Szukaj
‘Wariatka’ na gigancie, czyli Skandynawia i Bałkany z nieznajomymi (Kinga Przymuszała)

‘Wariatka’ na gigancie, czyli Skandynawia i Bałkany z nieznajomymi (Kinga Przymuszała)

konkurs zgloszenie

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Cześć! Nazywam się Kinga i jestem znana z tego, że miewam szalone pomysły. 😉

Rzeczywiście, lubię podejmować się różnych wyzwań i próbować nowych rzeczy. Po latach jazdy gokartem postanowiłam spróbować swoich sił na motocyklu. Pierwszy motocykl, Suzuki SV650, kupiłam z myślą o dojazdach do pracy i jeżdżeniu „wokół komina”. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że już niedługo przejadę nim 16 000 km w trzy miesiące, nie uwierzyłabym. A jednak! 😉 I okazało się, że pokochałam taki styl podróżowania!

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 18 + 12
Ilość kilometrów: 8000 + 4600
Ilość uczestników: 3
Ilość krajów: 3 + 10
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: Suzuki SV650
Rok wyprawy: 2026
Kanał Youtube:
Instagram: https://www.instagram.com/niekinia16/
Facebook: https://www.facebook.com/kinga.przymuszala
Blog:

Kinga Przymuszala

Pełen opis

#Long story short

„To była najbardziej szalona i najfajniejsza rzecz, jaką zrobiłam w życiu!” — powtarzałam po powrocie z Norwegii. A to był dopiero początek. 😉

Niecałe dwa miesiące po zdaniu prawa jazdy kategorii A wyruszyłam w 18-dniową podróż z dwoma nieznajomymi poznanymi na Facebooku. Była to moja pierwsza motocyklowa wyprawa, a celem — Nordkapp i wymarzone Lofoty. Łącznie pokonaliśmy 8000 km w północnej Europie.

Jak się później okazało, trafiliśmy na najbardziej deszczowy okres w Norwegii od kilku, a może nawet kilkunastu lat. Aż przez 16 dni jechaliśmy w deszczu, a mimo to nadal spaliśmy na dziko, w namiotach!

Ale to nie koniec!

Jeden z uczestników zaproponował mi kolejny wyjazd — we wrześniu, tym razem na południe Europy, w kierunku Albanii. Zostało mi jeszcze trochę urlopu do wykorzystania, więc nie mogłam odmówić. 😉

I tak oto jeszcze we wrześniu „dobiłam” drugą krótką podróż, tym razem po Bałkanach. 4600 km, 12 dni i tym razem przeważnie słońce. Dziesięć krajów, które odwiedzałam po raz pierwszy w życiu! Przejechaliśmy przez Czarnogórę i Albanię, docierając aż do Ochrydy w Macedonii Północnej.

## A teraz już long story (bo limit znaków pozwala ;))

Maj 2026 — zdałam prawo jazdy kategorii A. Nigdy wcześniej nie jeździłam na motocyklu.

Czerwiec 2026 — kupiłam pierwszy motocykl, Suzuki SV650A. Pojechałam pociągiem, żeby go odebrać, i od razu postanowiłam zrobić małego solo tripa: wrócić na kołach do Wrocławia. Do przejechania było 250 km.

Już w drodze, kiedy po raz pierwszy poczułam radość z jazdy, pojawiło się postanowienie: „Przez rok będę się doszkalać, a w przyszłym roku ruszę sama w podróż po Norwegii!”.

Uważaj, o czym marzysz, bo to może się spełnić szybciej, niż się spodziewasz… 😉

Po dwóch tygodniach oswajania się z moją „Perełką” wieczorem scrollowałam Facebooka. Na tablicy wyskoczyło mi ogłoszenie na jednej z grup wypraw motocyklowych:

„Cześć wszystkim! Jedziemy na Nordkapp i Lofoty, bla bla, śpimy na dziko w namiotach, bla bla, wysypał nam się jeden kolega, bla bla, szukamy kompana podróży. Ruszamy za dwa tygodnie…”.

