Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby
Tycjan w zeszłym roku kupił bilet do RPA o trzeciej nad ranem i sam do dziś nie jest pewien, czy to był rozsądny pomysł. Pare miesięcy później przemierzał Karoo z grupa lokalnych riderów, zbierając historie ciekawsze niż sama mapa. Jego relacja jest o motocyklach, ale bardziej o ludziach i miejscach których nie znajdzie się w błyszczących folderach turystycznych.
Kilka danych o wyprawie
Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 6
Ilość kilometrów: 1520
Ilość uczestników: 12
Ilość krajów: 1
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Tak
Motocykla na którym podbijano świat: Royal Enfield Himalayan 450
Rok wyprawy: 2025
Kanał Youtube:
Instagram: https://instagram.com/ourgreatmotorcyclejourneys
Facebook: Tyc Bielec
Blog:

Pełen opis
Musisz kiedyś pojechać do RPA.
Jak jeden Polak i 11 lokalnych motocyklistów przejechało przez bezdroża Karoo.
„Karoo sprawia, że człowiek uświadamia sobie, jak wiele tak zwanych ważnych rzeczy jest w rzeczywistości błahych, a tak wiele rzeczy błahych- ważnych.” Olive Schreiner
W pewien sierpniowy wtorek 2025, chwilę po trzeciej nad ranem, kupiłem bilet do Kapsztadu.
Nie miałem w tym wielkiego planu. Nie miałem mapy świata rozłożonej na stole, notesu z wypunktowanym planem, który spisywałem od dawna. Nie robiłem długiego porównywania krajów i tras. To był impuls, kilka kliknięć i późna noc, w której normalny człowiek powinien dawno spać, z zamkniętym laptopem. Ja zamiast zrobiłem pierwszy krok w stronę Republiki Południowej Afryki.
Od kilku lat mam zwyczaj, że w listopadzie robię sam sobie urodzinowy prezent. Na początku był to po prostu dzień dla siebie. Potem krótkie wyjazdy. Później coraz dłuższe trasy motocyklowe. Polska złota jesień jest piękna, ale bywa też mokra, szara i coraz krótsza, liść opadł. Hiszpania, Portugalia, Maroko — wszystko kusiło, ale im dłużej patrzyłem na gotowe oferty, tym bardziej miałem poczucie, że ktoś już napisał tę historię za mnie: to wszystko piękne kraje, mam szczęście znać je trochę z perspektywy siodła motocykla, ale…ja chciałem swojej historii. Wraz z upływem lat coraz więcej moich marzeń trafia do kategorii „kiedyś”. „Kiedyś” zrobię coś nieracjonalnego dla siebie. „Kiedyś pojadę na motocyklu gdzieś dalej”. Tej nocy uznałem, że to „kiedyś” to będzie dziś. Nie wiedziałem jeszcze tylko, że tej nocy rozpocząłem małą przygodę życia, a kupiłem nie pocztówkową wycieczkę na motocyklu.
RPA od dawna krążyło mi po głowie. Wiele lat temu w trakcie mojej pierwszej pracy na jakimś Bardzo Ważnym międzynarodowym telco, siedząc w londyńskim Mayfair, mój ówczesny szef Paul wyciszył nagle mikrofon telefonu głośnomówiącego i zapytał „Tycjan, czy Ty byłeś kiedyś w RPA? Nie? to musisz tam kiedyś pojechać”. Poza tą refleksją nie pamiętam dokładnie żadnej innej rozmowy z tego okresu. Ale ta jedna została ze mną jak żywa. Od tego momentu Afryka zamieszkała na dobre w mojej głowie.
Ponad 14 000 km od domu, druga półkula. Ale mimo to ta sama strefa czasowa co u nas. Tak zaczęła się moja wyprawa „Karoo Wanderlust” — 1520 kilometrów motocyklem przez południowoafrykańskie bezdroża. Czterdzieści procent asfaltu. Sześćdziesiąt procent szutru. Tydzień jazdy przez w większości bezludny krajobraz, który najpierw zachwyca, potem męczy, a na końcu zostaje w głowie na zawsze. To nie miała być typowa turystyczna wyprawa przez Garden Route. Zależało mi na autentycznej Afryce, takiej w której nie bywają za często nawet jej mieszkańcy z dużych miast.
Moja podróż do punktu startu upłynęła elegancko: lecę przez Doha do Kapsztadu. W drodze czytam książkę o podróży jakiegoś australijskiego szaleńca starym Royal Enfieldem z Wielkiej Brytanii do RPA. Podoba mi się ta symetria. Lubię być w trasie, czuję się wtedy jak postać z filmu, czuję że będzie się działo, idzie nieznane.
