Szukaj
GoNorth25 – Podróż na koniec Europy (Krzysztof Kaczurba)

GoNorth25 – Podróż na koniec Europy (Krzysztof Kaczurba)

konkurs zgloszenie

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Jestem Kris – od kilku lat motocyklista, trochę marzyciel, trochę realista, trochę uparciuch. Podróżnik razem z MotoPrzyjaciółmi z warszawskiej Grupy CCS, a wg. metryczki wieku średniego ;).

Facet, który po wypadku motocyklowym w wakacje 2024 roku udowodnił sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych, wyruszając w pierwszą prawdziwie samotną i długą (jak dla mnie) podróż. I to od razu na północne krańce Europy.

Nordkapp był moim celem i też pretekstem, aby sprawdzić siebie i jednocześnie odkrywać kawałek po kawałku kraje Północy Europy. Jak sobie wymarzyłem, tak zrobiłem, a moja przygoda z samotnymi podróżami dopiero się zaczyna.

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 19
Ilość kilometrów: 5000
Ilość uczestników: 1
Ilość krajów: 6
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: QJ Motor SRT550SX
Rok wyprawy: 2025
Kanał Youtube: https://youtube.com/playlist?list=PLlDZXQS-ULtXA51CUzz3vmv0FRjXaR_PN&si=jD_UWe6C_akIWUHE
Instagram: https://www.instagram.com/ridegreatagain/
Facebook: https://www.facebook.com/RideMotorBikeGreat
Blog:

Krzysztof Kaczurba

Pełen opis

PROLOG: Wypadek i wezwanie dzikiej Północy

Motocyklowanie to cudne odkrywanie świata, tego za rogiem i tego daleko. Bo każda wyprawa to przygoda. Liczą się nasze doświadczenia, emocje i wspomnienia na zawsze.

Od kilku lat wspólnie z Motoprzyjaciółmi z warszawskiej grupy CCS uczyłem się podróżowania, zawsze w grupie. Ale coś mi mówiło zrób krok dalej, posmakuj samotnej przygody. I nawet zacząłem o tym myśleć, aż zdarzyło się…

…W wakacje 2024 roku przeżyłem wypadek motocyklowy. Skończyło się na wstrząśnieniu mózgu i rozbitym motocyklu. Miałem wtedy ogromne szczęście, że obyło się bez połamań, ale psychiczny ślad pozostał – powrót na dwa koła po takim zdarzeniu zawsze budzi obawy, a pomysł samotnej wyprawy na Nordkapp w tamtym momencie wydawał się wręcz totalnie nierealny.

Ja jednak się uparłem i już jesienią 2024 roku zacząłem snuć wielkie plany i przygotowania, które konsekwentnie wcieliłem w życie. Ta wyprawa miała być czymś więcej niż turystycznym wyjazdem. Miała być moim sprawdzianem psychicznym i fizycznym. Chciałem udowodnić sobie, że dam radę stawić czoła samotności, przestrzeni i dzikiej naturze. Ale też posmakować, czy to jest taka przygoda, jakich chciałbym więcej.

Cel był ambitny dla mnie: Nordkapp – legendarny, skalisty klif na końcu Europy, smagany arktycznymi wiatrami. Moim towarzyszem został „Osiołek”, czyli budżetowy QJ Motor SRT 550 SX o pojemności 550 cm³. Nie potrzeba najdroższego motocykla adventure, by przeżyć wielką przygodę. Samotny start, 6 krajów przed sobą, kamera na kasku i smartphone za profesjonalny aparat fotograficzny.

Mój syn żartował, że na wyjeździe bawię się w Stanleya Kubricka – dokumentowałem każdy dzień tak jak umiałem. Z czego powstała sześcioodcinkowa seria na moim kanale YouTube „Ride Great Again” (Ride Great Again – YouTube).

