Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby
Kilka danych o wyprawie
Kategoria zgłoszeania: Długa Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 417
Ilość kilometrów: 60000
Ilość uczestników: 2
Ilość krajów: 29
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: Yamaha Tenere 700, Yamaha Tenere 700 WR
Rok wyprawy: 2025
Kanał Youtube:
Instagram: https://instagram.com/myway.adv?dlrf=bDR4aGFmeGtic25p
Facebook: https://www.facebook.com/share/1VeSQ7FzSU/
Blog:
Pełen opis
Plan naszej podróży był genialny w swojej prostocie: jechać daleko przed siebie, zjeżdżać z asfaltu tak często, jak się da, i zatracić się w podróży tak bardzo, by mijające godziny i dni przestały mieć znaczenie. Po prostu jechać, całkowicie opuścić strefę komfortu i żyć w podróży, nie myśląc o tym, co zostawiło się za sobą.
Szukając kierunku podróży, kierowaliśmy się swobodą poruszania się, dzikością otoczenia i górskimi widokami. Zależało nam na przeżywaniu tej przygody we własnym tempie i docieraniu do miejsc, do których standardowi turyści nie docierają. W zasadzie nic nas nie ograniczało poza wyobraźnią, a przynajmniej tak nam się wydawało.
Wybór był dla nas oczywisty – Himalaje. Oboje kochamy spokój płynący z wysokich gór oraz majestatyczne, wręcz przytłaczające piękno wysokich szczytów górskich. A że lubimy dużo jeździć, trasę zaplanowaliśmy dookoła, przez Magadan i Władywostok. Jednak plany to jedno, a życie samo wytyczyło nam drogę i przygotowało przygody, których nie mogliśmy przewidzieć.
Już w pierwszym miesiącu podróży nasz plan rozsypał się w drobny mak, gdy Rosjanie nie wpuścili nas do swojego kraju na przejściu granicznym z Gruzją. Wtedy jednak zaczęła się prawdziwa, nieznana przygoda – pisana spontanicznie, z dnia na dzień. Trasę układaliśmy tak, by znaleźć się we właściwym czasie w mniej lub bardziej odpowiednim miejscu i porze roku.
Dzięki temu eksplorowaliśmy Iran w środku lata, gdzie słońce rozpieszczało nas temperaturą zaledwie 48°C. Poznawaliśmy i odkrywaliśmy dziedzictwo cywilizacji perskiej, które przenika się z islamem. Podążaliśmy szlakiem Jedwabnego Szlaku, który łączył Wschód z Zachodem i stanowił pomost między cywilizacjami – czego ślady są odczuwalne do dziś.
Przejechaliśmy przez serce Afganistanu, docierając do Minaretu w Dżam, pokonując jedyną drogę, która została zmyta przez powódź zaledwie dwa miesiące przed naszym przyjazdem. Wspinaliśmy się przez dzikie, górskie pustkowia pasma Hindukuszu. Możemy śmiało stwierdzić, że ten kraj mocno nas zaskoczył i skradł część naszych serc. Mogę też powiedzieć, że byłam jedną z pierwszych kobiet, które po otwarciu kraju wjechały do Afganistanu na własnym motocyklu.
Przedzieraliśmy się przez górzystą część Azji Centralnej, odwiedzając cztery byłe republiki Związku Radzieckiego: Tadżykistan, Kirgistan, Kazachstan i Uzbekistan. Zastało nas tam bardzo mokre lato, które mocno pokrzyżowało nasze plany i trasy przejazdu. Pogoda wystawiała naszą wytrzymałość na próbę i zmuszała do wykazywania się pomysłowością przy pokonywaniu niektórych odcinków drogi, a raczej tego, co z niej pozostało po ulewach i podtopieniach. Jednak sama możliwość obcowania z tymi górami i podziwiania widoków wynagradzała nam wiele trudności. Dodatkowo ludzie, a zwłaszcza przedstawiciele starszego pokolenia, słysząc, że jesteśmy Polakami, traktowali nas jak swoich, wypytując o to, jak żyje się w naszym kraju.
Po pętli w Azji Centralnej ponownie przejechaliśmy tranzytem przez Afganistan, ponieważ tylko taką wizę udało nam się uzyskać. W Pakistanie ruszyliśmy słynną Karakorum Highway w stronę przełęczy Khunjerab, gdzie znajduje się przejście graniczne położone na wysokości 4693 m n.p.m. Po drodze zatrzymaliśmy się na kilka dni w bajkowym Passu, otoczonym strzelistymi szczytami pasma Karakorum. Nie odmówiliśmy sobie również, mimo niesprzyjającej pogody, wyprawy do słynnej wioski Shimshal, do której prowadzi przepiękna droga ręcznie wykuta w skałach przez samych mieszkańców. Zmierzając w stronę Indii, zahaczyliśmy o Park Narodowy Deosai. Los sprawił jednak, że szczyt Nanga Parbat widzieliśmy tylko przez chwilę, zanim całkowicie zasłoniły go chmury.
Przejechaliśmy tranzytem przez Indie, zostawiając je sobie na później, by zanurzyć się w nepalskiej części Himalajów. Widoki i miejsca nas nie zawiodły. Dotarliśmy do Dolnego Mustangu, gdzie surowość krajobrazu była równie piękna, co zgodna z opisami, które można znaleźć na temat tego regionu. Jednak dopiero w Manang możemy powiedzieć, że naprawdę zaparło nam dech w piersiach. Spędziliśmy tam kilka dni, otoczeni cudownymi, białymi szczytami i lodowcami. Z wielkim żalem opuszczaliśmy to miejsce, ale czekała na nas kolejna przygoda – przejazd przez Tybet i Chiny do Laosu.
