczeństwo tam, gdzie wszystko jest znajome.
Znaki drogowe.
Język.
Przepisy.
Sposób jazdy.
To wszystko nagle stało się oczywiste.
A jednak…
Po godzinie zatrzymaliśmy się na najbardziej wysuniętym na południe skrawku Europy.
Maleńka plaża.
Może dziesięć osób.
Zero tłumów.
Zero hałasu.
Tylko szum fal.
Rozłożyliśmy ręczniki.
Weszliśmy do wody.
Nie rozmawialiśmy wiele.
Nie było takiej potrzeby.
To był jeden z tych momentów, kiedy cisza mówi więcej niż słowa.
Basia po raz pierwszy podczas całego wyjazdu poczuła się tak swobodnie, że zaczęła opalać się topless.
Patrzyłem na nią i widziałem nie odwagę.
Widziałem wolność.
Taką prawdziwą.
Bez oceniania.
Bez pośpiechu.
Bez zastanawiania się, co wypada.
Pomyślałem wtedy, że właśnie po to wyjeżdża się z domu.
Żeby choć na chwilę przestać być tym, kim jesteś na co dzień.
Kiedy zaczęliśmy się pakować, oboje wiedzieliśmy jedno.
Nie chcieliśmy wyjeżdżać z Afryki.
I nie chcieliśmy jeszcze wracać do Polski.
Najchętniej skręcilibyśmy znowu na południe.
Jeszcze kilka dni.
Jeszcze jedna droga.
Jeszcze jeden zachód słońca.
Ale rozsądek zaczął przypominać o sobie.
Przed nami było prawie cztery tysiące kilometrów.
Codzienność cierpliwie czekała.
Więc ruszyliśmy.
Trochę z żalem.
Trochę z nadzieją, że jeszcze coś nas po drodze zaskoczy.
I oczywiście
zaskoczyło.
Na następny dzień zaplanowaliśmy odwiedzić słynne białe miasteczka Andaluzji.
Droga prowadziła przez wzgórza.
Każdy zakręt odsłaniał nowy widok.
A potem pojawiło się ono.
Miasto, które wyglądało tak, jakby wyrosło prosto ze skały.
Białe domy przyklejone do stromych ścian kanionu.
Ulice tak wąskie, że chwilami trudno było uwierzyć, że kiedyś żyli tu ludzie.
Pierwsi mieszkańcy nie walczyli z naturą.
Oni się z nią zaprzyjaźnili.
Wykorzystali skały jako fundament swoich domów.
Patrzyłem na to z zachwytem.
Niektórych miejsc nie da się sfotografować.
Można zrobić zdjęcie.
Ale nie da się zatrzymać tego uczucia.
Usiedliśmy na kawę.
Do tego lody.
Kolejne miejsce zapisane w pamięci.
I znowu droga.
Od tego dnia coraz częściej łapałem się na jednej myśli.
Każdy kilometr przybliża nas do domu.
To chyba najtrudniejszy moment każdej wyprawy.
Bo kiedy jedziesz w stronę celu, wszystko jest przed tobą.
Kiedy zawracasz…
zaczynasz odliczać.
Nie chciałem tego robić.
Starałem się nie myśleć o Polsce.
O pracy.
O obowiązkach.
Chciałem jeszcze przez chwilę być tylko podróżnikiem.
I wtedy…
na poboczu pojawił się znak.
Lizbona.
Spojrzałem na liczbę kilometrów.
Nie była straszna.
Jeszcze chwilę jechałem w ciszy.
Zastanawiałem się, czy Basia też go zauważyła.
Pięćdziesiąt kilometrów później pojawił się następny.
Nie wytrzymałem.
Zjechaliśmy na stację paliw.
Tankując motocykl, rzuciłem od niechcenia:
A może… zahaczymy o Portugalię?
Basia nawet się nie zastanawiała.
Spojrzała tylko na mnie.
Uśmiechnęła się.
No pewnie.
I właśnie wtedy uświadomiłem sobie coś bardzo ważnego.
Nie zakochałem się w podróżach.
Zakochałem się w podróżowaniu z Nią.
Bo największą przygodą nie są miejsca.
Największą przygodą jest człowiek, który na każde szalone pytanie odpowiada:
Jedziemy.