Niewiele myśląc, napisałam wiadomość. Oczywiście wizja podróży do Norwegii z nieznajomymi wydawała mi się zbyt szalona, ale pomyślałam, że warto nawiązać kontakt. Chętnie pooglądam ich relacje z podróży, a może przy okazji uzyskam jakieś wskazówki na przyszłość.

Waldek od razu zaproponował rozmowę wideo następnego dnia, we troje.

„W sumie co mi szkodzi” — pomyślałam.

Zaczęliśmy rozmawiać. Opowiedziałam o sobie, chłopaki zadawali ciekawe, a nawet podchwytliwe pytania… i nagle rozmowa zaczęła brzmieć tak, jakbyśmy planowali wspólny wyjazd.

Wait, what?! Ale że jak?! Przecież nie są chyba na tyle szaleni, żeby zabrać ze sobą taką świeżynkę?! Przecież przejechałam w życiu ledwo 500 km na motocyklu! xD

Przez kolejne kilka dni trawiłam tę decyzję, aż w końcu padło: „Jadę!”.

Słowo się rzekło — miałam niecałe dwa tygodnie na dokupienie całego sprzętu i spakowanie się na pierwszą motocyklową wyprawę. Znajomi i rodzina z niedowierzaniem kręcili głowami i mówili: „Wariatka!”. Przecież to szaleństwo, ogromne ryzyko! Byli nawet tacy, którzy odradzali mi wyjazd. Inni straszyli, że będzie mnie bolała d***.

Więc… kupiłam „maść na ból d*py”, czyli maść na otarcia dla kolarzy. Na szczęście okazało się, że nic nie bolało i maść nie była potrzebna! ;P

# Pakowanie, czyli logistyka na miarę wyprawy życia

Pakowanie to było istne szaleństwo. Wiecie, jak jest. A co dopiero spakować się na pierwszego tripa, i to tak daleko!

Pamiętam, jak wyliczałam racje liofilizatów i batonów proteinowych, bo chłopaki wkręcili mnie, że mamy być przygotowani na 10 dni życia w dziczy i nastawić się na to, że dopiero w połowie podróży pojedziemy na zakupy. A ja to łyknęłam! xD

Jeszcze bardziej mieli ze mnie ubaw, gdy zobaczyli przypięty do paska 1,5-litrowy kanisterek na paliwo „w razie czego”. A do tego uparłam się, żeby dokupić jeszcze rurkę do spuszczania paliwa…

# Ruszamy!

W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Waldka zdążyłam poznać tydzień przed podróżą — wybraliśmy się na krótką przejażdżkę do Czech, żeby ocenił, czy dam radę. „Test” zaliczyłam pozytywnie! 😉

Marka poznałam dopiero w drodze na prom, kiedy spotkaliśmy się przy autostradzie. Wybraliśmy prom do Nynäshamn. Rejs trwał 18 godzin, więc mieliśmy wystarczająco dużo czasu, żeby trochę się poznać i naładować baterie przed dalszą podróżą.

Po zejściu z promu w Szwecji, około południa, rozpoczęliśmy właściwą część wyprawy. Plan był prosty: ciśniemy na Nordkapp, a potem spokojnie zjeżdżamy zachodnim wybrzeżem Norwegii. Dalszą trasę mieliśmy planować na bieżąco, odhaczając kolejne miejsca zaznaczone na mapie. A było z czego wybierać — zaznaczyłam ponad 300 punktów!

Jazda autostradą w Szwecji okazała się całkiem przyjemna, a im dalej na północ, tym było tylko lepiej. No i przede wszystkim — goniliśmy Słońce!