W środę czyli dzień przed wyjazdem otrzymuje wesołego maila od lokalnego przewoźnika z informacja, ze mój lot z Kapsztadu do Gqeberha zaplanowany na sobotę rano został odwołany. I ze mogę lecieć dzień wcześniej (czyli ominie mnie 1 noc w Kapsztadzie- podobno najpiękniejszym mieście świata) i nocować na miejscu, albo w dniu w którym będę musiał wczesnym popołudniem być w Graaff-Reinet. Wybieram ta pierwsza opcje i tak nieoczekiwanie mam pierwszy nocleg nad Oceanem Indyjskim. Po dotarciu do sympatycznego pensjonatu witają mnie przed jego wejściem ściany zewnętrzne naszpikowane kolcami, drutem kolczastym i stadem kamer. „Mamy tu 50% bezrobocia” tłumaczy podczas zameldowania, z pewnym zawstydzeniem mila właścicielka, która z wyglądu mogłaby być czyjąś ciocia z przysłowiowego Ciechocinka, a nie stereotypowa Afrykanka, mieszkanka Prowincji Przylądkowej Wschodniej.
Szybkie śniadanie, spacer nad Oceanem (nie mogłem sobie odmówić), taksówka do wypożyczalni aut. Jest jakiś problem z moja rezerwacja, pan który wydaje mi auto spieszy się na transmisje meczu pucharu narodów rugby Włochy-RPA (RPA wygrało 32-14). Z wdzięcznością przyjmuje moja propozycję: jedziemy do nich do biura na obrzeżach, gdzie szybko wszystko załatwimy. Ja dostaję auto, pan pędzi na mecz. Tradycyjnie w pierwszej chwili machinalnie wsiadam na miejsce pasażera, zanim odruchy prowadzenia po prawej stronie wrócą na swoje miejsce- kilka razy włączę wycieraczki zamiast kierunkowskazów ale generalnie jest git. Podobnie jak z nauka pływania, tych odruchów się nie zapomina. Mam oczywiście swoja muzykę na telefonie, ale celowo zostawiam włączone radio na stacji, której słuchał poprzedni użytkownik. „Algoa FM”. Akurat jest dyskusja na temat przygotowań do Świat Bożego Narodzenia. Za oknem lato lepsze niż u nas w lipcu, w radio rozmowa o dekorowaniu choinki.
Po 4h przemierzenia, w większości pustych ale za to dziurawych dróg zameldowałem się w Graaff-Reinet. Pustych nie licząc skrajnie biednych osiedli na obrzeżach mojego miast wyjazdu, dziwnych postaci kręcących się na poboczach szczególnie przy światłach drogowych (patrzyłem czy nic nie jedzie i rura dalej nawet na czerwonym) i stad Werwetów które czekały na okazje żeby zwędzić jedzenie nieszczęśnikom, którym nawali pojazd po drodze.
Graaff-Reinet: It began in Africa
Szczególnie w głupich pomysłach bywam w życiu impulsywny, ale nie aż tak głupi żeby porwać się solo na tygodniowa jazdę wynajętym motocyklem przez pustynię w RPA (Klasyfikacja bezpieczeństwa wg MSZ: Poziom 2- szczególną ostrożność). Wiec na ta wyprawę wybieram się z Timem i 11 innymi lokalesami znalezionymi w internecie: 11 facetów i 1 kobieta. „To na pewno jest jakiś scam, zobaczysz” prorokuje- na szczęście błędnie- moja Żona parę tygodni przed wyjazdem. Zbiórka i start wyprawy dokładnie w moje urodziny w Graaff‑Reinet. Przypadek? Nie sadze…
Graaff-Reinet to jedno z tych miejsc, które wyglądają tak, jakby czas zatrzymał się tam z uprzejmości. Białe domy De Kothuize, zabytkowe fasady, szerokie ulice, światło odbijające się od ścian. Leniwy spokój, klimat małego miasteczka, które szczęśliwie żyje swoim życiem.