10.Tam, gdzie ocean uczy spokoju
Jeszcze godzinę wcześniej byliśmy przekonani, że jedziemy do domu.
Teraz jechaliśmy do Portugalii.
Uwielbiam takie decyzje.
Nieplanowane.
Nieprzemyślane.
Podejmowane sercem.
To one później zostają w pamięci najdłużej.
Przekroczyliśmy granicę niemal niezauważenie.
Żadnych fanfar.
Żadnej wielkiej tablicy z napisem: „Witamy”.
Po prostu kolejny kraj.
Kolejna droga.
Kolejna przygoda.
Naszym celem było Nazaré.
Miejsce znane z największych fal na świecie.
Mekka surferów.
Ale dla nas nie było ważne to, z czego słynie.
Liczyło się tylko to, że prowadziła tam droga.
Po drodze zatrzymaliśmy się w markecie.
Kupiliśmy coś do jedzenia.
Kilka drobiazgów.
Normalne zakupy.
Lubiłem takie momenty.
Bo podróż to nie tylko spektakularne widoki.
To również zwykła codzienność przeżywana tysiące kilometrów od domu.
Popołudniu dojechaliśmy do Nazaré.
Zameldowaliśmy się.
Motocykl mógł wreszcie odpocząć.
My też.
Kupiliśmy butelkę portugalskiego porto.
I zeszliśmy na plażę.
Ocean wygląda inaczej niż morze.
Nie potrafię tego wytłumaczyć.
Jest większy.
Spokojniejszy.
A jednocześnie budzi większy respekt.
Usiedliśmy na piasku.
Przed nami bezkresna woda.
Za plecami miasteczko powoli przygotowywało się do wieczoru.
Słońce schodziło coraz niżej.
Szum fal zagłuszał wszystkie myśli.
Nie rozmawialiśmy wiele.
Nie było potrzeby.
Czasem największym szczęściem jest to, że obok siedzi właściwa osoba.
Otworzyliśmy porto.
Wypiliśmy po kieliszku.
Potem drugi.
Nie świętowaliśmy zdobycia kolejnego kraju.
Świętowaliśmy drogę.
I chyba właśnie wtedy zrozumiałem, że szczęście nie wygląda tak, jak kiedyś je sobie wyobrażałem.
Nie ma w nim fajerwerków.
Nie ma luksusu.
Nie ma pośpiechu.
Szczęście wyglądało dokładnie tak.
Dwoje ludzi.
Motocykl zaparkowany kilkadziesiąt metrów dalej.
Ocean.
Butelka porto.
I świadomość, że jutro znów ruszymy przed siebie.
Rano obudził nas zapach świeżego pieczywa.
Portugalia smakowała inaczej.
Śniadanie było proste.
Ale właśnie takie pamięta się najlepiej.
Świeży sok.
Ciepły chleb.
Dobra kawa.
Nigdzie się nie spieszyliśmy.
Pojechaliśmy na klify.
Staliśmy długo, patrząc jak ocean rozbija się o skały.
Morze znałem od dziecka.
Ocean widziałem pierwszy raz.
I zrozumiałem, dlaczego ludzie potrafią godzinami patrzeć tylko na wodę.
Przy nim człowiek robi się dziwnie spokojny.
Jakby wszystkie sprawy, które wydają się ważne, nagle przestawały mieć znaczenie.
Po południu dotarliśmy do Porto.
Spacerowaliśmy wąskimi uliczkami.
Most, który znałem wcześniej tylko ze zdjęć, w końcu stanął przede mną naprawdę.
Nad rzeką życie płynęło swoim rytmem.
Ludzie siedzieli w restauracjach.
Muzycy grali na ulicach.
Słońce odbijało się od kolorowych kamienic.
Patrzyłem na to wszystko i pomyślałem…
Jak niewiele potrzeba, żeby człowiek był szczęśliwy.
Nie kolejny motocykl.
Nie większy dom.
Nie droższy zegarek.
Czas.
Zdrowie.
I ktoś, z kim można dzielić zachwyt nad światem.
Wieczorem wróciliśmy do hotelu.
Następnego dnia mieliśmy obrać kierunek na Francję.
