Szukaj
Po kresce do celu – 488 km trasami RATs w jeden dzień (Adrian Hering)

Po kresce do celu – 488 km trasami RATs w jeden dzień (Adrian Hering)

konkurs zgloszenie

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Motocykl kupiłem z myślą o terenie, bo uwielbiam poczucie, że mogę nim dotrzeć prawie wszędzie – najchętniej legalnie, trasami RATs i TET. Drugi sezon jazdy to dla mnie przede wszystkim reset głowy i ciągle nowe doświadczenia – także te, których nie było w planie. Najbardziej kręcą mnie miejsca, o których nie miałem pojęcia, dopóki nie zaprowadziła mnie tam kreska na nawigacji.

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: Legalna wyprawa Offroadowa
Ilość dni: 1
Ilość kilometrów: 488
Ilość uczestników: 1
Ilość krajów: 1
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: CFMOTO 450MT
Rok wyprawy: 2026
Kanał Youtube: https://youtu.be/x6qze1jsJYU
Instagram: https://www.instagram.com/p/DcYhwq7gD52/?vrfl=Y3FscG51aXhqM2lw
Facebook: https://www.facebook.com/share/1DjACQhcxB/
Blog:

Pełen opis

Po kresce do celu – 488 km trasami RATs w jeden dzień

14:23–14:46 · km 318
„Ale się władowałeś! Pojedziesz dalej, żeby zawrócić? Możesz już tutaj nie wrócić i utknąć poniżej tego podjazdu. Położysz moto, żeby je przekręcić na leżąco? Albo zsunie się jeszcze niżej, albo go nie podniesiesz.” – podpowiadał głos w głowie, a cała wyprawa zaczynała wisieć na włosku.
Ale zanim do tego doszło, cofnijmy się do dni, w których ważyła się decyzja o wyjeździe. Na Pomorze, do rodziców, miałem pojechać autem. Tyle że dziś czasu zawsze jest za mało, więc trzeba łączyć przyjemne z pożytecznym – a w głowie od dawna siedział mi pomysł, żeby dojechać tam z Łodzi motocyklem. W jeden dzień i to nie asfaltem, tylko trasami RATs. Zamiast kilku godzin autostradą – prawie 500 km bocznymi drogami przez pół Polski. Jeżdżę dopiero drugi sezon, a trasami RATs i TET miałem wtedy nakręcone ok. 9 tys. km. Brakowało tylko pogody – i decyzji.

Poniedziałek · wieczór
„Hmm… jechać, nie jechać…” Pogoda na najbliższy tydzień zapowiadała się całkiem ładna. Deszcze się przesunęły, więc dzień powrotu powinien być pogodny.
„No tak, ale nie masz planu, nie masz trasy. Moto nieprzygotowane, sakwy leżą w czeluściach szafy, a ciuchy nie mogą się doprosić prania.”
„Zerknę, czy są w ogóle jakieś gotowe trasy prowadzące do celu podróży.” Były, i to całkiem obiecujące.
„Dobra, idę spać. Jutro pomyślę.”

Wtorek · rano
Prognoza pogody wyglądała jeszcze lepiej. „Hmm…”
„Nad czym ty się w ogóle zastanawiasz?! Od dwóch miesięcy chodzi ci ten pomysł po głowie i teraz chcesz odpuścić? Drugiej okazji nie będzie w tym roku. Przecież doskonale wiesz, że jak teraz odpuścisz, to będziesz żałować.”
„Dobra, jadę!”

Wtorek · popołudnie
Pobrałem trzy trasy RATs, pociąłem je i dorysowałem łączniki, tak, aby wszystko łączyło się w całość. Wyszły 474 km. Na dokładne zapoznanie się z przebiegiem trasy nie starczyło już czasu. Nie wiedziałem, gdzie są stacje paliw, gdzie zrobię postoje ani gdzie czekają przeszkody terenowe. Polegałem jedynie na POI w GPX-ie dodanych przez autorów tras – uznałem, że to musi wystarczyć, a reszta będzie czystym spontanem.
W międzyczasie zeszło mi jeszcze na głupotach oraz sprawach związanych z filmem o RATs Camp 2026, który opublikowałem kilka dni wcześniej, a potem odezwał się rozsądek. „Masz mnóstwo km do przejechania, może byś tak w ogóle oszacował, o której będziesz na miejscu?” I zabrałem się za liczenie – wyszło, że jeśli będę trzymał średnią prędkość 40 km/h, to zajadę w 12 godzin. Plan realny, choć trudny do zrealizowania. Za to 30 km/h nie stanowiło dla mnie problemu – tyle że to aż 16 godzin jazdy. Postanowiłem więc, że będę celować w 40 km/h, a jeśli plan zacznie mocno wymykać się spod kontroli i średnia spadnie w okolice 30 km/h, to zacznę skracać trasę asfaltem.
„Kurde, już 18! A ja nie jestem nawet spakowany, a moto niesprawdzone. Dobrze, że przynajmniej mam przygotowaną listę rzeczy do zabrania.”