Wieczorem nie robiło się już ciemno, tylko szaro. Wszyscy byliśmy pełni energii i ekscytacji, tyłek nie bolał, więc padła propozycja:

„Chłopaki, złamiemy dzisiaj barierę 1000 km? Drugiej szansy na tym wyjeździe nie będzie!”.

I wtedy po raz kolejny — i nie ostatni! — utwierdziłam się w przekonaniu, że trafiła mi się ekipa równie zakręconych wariatów.

Nie dość, że skończyliśmy jazdę o 2:00 w nocy, z wynikiem 1050 km na liczniku wyprawy, to jeszcze przez kolejne trzy godziny jeździliśmy po bocznych drogach i szutrach w poszukiwaniu miejsca na rozbicie namiotów. Można powiedzieć, że zaliczyłam pierwszy lekki off-road. I to nie ja zaliczyłam tam pierwszą glebę! 😉

W jeden dzień pokonałam więcej kilometrów w siodle niż przez całą swoją dotychczasową „karierę”.

Kolejnego dnia planowaliśmy opuścić Szwecję, przejechać przez Rovaniemi i być może dotrzeć nawet na Nordkapp, korzystając ze światła dziennego. Prawie się udało!

Okazało się jednak, że nasz początkowy sprzymierzeniec — Słońce — stał się naszym wrogiem. Około 1:00 w nocy wisiało nisko nad horyzontem, a my mieliśmy je cały czas przed sobą. No właśnie… Świeciło pięknie. Prosto w oczy.

Wizjery nie dawały rady, więc ze względów bezpieczeństwa podjęliśmy decyzję: odpuszczamy nocny atak na Nordkapp (bye, bye, zdjęcie motocykla na tle globusa!) i szukamy miejsca do spania.

Znaleźliśmy. Chłopaki rozstawili namioty, a ja, zafascynowana swoim pierwszym doświadczeniem dnia polarnego, postanowiłam spać pod chmurką. Nawet nie rozbiłam namiotu!

Zasypiałam około 3:00 w nocy, gdy Słońce było już coraz wyżej na niebie. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że przez najbliższe 16 dni go nie zobaczę…

A obudziły mnie… krople deszczu na twarzy.

„No pięknie! Cóż za zaskakująca pobudka!”.

Przykryłam się podłogą od namiotu i poszłam dalej spać.

# Nordkapp — w końcu!

Na Nordkapp dotarliśmy po południu.

Przed wyjazdem naczytałam się, że jest przereklamowany i że tak naprawdę „nic tam nie ma”. Nawet próbowałam namówić chłopaków, żebyśmy odpuścili Nordkapp na rzecz spokojnego eksplorowania zachodniego wybrzeża Norwegii. Ale byli nieugięci. I całe szczęście!

Dopiero od nich dowiedziałam się, co dla wielu motocyklistów oznacza dotarcie na Nordkapp.

Moim zdaniem była to jedna z najciekawszych części podróży! Zwłaszcza ostatnie 40 km przed celem. Stada reniferów, rzesze motocyklistów i rowerzystów jadących w tym samym kierunku. No i największe wyzwanie — walka z silnymi podmuchami wiatru, który uderzał raz z prawej, raz z lewej strony, a do tego przelotny deszcz!

Szczególnie na zakrętach jazda wymagała dodatkowego skupienia. Czułam, jak rosną moje umiejętności początkującej motocyklistki. Przecież takich warunków do ćwiczeń nie miałabym nigdy w Polsce!

Dopiero gdy na miejscu zjedliśmy polowy obiad i na chwilę się rozpogodziło, dotarło do mnie, gdzie właśnie jestem i co robię…

Crazy, but I like it!

A to dopiero początek!

Nie będę szczegółowo opisywać całej trasy, bo mogłabym się rozpędzić i napisać książkę! 😉 Chętnych odsyłam do trzech wyróżnionych relacji na Instagramie i Facebooku, zapisanych pod oznaczeniem „🏍️’26”. To tam publikowałam codzienne relacje i podsumowania kolejnych dni.