Po raz pierwszy od wyjazdu poczułem, że ta podróż naprawdę dobiega końca.
I chyba właśnie dlatego jeszcze mocniej starałem się zapamiętać każdy szczegół.
Zapach oceanu.
Smak kawy.
Dźwięk silnika.
Uśmiech Basi.
Bałem się tylko jednego.
Że kiedy wrócimy do domu…
to wszystko okaże się snem.
Epilog. Droga, która została w nas
Francja przywitała nas deszczem.
Jakby chciała przypomnieć, że żadna podróż nie jest idealna.
Przez dwa dni jechaliśmy w mokrych ubraniach.
Wieczorami największym luksusem nie był wygodny hotel.
Największym luksusem był grzejnik.
Patrzyliśmy, jak powoli schną kurtki, rękawice i buty.
Śmialiśmy się, że jeszcze kilka dni wcześniej narzekaliśmy na czterdzieści stopni w Hiszpanii.
Podróż szybko uczy pokory.
To, na co wczoraj narzekałeś, jutro staje się marzeniem.
Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w La Roche-Posay.
Dla Basi to miejsce miało szczególne znaczenie.
Patrzyłem z uśmiechem, jak z pasją opowiada o miejscu, które od dawna chciała zobaczyć.
Podróż jest piękna właśnie dlatego, że dla każdego znaczy coś innego.
Dla mnie były to góry.
Dla niej to miejsce.
Oboje wracaliśmy bogatsi o swoje własne marzenia.
Zupełnym przypadkiem spotkaliśmy tam dwie Polki.
Kilka minut rozmowy.
Kilka uśmiechów.
Wymiana numerów telefonów.
Czasami ludzie pojawiają się w naszym życiu tylko na chwilę.
Ale i tak zostają w pamięci.
Im bliżej było Polski, tym częściej łapałem się na tym, że jadę trochę wolniej.
Jakbym podświadomie chciał wydłużyć tę podróż jeszcze o kilka godzin.
Jeszcze o jeden dzień.
Jeszcze o jeden zachód słońca.
Ale drogi nie da się zatrzymać.
Każdy kilometr przybliżał nas do miejsca, z którego wyjechaliśmy trzy tygodnie wcześniej.
Wróciliśmy dzień przed pracą.
Przez dwadzieścia jeden dni przejechaliśmy dziewięć tysięcy kilometrów.
Odwiedziliśmy 11 krajów Europy i Afrykę.
Zobaczyliśmy miejsca, które wcześniej istniały tylko na zdjęciach.
Ale kiedy ktoś dziś pyta mnie o tę wyprawę…
Nigdy nie odpowiadam kilometrami.
Nie mówię o spalaniu.
Nie opowiadam, ile kosztowały hotele.
Najpierw przypomina mi się śmiech.
Flamingi stojące w czystej wodzie.
Wieczór z butelką porto nad oceanem.
Pierwszy widok Afryki z Gibraltaru.
Starszy Marokańczyk, który uśmiechnął się do mnie, jakbyśmy znali się od lat.
I Basia.
Zawsze obok.
Gotowa pojechać tam, gdzie prowadzi droga.
Ta podróż nauczyła mnie czegoś bardzo ważnego.
Marzenia nie spełniają się same.
Ale też nie są tak daleko, jak nam się wydaje.
Najtrudniej jest przekręcić kluczyk i ruszyć.
Potem droga sama pisze swoją historię.
Często słyszę pytanie:
Jaka była najpiękniejsza część tej wyprawy?
Nie potrafię odpowiedzieć.
Bo najpiękniejszym miejscem nie był Gibraltar.
Ani Maroko.
Ani Portugalia.Najpiękniejszym miejscem była droga pomiędzy nimi.
To właśnie tam wydarzyło się nasze życie.
Dzisiaj motocykl stoi znowu w garażu.
Tak samo jak przed wyjazdem.
Ma te same sakwy.
Ten sam lakier.
Ten sam silnik.
Ale my
My już nie jesteśmy tacy sami.
Bo są podróże, z których przywozi się magnes na lodówkę.
I są takie, z których przywozi się nowego siebie.
Ta była właśnie jedną z nich.
Bo przygoda naprawdę zaczyna się w naszej głowie!!