Zanim wyruszymy jutro rano dziś zapoznawcza kolacja i ustalenie zasad bezpieczeństwa, a potem wczesne spanie. To ważne bo 13 osób to dużo większą grupa motocyklowa niż moje optimum. Po pierwszym zapoznawczym piwie mam dwie główne myśli: to nie był scam- co więcej wszystko jest mega dopracowane, i chyba ważniejsze, że po tym tygodniu albo znienawidzimy się, albo zostaniemy przyjaciółmi na lata. Każdy jest bardzo jakiś. To są ludzie, którzy świadomie wybrali tą trudną podróż, bo podobnie jak ja nie chcą czekać na „kiedyś”. Przaśny, zupełnie na dzisiejsze czasy niepoprawnego politycznie dowcipu dorównuje klimatom które znam z moich dziecięcych lat zapamiętanych z perspektywy podwórka na moim blokowisku. Bo mentalnie i kulturowo RPA to takie stare dobre lata 2000 w Polsce. Podobno człowiek zmienia się fizycznie, a w środku na zawsze pozostaje bardziej doświadczonym życiowo nastolatkiem, wiec cieszę się na taka perspektywę najbliższego tygodnia. Wole taką surowość wyprawy w której gadamy o drodze i otoczeniu, a nie kosztach karbonowych dodatków.
Mój motocykl na ten wyjazd do wynajęty na miejscu Royal Enfield Himalayan 450 o lakierze w bardzo stosownym, pustynnym kolorze i z kompletem świeżutkich opon Mitas Tractionator Adventure. Do wyboru było więcej motocykli, ale po pierwsze wyznaję w motocyklach zasadę „light is right”, po drugie tańszy motocykl to zazwyczaj niższe koszty naprawy jakby co. Nie było sensu targać ze sobą na tydzień na koniec świata mojego sprzętu z Polski.
Elon wydaje mi Himka bardzo skrupulatnie: filmujemy każdą rysę, wszystko trafia do protokołu, protokół dostaję na maila. Motocykl ma modnie matowy lakier o odcieniu piasku. Przypominam sobie opis trasy i dociera do mnie, że po 1500 kilometrach szutru to może być ostatni raz kiedy tak ładnie wygląda. Przeliczam szybko w głowie na zł kwotę udziału własnego jaki jest zdefiniowany w polisie ubezpieczeniowej, żeby dodać to do całościowego kosztu wyjazdu…
Dzień wyjazdu: szybkie i dobre śniadanie i w drogę. Ahoj przygodo (oczywiście w tyle głowy- matko czy ja oszalałem, z motyką na księżyc…)
Droga w stronę rezerwatu Bhejane szybko pokazuje, że tutaj nie wystarczy patrzeć daleko przed siebie. Po deszczach trawy są wysokie, a antylopy potrafią wyskoczyć z nich nagle, niemal spod motocykla. Wtedy motocykl przestaje być środkiem transportu. Staje się kolejnym zmysłem poznawania świata. Mierzy nawierzchnię, przyczepność, refleks, zmęczenie i pokorę. Coraz bardziej tez rozumiem dlaczego często lepiej mu zaufać niż spękać przed dziwnie wyglądającą przeszkoda. Po pierwszych kilometrach przyzwyczajania się do nowego motocykla, dość słabowitego silnika, korekcie kąta pochylenia kierownicy na postoju Himek okazuje się być zaskakująco kompetentnym, wygodnym i sprawnym towarzyszem o niewielkim apetycie na paliwo. Organic Maps w którym wgrałem tracki naszej podróży dobrze prowadzą mnie po tamtejszych drogach. Na jednym z ostrzejszych odcinków przednie koło zaczęło tańczyć po luźnym szutrze. W panice odruchowo chciałem odpuścić gaz, ale się powstrzymałem. Zamiast tego odpuściłem ręce, stanąłem szerzej na podnóżkach i pozwoliłem poprowadzić się motocyklowi. Himek bez żadnych fajerwerków po prostu przejechał, a ja zacząłem mu bardziej ufać.
Na pierwszym postoju nasz przewodnik Tim mówi do mnie „jeśli ktoś mi jeszcze raz powie, że świat jest przeludniony to zapraszam go do Karoo”. Po horyzont śladu bytności człowieka. Piękny krajobraz, ale jak z innej planety.