Może to nie jest majstersztyk sztuki filmowej i literackiej, ale za to jest to moja przygoda bez żadnych ubarwień. Zapraszam 🙂

Etap I. Kierunek Finlandia przez Pribałtykę

Dzień 1: Na Północ w nieznane

Jest 19 czerwca 2025 i ruszam w nieznane dla mnie. Start z Warszawy i z każdym kilometrem rosło moje poczucie pewności, ale też ekscytacja, naprawdę to robię. Droga dojazdowa na Litwę miała być spokojnym wstępem. Pogoda na początku dopisywała, Niemen w Kownie lśnił w słońcu. Zatrzymałem się pod Zamkiem na kawę i chwilę odpoczynku. Sielankę przerwała nagła, gwałtowna burza, która rozpętała się w zaledwie piętnaście minut. Szybko uciekłem pod dach knajpy „Piles Sodas”, żeby przygotować się na wodny trip. Nici z kempingu, wszystko pływało i trzeba było uciekać dalej. Trochę litrów wody i jakąś godzinę dalej dojechałem przemoczony do Poniewieża na Łotwie. Prognozy zapowiadające słońce okazały się złudzeniem – droga od pierwszego dnia uczyła mnie pokory.

Dzień 2: Pribałtyka

Kolejny dzień przyniósł upragnione słońce. Ruszyłem w stronę Rygi. Spacer po Starym Mieście i wizyta na legendarnym, tętniącym życiem Targu Rybnym (Rīgas Centrāltirgus) pozwoliły mi poczuć klimat bałtyckiej metropolii. Tam też pierwszy raz odkryłem, że samotna podróż tak naprawdę nigdy nie jest samotna. Wpadłem na sympatyczną parę motocyklową z Polski, rozmowa o naszych planach, pozdrowienia bezpiecznej drogi i tak już będzie. Zawsze znajdzie się ktoś, z kim przetniesz się na trasie.

Następnie drogą A4, tuż obok szumiących fal Zatoki Ryskiej, skierowałem się do Estonii. Tallinn przywitał mnie niesamowitym, wieczornym światłem. Spacer po średniowiecznym rynku skąpanym w czerwieni zachodzącego słońca był po prostu magiczny. Klimat tego miejsca wynagrodził trudy poprzedniego dnia. Ze wszystkich miast Pribałtyki, które widziałem Tallin zdecydowanie był najbardziej klimatyczny, chce się wracać. A jutro prom i Wielka Finlandia.

Etap II. Wielka Finlandia

Dzień 3: Helsinki, jeziora i droga wzdłuż Południka Struvego

Wczesnym rankiem zameldowałem się w porcie. Trzygodzinny rejs promem Viking Line przez Bałtyk był chwilą oddechu. Znowu rozmowy z innymi motocyklistami, szczerze wszyscy patrzyliśmy na mapy pogoda, ale każda aplikacja pokazywała to samo. Po zjechaniu z promu w Helsinkach uderzyła we mnie ściana deszczu. Finlandia przywitała mnie surowo, ale nie zamierzałem się poddawać. Z Helsinek do Lahti i dalej jadąc wzdłuż brzegów gigantycznego jeziora Päijänne – drugiego największego w Finlandii, podążając trasą wyznaczoną przez historyczny Południk Struvego. Szara, niemal nieskończona tafla wody otoczona ciemnymi lasami iglastymi robiła kolosalne wrażenie. Nawet deszcz miał swój klimat, a jeszcze przyjdzie czas na słoneczną Finlandię. Późnym wieczorem, skostniały i przemoczony, dotarłem do Emolahti Camping. Wziąłem Hytte, żeby siebie i ciuchy osuszyć. A tam dzień już trwał do północy. Kładłem się spać z poczuciem, że pogoda zaczyna testować moje granice. Nastepny dzień to droga do Mikołaja, jak będzie ?

Dzień 4: Do Mikołaja w Rovaniemi

Pobudka i chyba to inne miejsce, ponad 20 stopnii, nie ma chmurek i słońce wreszcie mnie poprowadzi. Trasa na północ w kierunku Zatoki Botnickiej, przecinam rzeki, podziwiam przyrodę, czasem zatrzymuję się, aby zbierać rośliny do zielnika. Przy jednym z taki postojów zatrzymują się trzej motocykliści z UK, bo może potrzebuję pomocy. Podziękowałem, nic się nie dzieje i chłopaki pojechali dalej. Czy to ostatnie spotkanie ?