Wtorek · wieczór i noc
„Łańcuch do nasmarowania, ciśnienie do sprawdzenia i to chyba tyle.”
„Ehem… łańcuch luźny, że aż rzęzi, a ty chcesz robić prawie 500 km…”
I zabrałem się za regulację.
„Aaa, jak już mam klucze w łapie, to sprawdzę zębatkę zdawczą. Kurde, i jeszcze filtr powietrza… aaa, no i jeszcze ta dźwignia zmiany biegów, która jest trochę za nisko i utrudnia przerzucanie biegów na stojąco.”
Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Na koniec nasmarowałem łańcuch i zabrałem się za montaż sakw, przy którym zeszło mi dłużej, niż bym chciał.
„Teraz jeszcze tylko zapakować cały majdan z listy i lecę spać.”
Była 22:40 i odetchnąłem z ulgą, bo 450 MT stał gotowy do jazdy i zostało mi 6 godzin na sen. I wtedy przeszedł mnie dreszcz. „Ooo cholera! A płyn chłodniczy?!” Miałem go pilnować, bo na ostatnim przeglądzie jego poziom był dość niski i nie obyło się bez dolewki!
Wpatrywałem się w rewizję w bocznej osłonie, ale bez przekonania. Przechyliłem moto, ale ledwo widoczna linia jakby w ogóle nie drgnęła. Zacząłem mieć wątpliwości, czy to w ogóle jest linia poziomu płynu. „Tu nie ma miejsca na zgadywanie” – pomyślałem i zabrałem się za ściąganie osłony, co dodatkowo utrudniały zamontowane gmole.
„Uff…” Poziom w normie.
Tik-tak, tik-tak… Czas leciał jakby coraz szybciej, a przecież jeszcze nie wgrałem GPX do nawigacji. Odpaliłem kompa, wysłałem GPX i o północy położyłem się spać.
„Czy na pewno wszystko mam? Hmm… nie! Nie masz w OsmAndzie pobranej mapy województwa kujawsko-pomorskiego z powodu limitu w darmowej wersji apki.”
Błąd płatności. „Ech… spróbuję innym sposobem.”
Błąd płatności.
Błąd płatności. „Nie mam już na to siły. Zostało mi tylko 3,5 godziny snu.” Oczy same mi się kleiły…

ŚRODA – DZIEŃ WYPRAWY

4:44
Bip, bip, bip. „To już? Ale bym jeszcze pospał.” Łóżko przyciągało jak magnes, a w głowie zaczynały się zbierać wątpliwości. Ekscytacja, strach, niepewność.
„Po co ci to w ogóle, sam taki kawał chcesz jechać?”
„Cicho bądź! Już postanowione. Wszystko przygotowane, zakładaj spodnie i koniec dyskusji!”

5:15 · garaż
Sakwy stabilne, paski naciągnięte, staza w kieszeni, apteczka przymocowana na wierzchu. Jestem gotowy!
Ruszam. Jeszcze ostatnie spojrzenie za siebie, czy aby na pewno nic nie zostało, i opuszczam garaż.

5:30 · stacja paliw
Paliwo zalane na full. Witaj, przygodo!

5:47 · kilka kilometrów za Łodzią
Słońce pojawiło się już nad horyzontem i zaczyna oświetlać szczyty drzew, ale lekki chłód jest jeszcze wyraźnie odczuwalny, dopóki promienie nie zaczną padać na ziemię. Nad łąkami unosi się poranna mgła, sprawiająca, że powietrze jest rześkie i wypełnione zapachem traw. Z kolei niebo jest czyste, bezchmurne, zapowiadające piękny dzień. Uwielbiam takie poranki.