W planach wyprawy proporcja trasy wyglądała niewinnie: 40% asfaltu, 60% szutru. Dopiero na miejscu okazało się, że to nie są proste dane techniczne. To była zapowiedź charakteru całej podróży. Po pierwszych kilometrach przestaję myśleć o tym co i jak robię, zaczynam jechać instynktownie w sposób jaki przez kilka ostatnich miesięcy ćwiczyłem na Enduroterapii z Kasiek Kulik. Motocykl płynie przez sypkie szutry przy odpowiedniej prędkości, pare razy mam zawal jak przednie koło tańczy w lewo i w prawo. Mądrość ludowa „dwóją i gazu od ch…” jak zawsze okazuje się być najlepsza poradą. Zatrzymujemy się na kawę. Zadowolony z siebie zamawiam Espresso i słyszę jak Mike i Chris rozmawiają wychwalają miedzy sobą tempomat, w który wyposażone są ich Tigery 900 bo dzięki nim odpoczywa nadgarstek. Jakoś nie mam ochoty chwalić się z tego, ze moja strategia z „dwoją” daje mi komfort. Sporo się musze jeszcze nauczyć.
Drogi puste po horyzont, piękne krajobrazy obok. Lampa, ale temperatura to komfortowe okolice 25 stopni. Śmieje się sam do siebie pod kaskiem. Nie oszalałem- zdaję sobie sprawę, ze spełniam swoje marzenia. W intercomie gra mi „Free Fallin’” Toma Petty. Przypomina mi się, fragment filmu „The Office „Chciałbym, żeby istniał sposób, żeby wiedzieć ze jest się w starych dobrych czasach, jak się w nich jest”. Chyba go właśnie na chwilę znalazłem.
Nagrodą wieczorem za ten dzień jest nocleg w prywatnym rezerwacie. Poza nasza grupa i kilkoma osobami z obsługi nie ma tam nikogo.
Przy zamawianiu kolacji koledzy przez kilka minut debatują wspólnie nad karta nad tym jakie tradycyjne danie powinienem – jako Polak- spróbować tego wieczora biorąc pod uwagę typowe mięsa dla tego regionu. Mięso jest tu wszędzie i w każdym posiłku. Przy wyjściu okazuje, ze rachunek za moja kolacje został już uregulowany przez jednego z kolegów. Zagapiłem się. „Jesteś naszym gościem” uśmiecha się Mike. Następnego dnia musze zapłacić za kolacje całej naszej grupy bo to póki co moi współtowarzysze starają się niepostrzeżenie opłacać większość moich rachunków w knajpach. Miłe, ale dziwnie się z tym czuję.
Mam na ta noc dla siebie piękny mały domek z gigantycznym oknem z widokiem na strumyk miedzy drzewami i zielone fale drzew po horyzont. Do tego wodopoju przychodzą regularnie żyrafy. Chyba w dniu mojego noclegu były na wakacjach. Albo przegapiłem je przez to, ze spałem jak suseł. W nocy ciemno tak jak nie bywa już w pełnej sztucznych świateł Polsce- nie ma co prawda gwiazd jak na filmach, ale i tak jest zachwycająco pięknie. Zaskakująco cicho bo myślałem, ze będzie słychać nawoływanie zwierząt i dziwne dźwięki. Ciagle nie mogę uwierzyć, ze naprawdę jestem w RPA i to jest teraz moja codzienność, a nie relacja z wyprawy Adama Riemanna, która oglądam na YouTube.
Na śniadanie jest jajecznica z jednego jaja strusia. Starcza dla wszystkich.
Prince Alfred Pass. Majstersztyk inżynierii wyrwany skałom.
Drugiego dnia jedziemy w stronę Oceanu Indyjskiego. Po drodze mijamy Uniondale, czarujące miasteczko z legenda o duchu autostopowiczki. Podobno często jest widywana miedzy a Uniondale and Willowmore, ale gdy kierowcy zabierają ja na stopa znika z auta w drodze. Nie widziałem niestety tej pani, a nawet gdyby była to i tak nie mialem drugiego kasku żeby zabrać pasażera wiec nie byłoby tematu. Bezpieczeństwo najważniejsze.
Prince Alfred Pass jest jednym z tych miejsc, w których człowiek czuje, że inżynieria to czasami opowieść sama w sobie. Droga została poprowadzona przez góry Kouga z niezwykłą konsekwencją i precyzja w 19 wieku, przez legendarnego budowniczego tutejszych dróg Sir Thomasa Baina. Widoki obok są obłędne, ale nie mam czasu się im przyglądać bo jeden fałszywy ruch i można wylądować w skale. Wystarczy jeden kamień, potraktowany jako zwykły otoczak leżący na drodze, który okaże się być szczytem litej skały wystającej z drogi. Jeden z kolegów- Wolf chce popisać się swoimi umiejętnościami, wyprzedza większość z nas jadących zachowawczo gęsiego, ale niestety zahacza kołem dokładnie o taki „kamień” zamiatając tyłem w lekkim pochyleniu i pomimo malej prędkości ląduje prawą stroną swojego BMW F800GS na skale. . Przez kilka sekund wszyscy zamarli. Na szczęście koszt to tylko pare zadrapań i mała ulga na dumie- bo wydarzyło się to na oczach nas wszystkichTo mógł być każdy z nas. Jeden głupi błąd i piękna podróż może zamienić się w organizację dojazdu ekipy ratunkowej na kompletne odludzie. Wolf podnosi maszynę, uśmiecha się, odpala silnik i jak gdyby nigdy nic jedzie dalej.