Jadę dalej przez miasta Oulu i Kemi, widzę czasem Bałtyk i przyroda powoli się zmienia, nienachalnie, ale jednak jakby trochę inaczej się robi. W końcu zjazd w stronę Rovaniemi i wybieram parking na postój i obiad. Co za niespodzianka, tam spotykam tych samych fantastycznych motocyklistów z Wielkiej Brytanii. Chłopaki planują objazd Finlandii. Wspólny posiłek, śmiech i wymiana doświadczeń, rozmowy o moim „Osiołku”, jednocząca jest motocyklowa społeczność podróżników. Co ciekawe, chłopaki prowadzą własny kanał i później opowiedzieli o naszym spotkaniu w swoim motovlogu (Green String – YouTube) , mega akcent mojej podróży! Podbudowany tym spotkaniem ruszyłem dalej. Wieczorem dotarłem do Rovaniemi i rozbiłem namiot na kempingu Ounaskoski, położonym malowniczo nad rzeką Kemijoki, tuż przy centrum miasta.

Dzień 5: Koło Podbiegunowe

Dzień rozpocząłem od wizyty w słynnej Wiosce Świętego Mikołaja. Miejsce mocno komercyjne, ale jednak warto choć na chwilę zatrzymać się. To tutaj przekroczyłem linię Koła Podbiegunowego, było dla mnie niezwykle symbolicznym momentem – wjechałem oficjalnie do strefy arktycznej. A pogoda, słonecznie i prawie bezchmurnie, daleka północ przyjęła mnie łagodnie i tak będzie przez długich kilka dni.

Jeszcze trochę drogi dalej, mniej wiecej na poziomie Sodankylä, krajobraz zaczął zmieniać się coraz szybciej, wjeżdżam w koło podbiegunowe – drzewa karłowaciały, ustępując miejsca bezkresnej tundrze, bagnom i torfowiskom. W Tankavaara, krainie poszukiwaczy złota, po raz pierwszy na drodze mijałem renifery. A więc jednak są i to prawda, że za nic mają drogi, samochody i turystów. Jadąc dalej w Saariselkä poznałem dwóch motocyklistów z Niemiec. I znowy nie byłem sam :). Wspólnie, jadąc ramię w ramię, dotarliśmy do Ivalo, gdzie nocowałem w przytulnej Hytte w Arctic River Resort nad rzeką Ivalojoki, która wypływa z Inari.

Etap III. Na kraniec Europy

Dzień 6: Ziemie ludów Północy od Inary po Nordkapp

To był dzień, na który czekałem. Droga prowadziła wzdłuż brzegów Inari – świętego, olbrzymiego jeziora Lapończyków. Bezkresne wody i dzika przyroda Laponii zapierały dech.

Po przekroczeniu granicy z Norwegią na trasie 92, moim pierwszym ważnym przystankiem było Karasjok – nieoficjalna stolica norweskich Samów. Zgodnie z planem, zrobiłem tam dłuższą przerwę na niezwykle pouczającą wizytę w Muzeum Sami (Sápmi Park). Zobaczenie tradycyjnych strojów, dawnego rzemiosła oraz unikalnej sztuki rdzennych mieszkańców Północy oraz poznanie historii podbojów tych ziem pozwoliło mi bardziej zrozumieć i jeszcze bardziej nabrać szacunku do tego surowego regionu, do ziemi Samów.

Z Karasjok ruszyłem dalej w kierunku północnym. Droga wiodła wzdłuż monumentalnego fiordu Porsanger. Pierwszy fjord jaki zobaczyłem w życiu i zakochałem się od razu, każda chwila podróży mówiła mi „było warto”. Wieczorem dotarłem na kemping Hytte Camp Nordkapp. To znana baza wypadowa na Nordkapp, w dodatku prowadzona przez Polaków.

Zmęczenie po całym dniu jazdy i chłonięcia wrażeń było ogromne, ale pogoda była wręcz idealna – bezwietrznie, bezchmurnie i ciepło. Położyłem się na krótką, regeneracyjną drzemkę, by nabrać sił, bo wiedziałem, że taka szansa na nocny atak na Nordkapp w pełnym słońcu może się już nie powtórzyć.

