Szukaj
#KLE500Challenge (Bartosz Kropidłowski)

#KLE500Challenge (Bartosz Kropidłowski)

konkurs zgloszenie

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Informatyk programista spędzający dużą część swojego życia przed ekranami, jednak jak najwięcej wolnego czasu staram się spędzać poza domem w siodle motocykli. Cieszy mnie zwykła turystyka, off-road, spokojna jazda ale z drugiej strony też adrenalina jaką daje mi jazda w stylu HardAdv czy nawet rajdowa. Czasem jeżdżę dla relaksu i odpoczynku, a czasem szukam wyzwań i nowych wrażeń. 😉

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: Legalna wyprawa Offroadowa
Ilość dni: 1
Ilość kilometrów: 500
Ilość uczestników: 1
Ilość krajów: 1
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: Kawasaki KLE 500 SE
Rok wyprawy: 2026
Kanał Youtube:
Instagram: https://www.instagram.com/p/Dbtf7JNu64O/
Facebook:
Blog:
Plik GPX: Zobacz plik GPX

Pełen opis

Cześć,
Zacznę od tego, że po zeszłorocznej, udanej dla mnie edycji konkursu, w tym roku nie miałem nawet do końca w planie przesyłać zgłoszenia. Teoretycznie różne fajne wyprawy się odbywały, ale chyba nic szczególnie wyjątkowego w dla konkursu. Na szczęście niespodziewanie do zabawy dołączyło Kawasaki ze swoją podkategorią. 🙂

Od razu po zobaczeniu nowej możliwości uznałem, że to super pomysł aby spróbować czegoś nowego, szczególnie że uwielbiam testować nowe motocykle i poszerzać horyzonty sprzętowe, a z nowym KLE nie miałem jeszcze styczności. No ale hola hola, przecież ja nie posiadam tego motocykla – muszę skorzystać z wynajmu “demówki”… Co można zrobić ekscytującego w niemalże jeden dzień? Tu akurat obyło się bez długiego zastanawiania się, jeden z pierwszych pomysłów został w mojej głowie zatwierdzony i bez większego analizowania musiałem przejść do realizacji. Tak narodził się #KLE500CHALLENGE – dokładnie, “czelendż” który sam sobie wymyśliłem i postawiłem, jednak nie miałbym nic przeciwko aby inni do niego dołączyli. 😀

Proces myślowy był dość prosty – ma być wykonalnie i legalnie ale jednocześnie niezbyt łatwo, ma być to coś nieoczywistego, wymagającego nieco determinacji i wyróżniającego się chwytliwego, choćby z nazwy. Zasady czelendżu były również bardzo proste – bierzemy motocykl KLE 500 i zgodnie z nazwą oraz jego przeznaczeniem jedziemy 500km tras ADV “na strzała”, w jeden dzień, bez noclegów, bez campingów. Oczywiście było to nieco wymuszone ograniczeniami czasowymi narzuconymi przez wynajem motocykla, ale zasady te dodawały nieco pikanterii – masz jedną próbę, albo to robisz albo przegrywasz. 🙂

Jak pomyślałem, tak zrobiłem – wysłałem formularz zgłoszeniowy z prośbą o pożyczenie motocykla, niedługo potem dostałem telefon, termin umówiony, na tym etapie wszystko było super.

Prawdę mówiąc dopiero przed samym odbiorem motocykla zaczęły docierać do mnie nieco bardziej racjonalne myśli i zrozumiałem, że wyzwanie staje się trudniejsze nic początkowo myślałem. Otóż kto jeździ w terenie, ten wie że sam pomysł zrobienia 500km jednego dnia praktycznie unikając asfaltu jak ognia jest samo w sobie jakimś wyzwaniem, trzeba mieć niezłe tempo, a ja miałem zrobić to na nieswoim motocyklu, którego jeszcze w ogóle nie znam, na trasie której też w większości nie znam, tak na prawdę nie mogę popełnić żadnego błędu, bo umówmy się, nie wypada zaliczyć żadnej gleby i porysować “nieswoje”… Jednak planu B nie było. Im bliżej odbioru tym więcej refleksji, kurczę nawet najzwyklejsze przebicie opony będzie wyzwaniem – wymieniać dętkę w trasie? Jak to zrobić aby nic nie uszkodzić czy choćby porysować obręczy kół? Dzwonić po assistance i tak na prawdę zakończyć jazdę?
Aaa, bo chyba nie wspomniałem. To wszystko na wyjeździe solo, czyli radź sobie sam od początku do końca. 🙂

Nikt rozsądny nie skazywałby sam siebie na tyle potencjalnych problemów, ale widocznie jestem ich poszukiwaczem. 😀 Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B. I nawet wynajdując sobie kolejne potencjalne “sytuacje które mogą pójść nie tak” nie chciałem się poddawać, na tym polega wyzwanie!