Dobrze, bo nikt z nas nie chciałby tu się zatrzymywać dłużej niż to niezbędne- łatwiej cisnąć w górę po sypkim szutrze z odkręconą manetą. Jazda wymaga koncentracji, rytmu i pokory, ale widoki na szczycie i samopoczucie, ze oto jesteśmy, udało się, są warte tego wysiłku. Wolf dyskretnie parkuje dalej od nas i w skupieniu ogląda obręcze kół w poszukiwaniu ewentualnych wygięć, szkód na oponie, ewentualnych dziur w osłonie- wyraźnie zrelaksowany uśmiecha się pod nosem i dołącza do reszty. Kilka wspólnych fotek w idiotycznych pozach, woda z elektrolitami pita z bukłaka który każdy wiezie na plecach, banan na twarzy.
Na początku próbowali wymawiać moje imię (słabo im szło- zarówno zapamiętanie jak i wymowa). Potem byłem po prostu „Polish”. Następnie przestali mówić to jak przezwisko, a zaczęli jak imię. Ktoś podawał mi wodę na postoju. Kiedy zostałem z tyłu ktoś upewniał się, czy jadę za grupą. Ktoś tłumaczył, dlaczego nie warto zjeżdżać za bardzo na pobocze (i zawsze trzymać się LEWEJ strony drogi). Bo często zaufanie i więź zaczyna się od tego, że ktoś pamięta, żeby patrzeć co jakiś czas w lusterko i czekać na innych.
Nocleg spędzamy w pięknej miejscowości Knysna nad ciepłym oceanem Indyjskim. Zamiast tradycyjnej kolacji czeka nas rejs po zatoce ma pokładzie jednego pozostałego historycznego statku parowego w RPA „John Benn” połączony z zajadaniem się ostrygami i innymi owocami morza. Miła odmiana mieć gdzieś tam pod nogami wodę, a nie piach i szuter.
Rooiberg Pass. Sześćdziesiąt dziewięć zakrętów
Trzeciego dnia czuję już trochę przejechaną drogę w mięśniach. Rano Tim pojawia się w koszulce „Who is Claudio?”. Okazuje się, że to pamiątka po jego pracy przy trasie dla dokumentu Charliego Boormana o solowej motocyklowej wyprawie po RPA. Sypie anegdotami z tego projektu jak z rękawa, ale dla mnie ważniejsze jest co innego: skoro Tim testował takie trasy dla filmowców i przygotował trasę dla nas, to dzisiejszy Rooiberg nie będzie zabawą.
Ruszamy w drogę, przed nami dzień przełęczy górskich. Droga 7 przełęczy, tzw. 7 Passes Road. Jest pięknie chociaż na niektóre drogi, którymi jedziemy zastanowiłbym się dwa razy czy naprawdę chce wybrać się nawet na spacer z plecakiem. No ale jak zwykle „Dwója i gazu…”, chociaż parę razy serce miałem w gardle. Większość z przełęczy została zbudowana w 19 wieku przez znanego (mi) od poprzedniego Sir Baina, najnowsze pochodzą z lat 1942-1951. Osia dnia jest jednak legendarny Rooiberg pass.
Czternaście kilometrów. Sześćdziesiąt dziewięć zakrętów. Sześć agrafek. Po trzydziestym zakręcie przestajesz liczyć. Po czterdziestym zaczynasz serio czuć przedramiona. Po pięćdziesiątym wiesz, że ważniejsze niż szybko jest jechać ostrożnie, żeby nie popełnić głupiego błędu. W takich miejscach ego wraca na swoje miejsce. I bardzo dobrze.
Rooiberg nie daje czasu na zachwyt, choć widoki są spektakularne. Największym przeciwnikiem jest własne zmęczenie, a nie sama droga. Wieczorem kolacja w kolejnym prywatnym rezerwacie. Zebry pasące się wokół. Spokój po ciężkim dniu. Nic więcej mi nie potrzeba tu i teraz.