Tymczasem wypunktuję to, co zapadło mi w pamięć najbardziej.

-> Największy kryzys

Bodajże piątego dnia. I nie wtedy, gdy zamókł cały namiot razem ze śpiworem — nie!
Kryzys nastąpił po serii drobnych nieporozumień w zespole. Dwóch silnych facetów i nieco zagubiona kobieta z PMS-em — musiało coś pójść nie tak.
Co robić? Rozdzielamy się czy próbujemy dotrwać do końca w takiej atmosferze?
Całe szczęście istnieje przepis na takie kryzysy: komunikacja!
Przeprowadziliśmy „męską” rozmowę, wyjaśniliśmy sobie sytuację i oczekiwania… i serio, jak ręką odjął! Uff, wyjazd uratowany.
Od tego momentu atmosfera była już tylko pozytywna, a wszelkie kryzysy wynikające ze zmęczenia czy znużenia rozładowywaliśmy wygłupami i skakaniem po kałużach.

# Największa awaria

Oczywiście, jeśli coś ma się zepsuć, to stanie się to w weekend.
I tak oto w sobotnie popołudnie nagle odpadła mi dźwignia zmiany biegów. Całe szczęście miałam przy sobie doświadczonych kolegów i zapas trytytek!
Tymczasowo przymocowali dźwignię opaskami zaciskowymi, z założeniem: „Byle przetrwało do poniedziałku, wtedy poszukamy mechanika”.
Taa, jasne! Jeździłam na tych trytytkach jeszcze przez miesiąc. Tak dobrze chłopaki to zrobili! xD

# Najśmieszniejszy moment

Oj, takich było wiele! Ale najwięcej śmiechu było wtedy, gdy spontanicznie wskoczyliśmy pod wodospad przy Geirangerfjord.
Przecież i tak padało, a my mieliśmy porządne stroje przeciwdeszczowe, więc… czemu nie?! ;P
W pobliżu było akurat kilka grup turystów. Ależ mieli ubaw! Niektórzy wręcz zaczęli nas nagrywać. Odrobiną szaleństwa sprawiliśmy, że tyle osób zaczęło się szczerze śmiać, że aż miło! 🙂

# Najtrudniejszy moment – Wjazd na Trollstigen.

Pokonywanie kilometrów po prostej drodze nie jest wielkim wyczynem. Wiedziałam, że prawdziwe wyzwania zaczną się, kiedy zjedziemy niżej, w głąb Norwegii.
Kiedy dotarliśmy do słynnej Trollstigen, deszcz dawał się we znaki, a zmęczenie podróżą było już mocno odczuwalne. Do tego podczas zawracania niebezpiecznie zahaczyłam o pobocze. Udało mi się wyprowadzić motocykl bez szwanku, ale nogi trzęsły mi się jak z galarety.
Chłopaki poprzedniego dnia wjechali już na Trollstigen i zjechali nią na dół. Ja wtedy odpuściłam ze względu na zmęczenie. Z ich relacji wynikało, że jest pięknie, ale momentami przerażająco — ze względu na duży ruch, kampery na zakrętach i brak barierek. Usłyszałam nawet, że być może nie powinnam tam jechać…

Odeszłam na bok, żeby uspokoić oddech i zmierzyć się ze swoimi myślami oraz wątpliwościami.
„Przecież ja tak łatwo nie odpuszczam. Spróbuję”.
Przez całą drogę powtarzałam sobie jak mantrę wskazówki instruktora z kursu: nogi ściśnięte na baku, ręce luźno, spokojna głowa i wzrok skierowany przed siebie.
Z każdym zakrętem nabierałam coraz większej pewności siebie, ale wciąż czekałam na te najgorsze…
Po chwili dojechaliśmy do mostku i usłyszałam:

„To już”.

„Jak to, już?! Przecież to nie było takie straszne!”.