ok. 6:30 · na polnych ścieżkach
Słońce jest coraz wyżej, tworząc na polach długie cienie drzew, a roślinność mieni się w soczystych odcieniach zieleni.
W pewnym momencie z traw wylatuje bażant, który przez dobre kilka sekund leci nisko nad drogą, bezpośrednio przed motocyklem, jakby chciał jeszcze dołożyć coś do i tak pięknych widoków.
Kilkanaście kilometrów dalej z siedliska na totalnym odludziu wybiega wataha psów, oszczekując i obiegając motocykl z każdej strony. Nie wiem, czy z radości, czy z niezadowolenia, ale są wśród nich nawet szczeniaki, które zdają się być nieco zdezorientowane, próbując naśladować starszych towarzyszy. Psiaki odprowadzają mnie jeszcze kawałek szutrową drogą, sprawiając, że robi mi się cieplej i na chwilę przestaję myśleć o parującej szybie kasku.
Po prawej ściana kukurydzy, którą przeszywają oślepiające promienie słońca, uderzające w mój kask niczym stroboskop. Ledwo widzę tę trawiastą, jeszcze mokrą od rosy ścieżkę. Tutaj wchodzi skupienie, bo już nieraz przekonałem się, że mokra trawa uwielbia robić psikusy. Po chwili pojawia się piasek i nierówności sprawiające, że obrazy płaskich, szutrowych dróg, którymi jechałem 40 km wcześniej, idą w zapomnienie.

7:15 · km 83 · przystanek autobusowy
Pierwszy dłuższy pit stop. Sprawdzenie, czy sakwy się nie poluzowały, przetarcie szyby w kasku i blendy, które mocno parują. Do tego wyczekiwane śniadanie. Jeszcze szybki SMS do domu z pinezką, że wszystko gra – to stały punkt każdego postoju. Po 20 minutach ruszam dalej.

7:50 · km 95 · gdzieś na wsi
Temperatura zrobiła się bardzo przyjemna, a sielskie wiejskie klimaty cieszyły oko. Do kompletu brakowało tylko muzyki, więc się zatrzymałem, aby ją włączyć, i zdążyłem jeszcze zaliczyć pierwszą tego dnia parkingówkę, bo nogi zabrakło w miejscu, w którym kończył się asfalt, a zaczynało pobocze – pozdrowienia dla niskich rajderów! Muza włączona, tryb chill uruchomiony. Jedziemy dalej!

km 95–145 · wszystko, co najpiękniejsze, w pigułce
Krajobraz mnie rozpieszczał. Pagórki, sporo lasów, pola, łąki, szutry, piaski i wąwozy, a nawet podmokłe tereny z powalonymi drzewami i gęstą roślinnością. A od czasu do czasu na horyzoncie pojawiały się górujące nad polami wiatraki i farmy solarne. Otwarta szyba i ten zapach kukurydzy, ścierniska, ściętych drzew ułożonych przy drogach leśnych, a za chwilę mieszanka gospodarczych zapachów.

9:01 · km 144 · Piotrków Kujawski, stacja paliw
Skoro stacja była przy trasie, zatankowałem ponownie. Później mogło być już gęsto, a nie chciałem marnować czasu na szukanie stacji. Drugie śniadanie zaliczone, kurtka zdjęta – zostałem w samej bluzo-zbroi, bo zrobiło się już bardzo ciepło – i po niespełna półgodzinnej przerwie ruszyłem dalej!

10:00 · km 171
PGR-y, pola, więcej piaszczystych dróg, ale też całkiem sporo lasów i brzozowych alejek. Od czasu do czasu trafiały się szutrowe drogi, które pozwalały mi nadrobić czas stracony na postojach. Tego nie da się poczuć inaczej niż z siodła motocykla – i tego nie da się podrobić. Odprężyłem się i pomyślałem, że trasa przebiega całkiem sprawnie jak na poruszanie się tylko po kresce, bez podkładu mapy.