Nadszedł umówiony termin, jadę z Wrześni do Poznania odebrać z salonu KLE, zostawiam swój motocykl. Już na etapie odbioru pojawił się delikatny zgrzyt, ponieważ wynajem nie do końca przewidywał potrzebny mi limit kilometrów do zrobienia.. byłem przekonany, że w regulaminie czytałem o większym limicie, który mi wystarczy, a na miejscu okazało się, że jest on praktycznie o połowę mniejszy. Cały misterny plan zawisł na włosku, jednak Pan z salonu Kawasaki Centrum był na tyle wyrozumiały, że zrozumiał moje założenia, chęć zgłoszenia do konkursu itd. i dał mi szansę podjęcia próby. Dostałem limit który pozwalał mi na dojechanie do garażu i z powrotem do salonu oraz wymagane 500 kilometrów samej trasy, i ani kilometra więcej, wszystko musiało być według planu. To było kolejne dokręcenie sobie śruby, ale i tak jestem ogromnie wdzięczny, że w ogóle dostałem szansę na podjęcie próby i odbyło się to w bardzo miłej i uprzejmej atmosferze. 🙂

Dzień 1:
Motocykl odebrałem późnym popołudniem, więc tylko wróciłem około 60km do domu (oczywiście, że w deszczu tak na dobry początek :D). Miałem chwilę na przygotowanie się do wyjazdu i tu kolejne niespodzianki. Nie przemyślałem tego, że motocykl nie będzie miał żadnego uchwytu na telefon, a ja przecież potrzebuję jechać po dłuuuugim śladzie! No cóż, nie ma co się za długo zastanawiać. Trytytki idą w ruch i tak udało mi się zamontować “na stałę” telefon służący do nawigacji zaraz nad licznikiem (wyświetlaczem) motocykla. Już byłem zadowolony z efektu aż tu nagle kolejna “niespodzianka”… W moim egzemplarzu KLE akurat nie było zamontowanego żadnego źródła zasilania. To niemały problem, przecież na jednym ładowaniu telefon nie wytrzyma mi całego dnia nawigowania… Nie było czasu ani nawet możliwości aby montować jakiekolwiek ładowarki, więc w przebłysku geniuszu kolejnymi trytytkami zamontowałem sobie do kierownicy Power Bank! To nie żart, że kilka opasek zaciskowych jest w stanie uratować w każdej sytuacji. 🙂 Całość oczywiście zabezpieczyłem folią bąbelkową tak aby nie zostawić po sobie nawet ryski – wyznaję zasadę, że jak coś pożyczam, to dbam o to jeszcze bardziej niż o swoje.

Miałem możliwość odjechać z salonu KLE z kufrem centralnym, co na pewno było by bardzo praktycznym rozwiązaniem aby zabrać ze sobą trochę bagażu, jednak zrezygnowałem z niego z obawy o uszkodzenie czy urwanie go podczas jazdy w off-roadzie. Wrzuciłem na bagażnik swoją miękką torbę z podstawowymi narzędziami, łyżkami, dętkami (tak jakbym musiał się jednak ratować w ostateczności). Wyciągnąłem jeszcze gumy z podnóżków aby troszkę poprawić przyczepność butów, jednak tu mały spoiler – nie potrafiłem włożyć ich z powrotem, więc już do samego końca były dodatkowym akcesorium w osobnej torbie, a nie integralnie z motocyklem. ;D Tak zleciał wieczór i zrobiło się późno, z garażu wróciłem o w pół do pierwszej w nocy… a wypadałoby wyjechać wcześnie, bo trochę kilometrów przede mną. 😉

Dzień 2:
Plan był ambitny, budziki na 5 rano i tak dalej. Oczywiście, że nie udało się wstać i wyjechać zgodnie z planem, poprzedni dzień trochę się przeciągnął więc i ja nieco dłużej przeciągałem się w łóżku. Finalnie w trasę wyruszyłem dopiero po godzinie 8 rano. Dla mnie to nadal wcześnie, bo raczej nie jestem rannym ptaszkiem, ale byłem świadomy że powinienem maksymalizować swoje szanse na przejechanie całej trasy przed zachodem słońca.