Dzień 7: Mój Nordkapp w stronę Słońca

O godzinie drugiej nad ranem, gdy słońce polarne wisiało nisko nad horyzontem, zalewając świat złotym blaskiem, ruszyłem na podbój ostatnich 13 kilometrów. Droga przez płaskowyż w środku nocy, która wyglądała jakby był dzień, była doświadczeniem mistycznym. To była trasa w stronę Słońca. Gdy stanąłem pod słynnym globusem na Nordkapp, nie mogłem uwierzyć, że to zrobiłem. Dla mnie, który rok wcześniej myślał co dalej z tym motocyklowanie, a cała ta podróż wydawała się tylko nierealnym snem, ten moment był ostatecznym dowodem na to, co daje upór i determinacja.

Spędziłem tam ponad dwie niesamowite godziny, podziwiając ten surowy, monumentalny krajobraz i patrząc na bezkresny Ocean Arktyczny – było po prostu magicznie. Śmiech, łzy, łapanie chwili i radość. Nordkapp był dla mnie łaskawy i obdarował mnie widokami klifów, kolorami Morza Barentsa, słonecznymi promieniami w dniu/nocy przesilenia zostaną ze mną na zawsze. I nawet kruki, które tam mieszkają mi towarzyszyły. Udowodniłem sobie, że bariery istnieją tylko w naszych głowach.

Po krótkim odpoczynku odwiedziłem Skarsvåg – urokliwą, najbardziej wysuniętą na północ wioskę rybacką, a następnie ruszyłem na południowy zachód drogą E6 przez surowy płaskowyż Finnmarku i tak dojechałem na kemping w Alta.

Dzień 8: Ślady pradawnych ludzi w Alta i jeszcze więcej fjordów

Alta to przede wszystkim niesamowite muzeum naskalnych rysunków (Alta Museum World Heritage Rock Art Center). Odkąd poczytałem o tym miejscu to wiedziałem, że chcę je zobaczyć. Spacer ścieżkami nad brzegiem fiordu pośród prehistorycznych rytów sprzed tysięcy lat był głębokim spotkaniem z historią ludzkości, każdemu polecam ten przystanek. Następnie ruszyłem w stronę Olderdalen.

Chcąc uniknąć monotonnej jazdy główną drogą, podjąłem decyzję o zjechaniu z drogi E6 na boczną szutrową trasę okalającą fiord Kvænangen. To był strzał w dziesiątkę – przestrzeń, trochę bardziej wymagające drogi, krystaliczna woda, wodospady i widoki na góry wyrastające prosto z morza stworzyły niezapomniany spektakl.

Dalej jadąc do celu tego dnia odbiłem jeszcze w kierunku malowniczej doliny rzeki Reisaelva w pobliżu Parku Narodowego Reisa. Podziwiałem tam potężne, huczące wodospady spadające z pionowych skalnych tarasów, zjadłem w stylu kempingowym nad rzeką.

Etap IV. Raj na Północy

Dzień 9: Offroad do Grosa Bridge i promami do Tromso 

Ten dzień przyniósł jedno z najbardziej ekscytujących i wymagających technicznie doświadczeń offroadowych mojej wyprawy. Z Olderdalen wyruszyłem w góry, podejmując stromy, widowiskowy szutrowy podjazd motocyklem w kierunku słynnego mostu Gorsa (Gorsa Bridge). To było wyzwanie dla mnie, po drodze zostawiłem część bagażu, który zabrałem na powrocie (owieczki go pilnowały). Ale było warto 🙂

Ten spektakularny most wiszący rozpięty jest nad oszałamiającym, ziejącym głębią kanionem, na którego dnie z potężnym rykiem huczy wodospad Gorzifossen – jeden z najbardziej dzikich i niesamowitych wodospadów w całym regionie. Spacer krawędzią tej gigantycznej przepaści i widok spadającej z ogromną siłą wody wywarły na mnie kolosalne wrażenie. Chciałem go uwiecznić dronem, ale tutaj mój brak doświadczenia sprawił, że wodospad „połknął” drona, niczym wielki norweski troll. Szukając go jeszcze wpadłem w skały i mocno obiłem nogę, wtedy zdecydowałem, że drona da się odkupić, a jak nogę złamię to koniec zabawy.