10:34–11:24 · km 197 · obwodnica Inowrocławia
Błąd! Pierwsza pomyłka na trasie i 10 dodatkowych kilometrów obwodnicą. Ślad na nawigacji prowadził jakby obwodnicą, a nie widziałem żadnej drogi, więc wjechałem na ślimaka, tyle że wyprowadził mnie na jezdnię prowadzącą w przeciwną stronę. Po nawrotce na najbliższym ślimaku wróciłem do miejsca pomyłki.
Kieruję się pasem trawy przy skraju pola, wzdłuż obwodnicy, zgodnie ze śladem GPX. Po prawej mam rów z wodą, po lewej siatkę i zbiornik retencyjny. „Kurde… chyba coś jest nie tak. Niemożliwe, aby ktoś tędy poprowadził ślad” – myślę, a po chwili w wysokiej trawie dostrzegam głęboki na 3 metry rów z wodą. STOP. Rów łączy zbiornik z tym po prawej. Rzucam kilkoma zaklęciami, wskakuję na MTka i objeżdżam zbiornik od drugiej strony.
Przez kolejny kwadrans błądziłem wzdłuż obwodnicy, szukając innego przejazdu – nadaremnie. W końcu wyciągnąłem swój codzienny smartfon, który podczas jazdy zawsze mam przy sobie – ten zamontowany na wieży, nad wyświetlaczem motocykla, robi tylko za nawigację i poza OsmAndem nic na nim nie ma. Na Mapach Google sprawdziłem najkrótszy dojazd asfaltem do tracka i po kolejnych kilkunastu minutach znów jechałem zgodnie ze śladem.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, skąd wzięło się całe zamieszanie, i sądziłem, że ten kawałek trasy jest już nieaktualny i kiedyś nie było tego zbiornika retencyjnego, a skrajem pola prowadziły polne drogi. Ale błąd w całości leżał po mojej stronie. Łącząc kawałki tras RATs, odwróciłem kierunek jednego z nich i zupełnie o tym zapomniałem. Ślad był prawidłowy i rzeczywiście biegł kilka kilometrów obwodnicą – tylko w drugą stronę, po przeciwnej jezdni. Bez mapy pod spodem widziałem jedynie kreskę obok drogi i nie miałem szans tego zrozumieć.

11:25 · km 221
Jechałem już szutrową drogą zgodnie z trackiem i czułem olbrzymią ulgę. Ulgę, która przysłoniła irytację straconą prawie godziną. Los pogroził mi palcem, aby przypomnieć, że nie mogę tracić czujności nawet na chwilę, bo teren to teren i wszystkiego można się spodziewać, a w tym przypadku wjazd do rowu oznaczałby utopiony motocykl i koniec wyprawy.

11:37 · km 230
„Hmm… raczej tędy” – pomyślałem, widząc przed sobą wysokie na ponad metr pokrzywy i dostrzegając gdzieś tam za nimi zarys ścieżki. Wjechałem na single track biegnący czymś w rodzaju wąwozu między polami, porośnięty po obu stronach gęstymi krzakami, które zamykały się nad moją głową, miejscami w całości zasłaniając niebo. Pozytywny nastrój zaczął wracać do normy, jednak po chwili głęboko westchnąłem, zauważając porzuconą górkę śmieci.

11:50 · km 242 · Mamlicz
Mamlicz – południk 18 stopni. Żołądek zaczynał już o sobie przypominać, więc uznałem, że to świetne miejsce na szybki postój. Sakwa zaserwowała mi sok pomidorowy, który wciągnąłem niemalże duszkiem. Zrobiłem pamiątkową fotkę i poleciałem dalej, bo za mną była dopiero połowa drogi, a w trasie byłem już od 6,5 godziny, o czym coraz bardziej zaczynał mi przypominać spadek mocy… na szczęście nie tej w motocyklu.

12:35 · km 268 · gdzieś w przepięknym lesie
Najpierw las liściasty – brzozy, paprocie, trawy i alejki drzew – który po chwili przechodził w sosnowy. Teren ciekawie ukształtowany, a pod kołami cały przekrój dróg leśnych: od lekko piaszczystych, przez szutrowe, po takie z małym wyzwaniem w postaci rowów wypłukanych przez wodę. Do tego z górki, pod górkę – droga wiła się przez las niczym wąż, co chwilę zaskakując różnorodnym drzewostanem i polankami w środku lasu, na których dumnie stało kilka starych, dorodnych dębów. A co ciekawe – to była droga gminna.
Takie widoki sprawiają, że trudno od nich oderwać wzrok i chciałoby się spędzić tam więcej czasu. W takich miejscach nie myśli się o zmęczeniu ani o codziennych sprawach. Ich energia bardzo szybko rezonuje z człowiekiem i zaczynamy doceniać to, co jest naprawdę piękne, a o czym często zapominamy w pędzie obowiązków i pracy.