No dobra, ale właściwie o jakiej trasie ja cały czas mówię? Oczywiście przygotowałem sobie ją odpowiednio wcześniej i w tym celu skorzystałem ze swojej wiedzy, doświadczenia oraz przede wszystkim możliwości jakie miałem. A możliwości pozwalały nie wymyślać koła na nowo – okazało się, że Polski TET bardzo mi się przyda. Konkretnie dwie części X’sa w centralnej części naszego kraju, a do tego część istniejącej trasy z forum RATs (do którego mam pełny dostęp) pozwoliły mi zlepić i stworzyć “trójkątny” GPX idealny na moje potrzeby – przede wszystkim pod kątem dystansu, ale też fajnie się złożyło, że akurat większości z nich nigdy wcześniej nie miałem okazji w całości przejechać, więc było przede mną dużo nowego do zobaczenia. 🙂

A więc jadę i bardzo szybko zrozumiałem, że problem z nawigacją może być nieco bardziej uciążliwy niż się spodziewałem. Mój starszy już telefon służący do nawigacji daje radę gdy jest podłączony do stałego źródła ładowania, na baterii już nie “ciągnie” zbyt długo, szczególnie gdy jego zadaniem jest non stop w pełnej jasności ekranu pokazywać trasę. Wtedy dotarło do mnie, że nawet z power bankiem to może się nie udać i praktycznie od samego początku postanowiłem maksymalnie oszczędzać baterię. Musiałem zacząć jechać na pamięć, sprawdzałem trasę “na zapas” po czym wyłączałem ekran telefonu i musiałem przynajmniej kilka kolejnych zakrętów jechać z pamięci zanim znów mogłem podejrzeć ślad. Wprowadziło to kolejny stopień skomplikowania, ale o dziwo nie myliłem się niemal w ogóle. Zdarzało mi się wcześniej brać udział w rajdach na roadbook’ach, jednak takiego sposobu nawigowania nie spodziewałem się kiedykolwiek być zmuszonym używać. 😀

Pogoda tego dnia była na szczęścia bardzo dobra, od rano rześko ale nie zanosiło się na żadne opady i było słonecznie, przez co aura była na prawdę piękna. Gnałem sobie żwawo ale ostrożnie na wschód przez pola, łąki i lasy ze sporadycznymi dojazdami asfaltem pomiędzy kolejnymi długimi sekcjami offa. Motocykl mimo że okazał się być skrajnie różny od tego do czego jestem przyzwyczajony na co dzień, zdawał ten egzamin bardzo dobrze. O połowę mniejsza pojemność, połowa mocy, mniej wyczynowe zawieszenie w porównaniu do mojego prywatnego sprzętu okazała się być zbawienna. KLE nie zachęcało do szaleńczej jazdy, jego spokojna charakterystyka silnika wręcz uspakajała, nie było żadnych gwałtownych zrywów mocy, liniowe i płynne przyśpieszanie. Całokształt motocykla jest skierowany raczej do osób początkujących lub po prostu jeżdżących płynnie i spokojnie. A ja miałem dokładnie taki cel – aby pokonać długą trasę w każdych warunkach nie robiąc niczego głupiego, nikomu nie przeszkadzając i przede wszystkim nie robiąc krzywdy ani sobie ani motocyklowi. To nie znaczy, że źle się bawiłem. Jazda nadal dawała mi mnóstwo przyjemności, po prostu nic nie zachęcało mnie do traktowania tego jak rajdu na czas, raczej była to dynamiczna jazda krajoznawcza, podczas której mogłem podziwiać piękno natury i tylko momentami w razie potrzeby powalczyć z trudniejszymi elementami jak kopny piach, przeszkody na drodze, wszelkiego rodzaju dziury i hopy. 😉

Po kilku godzinach bezproblemowej jazdy dotarłem do miejscowości Poddębice gdzie łączą i przecinają się nitki polskiego TETa niemal na środku Polski, tworząc “X”. Dla mnie było mniej więcej 1/3 całej trasy i pierwszy ukończony “bok trójkąta” ułożonego z GPX’ów.
To był dobry moment na przerwę i tankowanie motocykla więc odbiłem delikatnie z trasy na stację benzynową. Już na wjeździe widziałem, że znajduje się tam inny motocyklista i przyznam szczerze, że znając swoje ograniczenia czasowe i wiedząc, że jeszcze daleka droga przede mną wręcz unikałem kontaktu wzrokowego z nim, aby nie inicjować rozmowy, które często wymykają się spod kontroli… 😀

Okazało się, że na tej stacji jest akurat jakaś awaria i paliwa nie kupię, co delikatnie mnie zmartwiło, ponieważ zasięg miałem już niewielki a w okolicy nie było innej stacji, cofać się nie chciałem więc machnąłem ręką i trudno, jakoś to będzie… 🙂 Ale skoro już tam byłem, to chociaż wszedłem skorzystać z toalety, chwyciłem przekąskę i chwilkę chciałem odpocząć.