Zatem powrót bezpiecznie i powoli na dół tą samą szutrową trasą. A z Olderdalen podróż przez fjordy. Dwie przeprawy promowe przez fiordy Lyngen (Olderdalen – Lyngseide) oraz Ullsfjorden (Svensby – Breivikeidet), dalej odcinek lądowy i pod koniec dnia melduję się w Tromsø, gdzie zrobię sobie jeden dzień bez moto.

Dzień 10: Zasłużony odpoczynek w Tromsø 

Ten dzień w całości przeznaczyłem na leniwe poznawanie Tromsø, stolicy Arktyki. Po intensywnych dniach i przygodach w trasie, spacer po urokliwych uliczkach miasta był niesamowicie relaksujący. Pogoda dopisała, cały dzień było piękne słońce i naprawdę ciepło.

Zwiedziłem zabytkowy bastion Skansen Festningsverk z charakterystycznymi drewnianymi domkami, a także niezwykle interesujące Muzeum Polarne (Polar Museet), które przybliżyło mi historię bohaterskich, arktycznych wypraw Roalda Amundsena i Fridtjofa Nansena. Odwiedziłem też unikalne, interaktywne Troll Museum, gdzie dzięki rozszerzonej rzeczywistości mogłem zanurzyć się w świecie norweskich legend i wierzeń.

Na mojej trasie nie mogło zabraknąć imponującej, drewnianej Katedry (Tromsø Domkirke) w samym centrum. Trochę zakupów pamiątek z trasy, prawdzimy hamburger z mięsa renifera, norweskie piwo. Wieczorem chłonąłem niesamowitą atmosferę tego tętniącego życiem, północnego miasta, zbierając siły na kolejny etap.

Dzień 11: Arktyczny raj Kvaløyi i Sommarøy

To był dzień absolutnej, wizualnej i motocyklowej uczty, który na moim filmie zajął wyjątkowe miejsce. Wyruszyłem z Tromsø na zachód, wkraczając na wyspę Kvaløya. Padało, ale Kvaløya była przez to jeszcze bardziej magiczna. Kręte, asfaltowe drogi wiły się tuż przy brzegu spektakularnych fiordów – Ersfjord, Grotfjord oraz Kattfjordeidet. Widok ośnieżonych, spiczastych szczytów wyrastających pionowo z turkusowej wody oceanu był wręcz nierealny. Jak było obiecane to tutaj wpadłem na dziko żyjące renifery, które chodziły jak chciały i gdzie chciały, a to po drogach, a to po plażach i w okolicy domków. Zdażało się, że uroczo tarasowały drogę zupełnie nie przejmujących się dźwiękiem silnika mojego „Osiołka”.

Kulminacyjnym punktem była magiczna wyspa Sommarøy. To prawdziwe „Karaiby Północy” – białe, koralowe plaże, krystalicznie czysta, szmaragdowa woda i malownicze pomosty rybackie tworzyły krajobraz, który trudno powiązać z kołem podbiegunowym. Kvaløyi i Sommarøy zachwyciły mnie totalnie, jak dla mnie to „the must” północy Norwegii na moto.

Koniec na dziś, jadę do Djupvag, gdzie umówiłem się na spotkanie się z moim CCS’owym motocyklowym przyjacielem Pawłem. Paweł ruszał później i tak się dograliśmy, żeby trzy dni spedzić razem. Spotkanie na wyspie Finnsnes, u wrót wyspy Senja, a dalej wspólne Lofoty i każdy znów ucieka w swoim kierunku. To był nasz plan ma wspólną przygodę.

Dzień 12: Zjawiskowa Senja i spektakl białej nocy

Naszą wspólną podróż z Pawłem rozpoczęliśmy od uderzenia wspaniałości na wyspie Senja, często nazywanej „Norwegią w pigułce”. Pojechaliśmy do urokliwej rybackiej osadę Husøy, położoną na skalistej wysepce i połączonej z lądem jedynie wąską groblą. Dojazd do tej grobli to kilka fajnych serpentyn w dół zatoki. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć.

Następnie pokonaliśmy widowiskową trasę wzdłuż północnego brzegu, zatrzymując się przy surowej formacji skalnej Tungeneset i dalej na kultowej platformie widokowej Bergsbotn, dosłownie zawieszonej nad przepaścią fiordu Bergsfjorden. A dalej to już droga do Gryllefjord, skąd przeprawiliśmy się promem do Andenes na wyspie Andøya.