Sutherland. Cisza jako miejsce
Środa. Rano na parkingu okazuje się, ze przednie kolo Tigera 800 XC Geralda puszcza powietrze. Niestety to cos więcej niż dziura w oponie, raczej jest to poważne uszkodzenie felgi. W tych warunkach nie ma co się wygłupiać. Motocykl ładuje na lawecie, Gerald zegna się z nami i wraca do Johannesburga do domu. Czasem i tak bywa.
Polowe dnia spędzamy na przemarzaniu Moordenaars Karoo- Karoo Morderców. Nazwa nie jest przypadkowa; to półpustynia, gdzie słońce i odległość są jedynymi stałymi. Wspinamy się w Góry Roggeveld, przejeżdżając przez rezerwaty przyrody Buffelspoort i Anysberg. Ta szutrowa droga wije się przez dziki, surowy teren, oferując zachwycające widoki na góry i doliny. Po kilku dniach jazdy w tym terenie mam już większy komfort, żeby moc trochę rozglądać w czasie jazdy. Pięknie. Nikogo poza nami przez cały dzień. Po drodze mijamy straganik dobrej woli pośrodku niczego- lokalne specjały: miód w małych słoiczkach, ciasteczka, jakiś placek. Bierzesz to czego potrzebujesz, zostawiasz kasę zgodnie z cennikiem. I jedziesz dalej.
Lunch jemy w hotelowym pubie o nazwie „Lord Milner”. W RPA nazwy hoteli potrafią opowiadać historię. Milner był jedną z postaci brytyjskiej polityki czasu wojen burskich, więc przy stoliku z burgerem i kawą nagle robi się mniej wakacyjnie. Na pamiątkę wspaniałych minionych czasów zwiedzamy małe muzeum klasycznych aut na terenie hotelu. Nie interesuje się nami nikt, bo o i tam nie ma tam nikogo poza nami więc wszyscy z radością wsiadamy do starych Jaguarów, Rolls Royce’ow i innych przyprószonych patyna pięknych aut. Karoo ma talent do takich kontrastów: kurz na ciuchach i kolonialne duchy w nazwach.
Dzień kończymy w Sutherland na wysokości 1450 metrów n.p.m.. To najwyższy punkt naszej podróży. Sutherland słynie ze śniegu, gwiazd oraz z tego, że jest najzimniejszym miejscem w Południowej Afryce. Znajduje się tu również największy teleskop na półkuli południowej: SALT. A to oznacza, że posiada bezkresne i niezakłócone światłem niebo po horyzont. W nocy wygląda to magicznie. Dla wykorzystania tej magii zagajam towarzystwo o mój wielki plan przejechania na moto przez cala Afrykę- z południa na północ. Większość z moich towarzyszy podróży nie odważyłoby się na takie szaleństwo, ale jeśli już uparłbym się, żeby jechać to tylko droga wschodnia, a nie zachodnia którą zdaję się podróżować „wszyscy” na forach.
SALT. Polskie majątki zamorskie
Sutherland wywołuje trochę westernowe, trochę apokaliptyczne poczucie, że znajduje się na samym skraju cywilizacji, tuż przed wjazdem w prawdziwie dzikie rejon Karoo. Nie jest duże. W całej miejscowości rozsianych jest zaledwie kilka kameralnych, urokliwych i przytulnych pensjonatów, a większość dróg jest szutrowa, co tylko dodaje mieścinie wiejskiego uroku.
Nie bez kozery nocowaliśmy w Sutherland bo rano wybieramy się na zwiedzanie SALT- South African Large Telescope. Największy teleskop na południowej półkuli. Majstersztyk inżynierii, tym razem współczesnej. Na teleskopie wiszą flagi państw, które są jego współwłaścicielami. Czytam broszurę reklamowa, a tam Polska jest jednym z jego udziałowców- całe 11%, trzeci w kolejności. Patrzę jeszcze raz- na maszcie polskiej flagi brak. Żartem nie-zatem robię mała aferę- skoro polski podatnik łoży nao miejsce , to gdzie jest nasza flaga? Obsługa osłupiała najpierw słyszy „Holland?”. Robię wymownie zdjęcie pustego miejsca na maszcie. Zanim stamtąd odjadę przypominam z groźną miną o polskiej fladze.