…Dobrze, że nie było tak strasznie, bo później okazało się, że Trollstigen była tylko rozgrzewką!
Wybieraliśmy boczne, bardzo kręte trasy wyznaczone przez aplikację. Tego dnia było duuużo zakrętów — jeszcze węższych i bardziej stromych — ale pokonywanych z coraz większą śmiałością.

# Droga, która najbardziej zapadła mi w pamięć

27 agrafek na drodze do Lysebotn. Zdecydowanie!
Mimo mokrej nawierzchni czułam, że moje opony całkiem dobrze trzymają się asfaltu. Kiedy dotarliśmy na górę, Waldek zaproponował, żebym zjechała na dół i wjechała ponownie, a on nagra to dronem.
I tak trzy razy!
Ależ miałam frajdę! Kolejne core memory zapisane!

# Najciekawszy nocleg

Kiedy szukaliśmy miejsca na nocleg nad jeziorem Lovatnet, intuicja i ciekawość kazały mi sprawdzić, co znajduje się na końcu drogi, która urywała się na mapie.
Na końcu szutrowej drogi znalazłam zupełnie pusty parking tuż pod jęzorem lodowca!
Byliśmy tylko my, lodowiec i huk otaczających nas wodospadów. Takiego miejsca na nocleg nawet nie potrafiłabym sobie wymarzyć!
A ono samo mnie przywołało.

# Największy przypał

Ostatniego dnia, w niedzielę, przed 6:00 rano dotarliśmy do Świebodzina. Będąc już na miejscu, podjechaliśmy zrobić sobie zdjęcie przy słynnej figurze.
Po chwili odpoczynku ruszyliśmy dalej.
Przy zerowej prędkości przednie koło ześlizgnęło się po kamieniach i motocykl zaczął się kłaść. Próbując go jeszcze wyciągnąć za kierownicę… odkręciłam prawą manetkę do oporu. I to tak porządnie!

ŁUTUTUTUTUTU!!!

„O nie! Zwijamy się stąd!”.
Odjeżdżając, w myślach przepraszałam pielgrzymów z Domu Pielgrzyma, pod którego oknami właśnie się znajdowaliśmy, za tak niespodziewaną pobudkę w niedzielę o 6:00 rano.

# Co dała mi Norwegia?
Ten spontaniczny wyjazd to była najbardziej szalona i najfajniejsza rzecz, jaką zrobiłam w życiu!
Poznałam fajnych ludzi — trzy różne osobowości, które musiały się poznać i szybko zgrać.
Poznałam też samą siebie. Przetestowałam swoją wytrzymałość, odporność na trudne warunki i umiejętności motocyklowe. A najlepsze? Odkryłam, jak bardzo mi się to podoba!
Po całej podróży czułam ogromną wdzięczność, dumę i satysfakcję. I pragnienie kolejnej wyprawy.
No właśnie, ale to nie koniec!

# Bałkany — ciąg dalszy szaleństwa

Jeszcze podczas podróży powrotnej padła propozycja od Waldka:
„Słuchaj, z innym kumplem planuję we wrześniu podróż na Bałkany. Jak w Norwegii dałaś radę, to i Albania nie będzie dla Ciebie problemem. Jedziesz z nami?”.
No a jak! Jeśli życie podsuwa mi okazje, nie powinnam ich odrzucać…
Jadę!

Podróż na Bałkany była zupełnie inna!
Spakowałam mniej niż połowę rzeczy. Jedzenia prawie w ogóle.
Tym razem było łatwiej — w końcu Waldka już znałam.
Dołączyliśmy do Pawła na wysokości Gliwic i ruszyliśmy w drogę, wiedząc już, że 1000 km dziennie nie powinno być problemem. Byle dojechać jak najdalej!

Zwiedziliśmy stacje benzynowe przy autostradach w Czechach i Austrii. Na słowackim asfalcie nawet nie postawiliśmy stopy. I tak dotarliśmy aż za Zadar.
Tego dnia pobiłam swój rekord: 1160 km w jeden dzień!