Ponieważ był już koniec listopada, doświadczyliśmy pierwszych tybetańskich mrozów. Temperatura spadała do -13°C, gdy pokonywaliśmy jedne z najwyżej położonych górskich przełęczy naszej wyprawy.
Po tych cudownie niskich temperaturach trafiliśmy do krajów Azji Południowo-Wschodniej, gdzie czekał na nas klimat tropikalny, a następnie wilgotny klimat równikowy. Monsuny rządzą się tam swoimi prawami – nawet odzież przeciwdeszczowa nie dawała rady, a wysoka wilgotność powietrza sprawiała, że nic nie chciało wyschnąć.
Po Laosie, Kambodży, Tajlandii i Malezji włóczyliśmy się przez cztery miesiące, szukając przygód i nieoczywistych miejsc oraz korzystając ze wszystkiego, co te kraje miały do zaoferowania.
Zajrzeliśmy również do Singapuru, ale tym razem bez motocykli. Pobawiliśmy się tam w typowych turystów, poruszając się komunikacją miejską i zwiedzając znane miejsca, takie jak Marina Bay Sands.
W Malezji podjęliśmy się zorganizowania na własną rękę transportu motocykli w kontenerze morskim do Indii. Uwierzcie nam – nic tak nie sprawdza i nie ćwiczy cierpliwości jak współpraca z ludźmi, którym się nie spieszy, a wszelkie terminy są dla nich pojęciem względnym.
Indie przejechaliśmy wzdłuż wschodniej części kraju, z południa na północ, by później zanurzyć się w cudownych górach regionu Ladakh. Ponieważ dotarliśmy tam na początku maja, wszystkie przejezdne w tym okresie przełęcze pokonywaliśmy w towarzystwie śniegu, a bardzo często również zasp. Wiele przełęczy w maju pozostaje jeszcze całkowicie nieprzejezdnych z powodu zalegającego śniegu. Nie była to jednak jedyna przygoda, jaka spotkała nas w tym kraju. Byliśmy tam w momencie, gdy rozpoczął się konflikt między Pakistanem a Indiami, a granicę z Pakistanem zamknięto nam dosłownie przed nosem. Byliśmy świadkami wzmożonych działań wojskowych i nalotów dronów.
Cała sytuacja zmusiła nas do zorganizowania kolejnego transportu motocykli drogą morską – tym razem z Bombaju do Dubaju. Ponownie czekała nas cała zabawa związana z pakowaniem i odbieraniem sprzętu.
I tak wylądowaliśmy na Półwyspie Arabskim, i to latem! Żeby było ciekawiej, w momencie, gdy dopłynęły nasze motocykle, zaczęły się kolejne problemy związane z nasilającym się konfliktem między Iranem a Izraelem. Po raz kolejny musieliśmy więc zaktualizować plan powrotu do domu. Zamiast zaplanowanego już po raz drugi przejazdu przez Iran, wracaliśmy przez Półwysep Arabski.
Pamiętacie, jak na początku wspomnieliśmy o 48°C? Tutaj było jeszcze ciekawiej, bo w pewnym momencie nasze Tenerki stwierdziły, że nie pokażą nam tak wysokiej temperatury. Zamiast niej na wyświetlaczach pojawiły się kreseczki oznaczające przekroczenie zakresu termometru. Tymczasem termometr w samochodzie jadącym obok pokazał 54°C, a pogranicznicy na granicy kuwejcko-irackiej powitali nas słowami: „Witajcie w piekle!”.
Podróż przez Półwysep Arabski była mimo wszystko miłym zaskoczeniem i cennym doświadczeniem. Utwierdziła nas w przekonaniu, jak niewiele wiemy o tej części świata, jej kulturze i ludziach, którzy swoją gościnnością i chęcią niesienia pomocy mogą zawstydzić niejednego Europejczyka.
Uświadomiliśmy sobie również, jak bardzo zapomnieliśmy, że ten region świata, który obecnie często postrzegany jest przez pryzmat islamu i działań wojsk amerykańskich, to także obszar o niezwykle bogatej historii, związanej między innymi z cywilizacją perską i Jedwabnym Szlakiem.
Kończąc wyprawę, ledwo zdążyliśmy dotrzymać terminu podbicia naszych dokumentów celnych – Carnet de Passages. Jak się bowiem okazało, w tamtym momencie mogliśmy zrobić to wyłącznie w Polsce.
Nasza wyprawa trwała dokładnie 417 dni. W tym czasie odwiedziliśmy 29 krajów, w niektórych byliśmy dwukrotnie, i pokonaliśmy 60 tysięcy kilometrów.
Cieszyliśmy się każdym kilometrem, starając się poznawać ludzi, których spotykaliśmy na swojej drodze, oraz ich kulturę. Czasem przychodziło nam to łatwo, a czasami potrzebowaliśmy kilku dni, by ludzie zdążyli się do nas przyzwyczaić.
Najważniejsze jednak, że spełniliśmy marzenia i osiągnęliśmy nasze cele. Obcowaliśmy z dziką przyrodą, niezakłóconą stałą obecnością człowieka, przeżyliśmy niezliczone przygody, pokonaliśmy kilka przełęczy położonych na wysokości około 5000 m n.p.m. i – co najważniejsze – zobaczyliśmy całe pasmo Himalajów, od jego początku w Pakistanie aż po jego kres w Tybecie.
I tak, udało nam się na dłuższą chwilę zapomnieć o systemie, zostawić wszystko daleko za sobą i po prostu jechać. Żyć w najczystszy, najprostszy sposób – skupiając się wyłącznie na podróży i chwili obecnej, czerpiąc z niej tyle, ile tylko byliśmy w stanie.
Wspaniale było tego doświadczyć.