Po zakończonym zwiedzaniu ruszamy w dalszą drogę. Nasza dzisiejsza trasa prowadzi nas w głąb regionu Karoo, przez kameralne miasteczka i bezkresne, otwarte przestrzenie. Wjeżdżamy na przełęcz Bloupoort Pass, leżącą w naturalnej dolinie za górą Vaalpunt, i docieramy do urokliwego miasteczka Fraserburg, gdzie czekał na nas obiad w miejscu, które z wyglądu przypominało blaszany garaż. Jedzenie- tradycyjnie w RPA- pyszne, ale moja uwagę przykul telewizor na którym wyświetlane były teledyski w których uśmiechnięci ludzie o urodzie Skandynawów śpiewali muzykę w języku Afrikaans w scenerii przypominającej amerykańskie country. „Co to jest?” pytam Cornella, księgowego o wyglądzie Harleyowca. „To jest Afrikanse”. Muzyka brzmi jak polaczenie disco polo z country, ale nasz dzisiejszy kucharz i kelner, ubrany w obcisłe ubrania, w pełnym makijażu i niemal teatralnych ruchach ma w niej swoje miejsce. Już raczej nie dowiem się kim był. Nie dowiem się, czy jego życie potoczyło się tak jak w teledyskach muzyki Afrikanse, do których zdaje się uciekać myślami, z dala od swojej codzienności. Przez tą krótką chwilę miałem wrażenie, że obserwuje bohatera filmu, którego nikt jeszcze nie nakręcił.
Po obiedzie, z Fraserburga kierujemy się szutrową drogą w stronę Loxton, mijamy odosobnione farmy owiec ze kamiennymi ruinami. Szybka kawa po drodze i docieramy do miejsca naszego noclegu — malowniczego gospodarstwa agroturystycznego Melton Wold Guest Farm.
Założona w 1935 roku Melton Wold Guest Farm to najstarsza farma agroturystyczna w kraju. Oczywiście jesteśmy tam jedynymi gośćmi, oczywiście jedzenie jest pyszne, oczywiście teraz rozmowy są już coraz bardziej o życiu, które w sumie niezależnie od kraju pochodzenia, w swojej esencji jest podobne. Koledzy zapraszają mnie na powtórkę w 2026. Opowiadają o swoich motocyklach: dwaj przyjaciele z dzieciństwa Mike i Gregg zaśmiewając się opowiadają mi o tym jak każdy z nich dodatkowe motocykle w swoim garażu tłumaczy przed swoją żoną koniecznością ich ukrywania dla tego drugiego, żeby ukryć taki zakup przed jego małżonką. „Jeśli pojedziesz z nami na kolejną wyprawę o dostępność motocykla nie będziesz się musiał martwić, mamy kilka sztuk naszych do wyboru” zapewniają. Przyjaciele od czasów dzieciństwa, przedsiębiorca i prawnik. Ciekawi świata i obcych. Ale świadomi kraju, w którym mieszkają. Wieczorem pokazują mi pistolet, który jeden z nich zabrał ze sobą na ten wyjazd. Nie po to, żeby mi zaimponować, tylko jako element życia w kraju, o którym Mike mówi, że „jest piękny, ale skomplikowany”.
Valley of Desolation- Dolina Osamotnienia
Ostatni dzień wyprawy. Trochę smuteczek, że to już.
Nasza trasa prowadzi przez odosobnioną przełęcz Bokpoort Pass. Po drodze zatrzymamy się na tankowanie i kawę w zbudowanym w 1928 roku Apollo Theatre w Victoria West. To szczególne miejsce, jedyny teatr w stylu art déco zachowany w Południowej Afryce, uznany oficjalnie za obiekt dziedzictwa narodowego. Jak się okazuje jesteśmy pierwszymi gośćmi w tym tygodniu. Tak mówi jedna z właścicielek. Obok niej kręci się mała grupka dzieci. Płacę za dwie kawy, prosząc o przygotowanie tylko jednej i zamawiam po kawałku ciasta dla każdego z dzieciaków.
Poza nami w środku nie ma nikogo. W pokrytej półmrokiem sali kinowej połączonej zaciemnionym korytarzem z foier widać pokryte welurem fotele. Ekran zakrywa welurowa, czerwona kurtyna. Czuć zapach starego kina: kurzu, weluru i miejsca, w którym od dawna nikt nie siedział. Wątpię, żeby to kino miało sprzęt do odtwarzania nowych filmów. Nie wiem, czy przetrwa kolejne lata. Kiedy odjeżdżaliśmy, dwie kobiety i dzieci stały przed wejściem i machały nam na pożegnanie.