13:05 · km 285 · Zamość k. Bydgoszczy
Szybki pit stop na stacji na hot doga. Jest moc, jest humor i ogień! Trasa wciąż nie przestawała mnie zaskakiwać, teraz ścieżka prowadziła przez las wzdłuż Górnego Kanału Noteckiego. Jadąc przez taki teren, wielokrotnie zastanawiam się, czy to na pewno jest legalne – ale jest! I to w tym wszystkim jest najpiękniejsze. Właśnie dlatego jeżdżę trasami RATs.

13:36 · km 296 · Łochowo
Dotarłem do śluzy nr 7 w Łochowie i dzięki niesamowitym właściwościom motocykla, który z pojazdu nagle staje się pieszym, mogłem przedostać się na drugą stronę i ruszyć dalej wzdłuż kanału. Tym razem już po polnej drodze, która była całkowitym przeciwieństwem niczym niezaburzonej wody w kanale. Po chwili dojechałem do kolejnego ciekawego miejsca – Owczego Mostu przy ujściu Górnego Kanału Noteckiego do Kanału Bydgoskiego. Później doczytałem w internecie, że ten ponad stuletni stalowy most był wielokrotnie burzony, rozbierany i odbudowywany, a pierwotnie służył właścicielom majątku w Kruszynie do przepędzania owiec na podmokłe łąki.

14:05 · km 311 · Gościeradz
Po licznych atrakcjach teren na jakiś czas stał się bardziej monotonny, głównie pola i sporo asfaltu, przez co momentalnie odczułem zjazd energetyczny i złapała mnie przymułka, dodatkowo spotęgowana tym, że minionej nocy spałem tylko 3,5 godziny. Jednak po chwili mój mózg dostał kopniaka w postaci silnie „orzeźwiających” zapachów z pobliskich pól i od razu wróciłem do gry, nie wiedząc jeszcze, że to ledwie kubek kawy zbożowej przy potrójnym espresso popitym energetykiem, które za chwilę zostanie mi zaserwowane.

14:23–14:46 · km 318 · w ciemnej du***
Jadąc stromym wąwozem, po około 100 metrach dojechałem do długo wyczekiwanego brodu, opisanego na forum RATs jako głęboki, ale możliwy do objechania ścieżką górą. Bród był prawie wyschnięty, pozostało po nim trochę błota, ale widząc 4 powalone drzewa tuż za nim, stwierdziłem, że nie ma sensu przekonywać się, jak głęboko wciągnie mnie błoto, a hard enduro i pokonywanie kłód prawie 200-kilogramowym klocem to jeszcze nie mój level – ja tutaj tylko na spacerku jestem. Wybrałem zatem ścieżkę górą.
Pokonuję niewielki rów, po czym ścieżka prowadzi mnie w górę… a po chwili… „ej, już w dół?” STOP. Zatrzymuję się nagle, zdając sobie sprawę, że jeśli zjadę w dół zbocza, znajdę się pomiędzy pierwszą kłodą a kolejnymi trzema, leżącymi nieco dalej. Szybka decyzja: jadę przez krzaki jeszcze trochę pod górkę, aby ominąć pozostałe kłody. Ale pomysł kończy się tak szybko, jak się pojawił.
Koło zakopuje się w miękkim leśnym podłożu z próchnicy i piasku, a co gorsza, motocykl ustawia się w takim położeniu, że pot spływa mi po czole już nie tylko ze zmęczenia, ale i z obawy przed tym, że utknę tu na dobre. Motocykl stoi prostopadle do zbocza, przodem pod górę, a po jego prawej stronie jest spore zagłębienie. Jeśli spróbuję go wycofać i skierować tak, aby przód był tam, skąd przyjechałem, tylne koło może zsunąć się ze skarpy niżej i znajdę się w jeszcze gorszym położeniu. I właśnie wtedy w głowie rozbrzmiewa: „Ale się władowałeś!” Postanawiam, że najsensowniej będzie położyć motocykl na lewym boku i obrócić w kierunku, z którego przyjechałem. Szkopuł w tym, że w takim położeniu kierownica będzie trochę niżej niż koła. Ryzykuję.
No to martwy ciąg. Raz! I poderwanie. I jeszcze raz! I jeszcze trochę, wyżej, wyżej! Nic z tego. Jestem niskim rajderem i stojąc tyłem do motocykla, niżej od niego, nie jestem w stanie unieść i wyprostować rąk na tyle, aby go postawić.
Kolejna próba. Tym razem ustawiam się przodem do motocykla i kucam, na ile się da, aby siła poszła z nóg. Góra, raz! Nogi się zsuwają. I jeszcze trochę, raz! Kolano pod siedzenie! Lewa ręka na ramę pod bakiem! I raz! Nogi wygięte jak łuk z leszczyny. Zsuwają się niżej i niżej. Krok! I jeszcze jeden. Kolano pod moto i pchaaaaj!!! Dobra, mam, kurwa, dziada. Idzie jeszcze radosna, soczysta wiązanka zaklęć, kilka sapnięć jak po życiówce na kilometr, po czym odpalam moto i sprowadzam je ze zbocza tamtędy, skąd przyjechałem.
Widok spokojnej tafli jeziora, do którego uchodził wyschnięty strumień z brodu, był bardzo kuszący, ale wizja dojazdu do celu po ciemku była silniejsza, a ja i tak byłem już na tyle mokry od potu, że nie poczułbym różnicy.