Później przejechaliśmy całą Chorwację i Czarnogórę, zahaczając obowiązkowo o Kotor, aż w końcu dotarliśmy do Albanii.
Po drodze mijaliśmy piękne widoki i… ogromne ilości śmieci, bezdomnych psów oraz starych Mercedesów.
Zdecydowanie najciekawszym fragmentem tej podróży był jednak dojazd do wioski Theth!
Później ruszyliśmy w kierunku Macedonii Północnej. Tu nie obyło się bez przygody na granicy: mnie przepuszczono bez problemu, ale obaj panowie zostali zatrzymani z powodu braku pewnego dokumentu.
Całe szczęście, w ciągu dwóch godzin udało się ogarnąć sprawę i wszyscy przekroczyliśmy granicę.

Po zwiedzeniu Ochrydy wróciliśmy do Albanii, przemierzając okolice jeziora Koman, a następnie ruszyliśmy do Czarnogóry, w kierunku Durmitoru.
Jakież było nasze zdziwienie, kiedy ktoś wrzucił na Facebooka zdjęcie przedstawiające śnieg w górach! Wszyscy byliśmy przekonani, że to przeróbka wygenerowana przez sztuczną inteligencję. Okazało się jednak, że to nie był fake.
Śnieg nieco opóźnił nasz przejazd, ale ja na tym skorzystałam — już wtedy dopadła mnie choroba i potrzebowałam odpoczynku.

Z tego powodu tę podróż zapamiętam przede wszystkim przez pryzmat bezustannie cieknącego kataru. A to nic przyjemnego, kiedy ma się na głowie integralny kask! Do tego męczący kaszel. Nie wiem, czy bardziej współczułam sobie, czy chłopakom, którzy musieli słuchać mnie przez interkom. 😅

Opłaciło się przeczekać, aż pogoda się poprawi — widoki w Durmitorze zapierały dech w piersiach!

Ostatecznie wracaliśmy przez Bośnię i Hercegowinę. Udało nam się jeszcze zahaczyć o Sarajewo i zwiedzić opuszczoną skocznię oraz hotel olimpijski.
Ostatni nocleg wypadł na Węgrzech, w uroczym mieście Győr.

Podróż przez Bałkany była szalenie ciekawa i różnorodna — każdy kraj zapadł mi w pamięć z zupełnie innego powodu. Wszystkie te miejsca bardzo różniły się jednak od tego, czego doświadczyliśmy w Skandynawii.
To były dwa skrajnie różne doświadczenia! Jestem wdzięczna za każde z nich.

# Najważniejsza jest droga

O moich spontanicznych wyprawach mogłabym pisać jeszcze długo, zwłaszcza że wspomnienia są wciąż żywe i świeże.

Zresztą każdy podróżnik mógłby godzinami opowiadać o swoich przygodach. I nieważne, jaki jest kierunek podróży ani ile kilometrów pokonamy. Najważniejsza jest sama droga, doświadczenie zdobywane z każdym kilometrem i na kolejnych zakrętach, a także możliwość poznawania samego siebie w różnych, czasem wręcz ekstremalnych sytuacjach.

Podczas tych wypraw zdobyłam ogrom doświadczenia, którego nie dałoby mi nawet kilka lat jeżdżenia „wokół komina”. Te podróże skłoniły mnie do wielu przemyśleń, zachwiały niektórymi filarami, a inne pomogły ustabilizować. Spędzenie tylu godzin sam na sam ze swoimi myślami pozwoliło mi poukładać sobie w głowie wiele spraw.

Przede wszystkim jednak poczułam wolność i radość, jakie dają takie podróże. Posmakowałam szaleństwa w podróżowaniu i rozpaliło to we mnie miłość do takiego stylu odkrywania świata.

Już myślę o kolejnych destynacjach! 😉