Zostawiłem większy napiwek niż trzeba. W przeliczeniu na złote niewielki. Tam może pomóc tym ludziom wytrwać w tej pasji kolejny dzień.
Z Victoria West ruszamy w dalszą drogę. Jedziemy malowniczą przełęczą Biesiespoort Pass, szutrową drogą wijącą się przez krajobrazy Karoo. Mijamy farmę wiatrową Noblefontein Wind Farm, co daje rzadką okazję do zobaczenia potężnych turbin wiatrowych z bliska. Następnie przełęczą Afrikashoogte Pass kierujemy się do Murraysburga. Po drodze przednie koło KTM 1090 najstarszego uczestnika naszej wyprawy- Enrico- wpada w koleinę, wygina się rant felgi. Stajemy na poboczu i popijając wodę z bukłaków przypatrujemy się jak w południowym słońcu Tim wprawnym ruchem młotka skutecznie naprostowuje felgę owiniętą wiekową szmatą. Tym razem się udało, jedziemy wszyscy dalej.
Po krótkim zwiedzaniu Murraysburga wracamy do Graaff-Reinet na późny obiad.
Nasza trasa prowadzi przez Park Narodowy Camdeboo, zatrzymujemy się na krótkie podziwianie budzącej zachwyt Dolinę Osamotnienia (Valley of Desolation). Z tego punktu widokowego łatwo wyobrazić sobie dawne, ogromne śródlądowe bagna, które z czasem przeobraziły się w ten surowy, bezkresny krajobraz Karoo. Niesamowite, pradawne szczyty górskie przypominają mi krajobraz Marsa.
Pionowe kolumny skalne stoją nad przestrzenią, która kiedyś była zupełnie innym światem. Patrzysz na suche bezkres Karoo i po raz pierwszy od dawna po prostu jestem tu i teraz. Nie muszę niczego dopowiadać.
Znów jestem w Graaff-Reinet. Zatoczyliśmy pętle. Ten sam pensjonat, ten sam pokój, tylko zamiast grupy nieznanych facetów jest nas tu 13 przyjaciół- niezależnie od kraju pochodzenia, języka ojczystego, czy historii rodzinnej. Tu rozstaję się też z Himkiem. Nie był najmocniejszy ani najbardziej efektowny. Nie zada szyku podjeżdżając po Starbucksa po sojowe late. Ale był wystarczający- do jazdy w siodle i na stojąco. Po 1520 kilometrach po Karoo „wystarczający” to najlepszy komplement.
Pożegnalną kolacja, bo jutro rano wszyscy się rozjeżdżają. Większość ładuje swoje motocykle na przyczepy i gna swoimi wielkimi pick-upami z pięknie gulgoczącymi pod maska V6 do Johannesburga. Ja wracam wynajętym autem do Gqeberha. Po drodze zauważam spory ubytek w przedniej szybie od kamienia. Mam trochę stres ze będzie afera z kaucja, ale nie mam na to już wpływu. Jadę na myjkę przed lotniskiem- wygląda jak wszystkie automatyczne na naszych stacjach benzynowych, ale okazuje się ze w tej przestrzeni pracuje szmatą i wiadrem dwóch energicznych panów. W czasie gdy oni robią swoje, ja kręcę się po okolicy i trafiam na pokaźne stoisko na którym Pan sprzedaje ozdoby świąteczne. W sumie koniec listopada to czas kiedy i u nas pojawiają się sztuczne choinki i „Last Christmas” w radio, ale biorąc pod uwagę, ze w RPA zaczyna się lato, pogoda jest lepsza niż u nas w lipcu i słońce świeci cały dzień, każdego dnia, czuje się abstrakcyjnie. Południowa Półkula.
Zdaję auto na lotnisku, odbiera ten sam pan, który mi je wydawał. Pamięta mnie. Macha ręką na ubytek w przedniej szybie. Przybijamy piątkę, a ja wchodzę do malutkiego budynku lotniska, z którego krótkim lotem FlySafair wracam do Kapsztadu. Po raz pierwszy od tygodnia dopada mnie myśl, że teraz coś się naprawdę skończyło.
Po co to było
W sierpniowy wtorek, o trzeciej rano, kupiłem jednym kliknięciem bilet do Kapsztadu. Byłem wtedy przekonany, że kupuję jesienny wyjazd na urlop. W Karoo zrozumiałem, że kupiłem tydzień życia bez strefy komfortu.
Kilkanaście lat temu Paul powiedział „Musisz kiedyś pojechać do RPA”. Miał rację.