Niestety wychodząc z budynku stacji stało się to czego chciałem uniknąć… Motocyklista nadal tam był i już z daleka złapał ze mną kontakt. Nie wypadało nie podejść i zamienić dwóch zdań. Moje przeczucia okazały się w 100% trafne! Jak często się zdarza, gość był świetnym rozmówcą i ciekawym człowiekiem, od słowa do słowa okazało się, że Aleksander to “moto-ratownik” medyczny, między innymi jeździ motocyklowymi karetkami w Łodzi (na przykład specjalnie przystosowaną Afryką Twin 1100). Na stacji był swoim pięknym Triumphem Thruxtonem, ale też bardzo był zainteresowany jazdą Adv, co z resztą sam też robi podczas jak i poza swoją pracą. Wypytywał o KLE, potem rozmawialiśmy o 10 innych modelach motocykli, dzieliliśmy się wiedzą i historiami z wyjazdów, rozmowa kleiła się świetnie i… czas płynął nieubłaganie. Wpadłem w pułapkę, której od początku chciałem uniknąć. Ale trudno, warto było, poznałem kolejnego super człowieka, no i straciłem na tej stacji cenne dla mnie tego dnia 1.5 godziny, haha. 😀 To nie był wyścig, a najlepsze przygody są te spontaniczne. 🙂

Co nie zmienia faktu, że nadal chciałem osiągnąć swój cel, było już grubo po godzinie 13 a ja nadal miałem masę kilometrów przed sobą. Wyruszyłem w dalszą podróż, tym razem kolejną nitką TETa, już na zachód. Słońce było już wysoko, było ciepło ale nie upalnie, aura była przyjemna, środek lata, piękne tereny przede mną. Czego chcieć więcej.

Po drodze trafiłem na budowę nowej drogi, załapałem się na ostatnie chwile offa w miejscu gdzie za chwilę kolejny fragment TETa zostanie wyasfaltowany, dobre 5 kilometrów trasy zostanie odebrane miłośnikom jazdy po bezdrożach. To dobrze i niedobrze jednocześnie, bo oczywiście super, że mamy coraz więcej nowych dróg, jednak “śpieszmy się jeździć w offie, tak szybko jest asfaltowany”. Rzeczywiście z roku na rok coraz trudniej znaleźć nowe ścieżki, które nadal będą legalnym off-road’em. Jechałem bezpiecznie obok maszyn budowlanych (nie było tam zakazu wjazdu), w pewnym momencie dotarłem do koparki która pracowała na całej szerokości drogi. Czas gonił, a ja musiałem się zatrzymać i poczekać aż Pan operator mnie zauważy, trąbić nie wypadało, myślałem że szybciej rzucę się w oczy, jednak minęło kilka minut zanim operator obrócił się nieco bardziej w moim kierunku i w końcu zobaczył, że chcę przejechać. Z uśmiechem przerwał pracę i pozwolił mi ruszyć, a sam przejazd odbył się bezpośrednio pod łukiem ramienia dużej koparki, kolejne małe, nowe doświadczenie do motocyklowego notatniczka przeżyć. 🙂

Dalej droga szła pięknie, udało mi się znaleźć czynną stację paliw delikatnie zbaczając z trasy, ale byłem już nieco zdesperowany na tankowanie, szczególnie gdy widziałem przed sobą niekończące się kilometry “odludzia”, jadąc przez pola i spore puste przestrzenie, co jakiś czas przecinając tylko małe wioski gdzie w ostateczności musiałbym chodzić po ludziach i szukać choćby kilku litrów paliwa z kanistra. Udało się, pełny zbiornik paliwa i już ze spokojem można mknąć przed siebie. Minąłem Kalisz i na wysokości Ostrowa Wielkopolskiego skończyłem swoją drugą część trasy i pożegnałem się z TETem.
Przyszła pora na ostatnią część, teraz już na północ ścieżką uzyskaną dzięki Regional Adventure Trails miałem wrócić w okolice Wrześni. Na tym odcinku był już wczesny wieczór, a ja miałem okazję przez całą drogę obserwować po swojej lewej stronie przepiękny zachód słońca. Jadąc przez rozciągające się na długie kilometry pagórkowate łąki z wysoką trawą delikatnie bujającą się na wietrze efekt był niesamowity. Motocykl niezmiennie radził sobie bardzo dobrze, jeszcze krótka przerwa na posiłek w Jarocinie i w końcu dotarłem do końca wyznaczonej trasy jeszcze zanim się całkowicie ściemniło.