Na Andøya docieramy do malowniczej miejscowości Bleik i tam znowu wróciła nam pogoda. I dobrze, bo na tamtejszej szerokiej, piaszczystej plaży Bleikstranda, oblewanej przez zimne, arktyczne fale, doświadczyliśmy niesamowitego spektaklu białej nocy. Słońce wiszące nisko nad horyzontem jedynie muskało linię wody, by zaraz zacząć się wznosić, zalewając całą plażę nierealnym, różowo-złotym światłem. Przed nami Lofoty.

Etap V. Lofoty, Deszcz i Kłopoty

Dzień 13. Mokro i deszczowo z Andenes do Sandsletta

Podróż przez wyspy Andøya i Langøya przywitała nas załamaniem pogody. Porywisty, lodowaty wiatr i ulewny deszcz towarzyszyły nam przez całą drogę. Choć pogoda nie sprzyjała, to zrobiliśmy krótki postój w dawnym miejscu ofiarnym Ludu Sami – Bukkekjerka, z którego roztacza się niesamowity widok na otwarte Morze Norweskie. A też stąd widać norweską bazę kosmiczną Andoya Spaceport (który można podziwiać nawet z wnętrza słynnej, przeszklonej toalety o lustrzanych szybach!).

Jeszcze prom z Melbu do Fiskebol, miały być Norweskie Karaiby, a wyszła pogoda polarna :). Zmarznięci i zmęczeni dotarliśmy na Sandsletta Camping na wyspie Austvågøya, gdzie schroniliśmy się w drewnianym domku, susząc ubrania i nasłuchując dudniącego o dach deszczu.

Dzień 14. Lofoty, ale nie tak miało być

To miał być najpiękniejszy dzień na Lofotach. Planowaliśmy odwiedzić Muzeum Wikingów w Borg i dotrzeć do Moskenes. Samo Muzeum zaliczone, ale inne plany na zwiedzanie Lofotów upadły z powodu kłopotów technicznych z motocyklem.

Mój motocykl zaczął niespodziewanie gasnąć podczas jazdy. Silnik wyłączał się w najbardziej losowych momentach – na zakrętach, podjazdach i w tunelach. Paweł dzielnie jechał za mną i pilnował, aby nikt nie wjechał we mnie. Szukaliśmy pomocy lokalnie, ale ceny były zaporowe, a w dodatku QJ nie ma serwisu w Norwegii. No cóż trzeba nam było w strugach deszczu, z sercem na ramieniu, jechać dalej. Może przestanie wariować. W końcu, wyczerpani, wjechaliśmy na prom z Moskenes do Bodø.

Dzień wcześniej próbowaliśmy z Pawłem zdiagnozować problem, ale nie doszliśmy do zdjęcia baku paliwa ( a to był błąd). Skoro rano zadziałał to myślałem, że wyschnał i będzie git, i tutaj się myliłem, co kosztowało nas zmianę planów na Lofotach.

Dzień 15. Z Bodø do Arjeplog

W Bodø nasze drogi się rozeszły. Paweł miał plan na południe Norwegii, a ja i tak miałem juz kierować się do Szwecji. Podjąłem trudną, ale jedyną rozsądną decyzję, aby skrócic trasę i dojechać maszyną w zasięg mojego Assistance.

Postanowiłem jechać prosto do Arjeplog w Szwecji wybierając mniej kręte i raczej główne drogi, gdzie ukształtowanie terenu będzie bezpieczniejsze w razie nagłego zgaśnięcia silnika. Pokonałem surowy, bezludny i zapierający dech w piersiach płaskowyż szwedzkiej Laponii wzdłuż dróg 77 i 95. To było monumentalne przyznam. Czasem nie rozumiem, jak czytam, że Szwecja czy Finlandia jest nudna.

Jednak maszyna gasła coraz częściej. Samotny przejazd przez te pustkowia, gdzie jedynym towarzyszem były renifery pasące się na poboczach, był testem dla moich nerwów. Dotarłem do Arjeplog, które było w zasięgu mojego Assitance (dobra polisa nie jest zła). Podjąłem decyzję: bezpieczeństwo przede wszystkim, zatrzymałem się na kempingu i wezwałem pomoc assistance.