Do mojego celu nadal zostało mi około 50 kilometrów, które miałem zamiar “dokręcić” już po okolicznych drogach. ~450km w większości off-road’u tego dnia już mi wystarczyło, nie musiałem już nikomu ani przede wszystkim sobie niczego udowadniać, więc końcówka miała być tylko formalnością i całkowitą “czillerą” na asfalcie. 🙂
Znalazłem nawet chwilę aby odwiedzić rodziców (również są motocyklistami, to oni zaszczepili we mnie tego bakcyla już od najmłodszych lat) aby pokazać im nowe KLE 500. Po kilkunastu minutach rozmowy o motocyklu i mojej trasie ruszyłem na ostatnie 30 kilometrów tego challenge’u.

W ten sposób niedługo po zachodzie słońca dotarłem do celu – sam koniec też wyglądał dość zabawnie, ponieważ bardzo dokładnie celowałem aby mieć idealny przebieg 500.00km do zdjęcia. Ostatnie 100-200 metrów do garażu toczyłem się z wyłączonym zapłonem aby przypadkiem nic mi nie przeskoczyło o nawet 0.1 kilometra dalej. 😀

Sukces!
Tyle rzeczy potencjalnie mogło pójść po prostu źle, ale zaryzykowałem i zrobiłem to, chociaż wcale nie musiałem nawet zaczynać. 🙂 Obyło się bez ani jednej gleby, bez żadnych awarii, bez przebitej dętki, i tak jak pisałem na początku tak zostało do samego końca – musiałem nawigować “na pamięć”, nie mając przed sobą cały czas trasy po której jechałem.
Zakończyłem chwilę po godzinie 22, całość trwała 14 godzin. Nieźle, spodziewałem się że wyjdzie więcej, jednak trzeba przyznać że miałem sporo szczęścia i nie spotkała mnie żadna niemiła przygoda, która mogłaby znacznie ten czas wydłużyć.

Jeździłem już wcześniej turystycznie motocyklami i pokonywałem kilkukrotnie jednego dnia nawet i 900-1000 kilometrów na raz aby np dojechać “na strzała” z domu do noclegu we Włoszech czy Rumunii. Mój “rekord” jednego dnia w siodle motocykla to 1117km, męczące to były wyzwania ale wszystko odbywało się na asfalcie oraz głównie na autostradach. To nie ma porównania do jazdy off-road’owej. Mając już trochę doświadczenia w świecie Adv wiedziałem, że nawet 500km poza asfaltami może być wyzwaniem, tak samo albo nawet bardziej męczącym jak dwukrotnie większa odległość sunąc stałą prędkością po równej nawierzchni. O znacznie większym ryzyku wystąpienia nieoczekiwanych sytuacji i problemów nie wspominając.

Dzień 3:
Nie wspomniałem wcześniej, ale wszystko odbywało się w środku tygodnia, więc w pierwszy dzień byłem w pracy i odbierałem motocykl pod wieczór, tak samo mimo zmęczenia po wycieczce, dnia trzeciego również od rana normalnie pracowałem. 🙂 Dlatego dopiero po południu wróciłem do garażu do KLE, które rozebrałem ze swoich bagaży i tymczasowych uchwytów na sprzęt, pojechałem go umyć aby przywrócić znów do stanu salonowego, po czym wyruszyłem w ostatnią podróż do Poznania zwrócić motocykl w salonie Kawasaki Centrum. Bezproblemowo, wszystkich ustaleń udało się dotrzymać, bez żadnego śladu ale z nową piękną przygodą na koncie motocykl wrócił służyć kolejnym riderom. Dziękuję bardzo za możliwość jazdy KLE i wykonania swojego planu, dzięki czemu mogę się teraz tym wszystkim podzielić na łamach konkursu. 🙂

Tak jak mówiłem w zeszłym roku, tak i w tym podtrzymuję – aby świetnie się bawić i przeżyć coś cudownego na motocyklu nie zawsze potrzeba miesiąca urlopu i jazdy na drugim końcu świata. Korzystajmy i cieszmy się tym co mamy, zamiast czekać na ten idealny trip, warto wyjechać nawet na kilka godzin po pracy czy jeden wolny dzień, nie pożałujecie. 🙂