Dzień 16. Oczekiwanie w Arjeplog

Ten dzień spędziłem na spokojnym spacerze po urokliwym Arjeplog. Emocje powoli opadały. Choć czułem lekki niedosyt, że nie wracam na kołach, czułem też ogromną wdzięczność. Przeżyłem niesamowite chwile, a mój „Osiołek” dowiózł mnie na sam koniec Europy i z powrotem do bezpiecznego miejsca.

Samo miejsce okazało się niezwykle fascynujące i pozwoliło mi wyciszyć emocje. Arjeplog leży w sercu szwedzkiej Laponii i słynie z tysięcy jezior, z których najsłynniejszym jest Hornavan – najgłębsze jezioro w całej Szwecji, osiągające ponad 220 metrów głębokości.

Hornavan znane jest ze swojej krystalicznie czystej wody i bogactwa ryb (dlatego było tylu rybaków na kempingu). Za to zimą zamienia się w gigantyczny tor samochodowy.
Co więcej, te surowe, malownicze tereny to historyczne ziemie Sami (Sápmi), którzy żyli tu w zgodzie z naturą i hodowali renifery na długo przed pojawieniem się nowoczesnej technologii.

Choć mój „Osiołek” odpoczywał przed podróżą czekając na lawetę, to fajnie, że los rzucił mnie właśnie w to magiczne, pełne skandynawskiej duszy miejsce.

Dni 17 – 19. Z Arjeplog do Warszawa lawetą

Rozpoczęła się długa podróż powrotna. Mój motocykl wylądował na lawecie zorganizowanej przez ubezpieczyciela. Przejechaliśmy przez całą Szwecję, mijając Jönköping, aż do portu w Ystad. Stamtąd przeprawiliśmy się promem do Szczecina, a ostatni etap do Warszawy pokonałem wypożyczonym samochodem. 7 lipca 2025 roku, po dokładnie 19 dniach od startu, zameldowałem się w domu.

Było warto i kupiłem ten styl przygody. Jest koniec sierpnia 2026 i właśnie pakuję się w Alpy. Znowu sam, ale za to z doświadczeniem.

EPILOG: Lekcja pod bakiem i prawdziwy duch Adventure

Gdy motocykl trafił do autoryzowanego serwisu w Warszawie, mechanicy potrzebowali zaledwie kilku godzin, by zdiagnozować usterkę. Diagnoza okazała się komiczna, a zarazem była dla mnie potężną lekcją pokory. Powodem całego zamieszania było poluzowane gniazdo czujnika bocznej stopki, ukryte głęboko pod zbiornikiem paliwa. Podczas drgań i jazdy w deszczu złączka traciła kontakt, odcinając zapłon. Gdybyśmy na kempingu z Pawłem nie bali się zdjąć zbiornika paliwa w deszczu i poszukali przyczyny głębiej, usterkę usunąłbym sam w pięć minut.

Dziś wiem, że mogłem to rozegrać inaczej. Ale to właśnie jest najpiękniejsza prawda o podróżach motocyklowych. Prawdziwy duch Adventure to nie tylko pokonywanie kilometrów w idealnym słońcu. To umiejętność radzenia sobie z kryzysami, przezwyciężanie własnych barier – w moim przypadku lęku po wypadku – oraz wyciąganie lekcji z porażek.

Ta wyprawa dała mi ogromną pewność siebie, dużo się nauczyłem i na kolejne przygody będę lepiej przygotowany. A całe tysiące pozytywnych emocji, pięknych chwil, niezapomniany krajobrazów oraz kilku inspiracji postarałem się uchwycić w filmikach, które znajdziesz na moim YouTube.

I mam niezłomne przekonanie, że już teraz chcę tam wracać. Skandynawia jest cudowna, Finlandia wielkich jezior, Norwegia Południowa czeka i nie tylko. Są też inne kierunki, bo każda droga ma swoją historię, a moja przygoda z samotnymi podróżami dopiero się zaczyna.

Kris
RideGreatAgain