14:57 · km 327
Objechałem miejsce walki asfaltem i dojechałem do skrzyżowania dróg polnych, skąd droga prowadziła do wyschniętego brodu, ale od drugiej strony. Status: 35 minut w plecy, kilka nadłożonych kilometrów, trening crossfit w gratisie i banan na twarzy, bo wciąż jadę.

15:06 · km 334
Kilka kilometrów dalej piękny sosnowy las podbudowywał mnie już na duchu i dodawał energii. Jednak cała ta sytuacja nie dawała mi spokoju i wierciła dziurę w głowie, bo gdy nie mogłem podnieść motocykla, to na serio już myślałem, że tam zostanę. Błędnie założyłem, że ścieżka górą pozwoli mi objechać wszystkie kłody, zamiast zwyczajnie sprawdzić. Ścieżka górą pozwalała objechać bród, tylko że wtedy, gdy kłody jeszcze tam nie leżały. Dopiero w trakcie całej akcji, kiedy przyjrzałem się im z bliska, dotarło do mnie, że nie leżą tam przypadkiem – były ścięte i ułożone tak, żeby nie dało się ich objechać. Od strony, z której przyjechałem, nie było żadnego znaku, za to z drugiej stał znak, że to koniec drogi. Droga najwyraźniej została zamknięta nie bez powodu. Później zgłosiłem poprawkę do trasy na forum RATs, żeby kolejni wiedzieli, na co się piszą.

15:30 · km 345 · osiedle Motyl
Pola, piasek i piękna słoneczna pogoda, a co jakiś czas lasy, które dawały ukojenie w postaci cienia. Jak dobrze znowu jechać. Wczułem się tak bardzo, że nawet nie wiedziałem, kiedy przejechałem skrzyżowanie, na którym miałem skręcić. Po kilkuset metrach dojechałem do osiedla Motyl leżącego w lesie nad rzeką Sępolną. Nawigacja pokazywała, że jestem na tracku. Przejechałem betonową kładkę nad rzeką, potem ok. 20 metrów malowniczym single trackiem wśród zarośli i dojechałem do śluzy szerokiej na kilka metrów. Nad nią biegło wąskie drewniane przejście z poręczami, a po drugiej stronie stała uchylona furtka z tablicą „Uwaga. Przejście niebezpieczne”. Szybka, chłodna kalkulacja odwiodła mnie od myśli, aby tędy przejeżdżać. I nie dlatego, że było wąsko i nie wiem, czy w ogóle motocykl by się zmieścił, ale dlatego, że drewniane, pokryte mchem deski były cienkie i uginały się pode mną na kilka centymetrów, a co dopiero pod motocyklem – strach pomyśleć. Wciąż znajdowałem się w województwie kujawsko-pomorskim, więc w OsmAndzie nie miałem mapy, a na Mapach Google drogi leśne i śluza nawet nie były zaznaczone. Cofnąłem się kawałek i objechałem to miejsce mostem drogowym, na szczęście bez nadkładania drogi.
Dopiero później zrozumiałem, skąd ten dziwny objazd. Po przegapionym skrzyżowaniu nawigacja sama przeliczyła trasę i poprowadziła mnie swoją drogą – najpewniej przez źle ustawiony profil, z którego korzystałem od niedawna. Nie zauważyłem tego i przez cały czas byłem przekonany, że jadę po tracku.

15:42 · km 356 · las
Chwila odpoczynku na asfalcie, po czym ścieżka znowu wpadła w las i nagle przede mną wyłonił się długi na ok. 100 metrów podjazd pokryty kopnym piachem. Uwielbiam piach, ale mam respekt przed podjazdami, ten jednak zdawał się dość łagodny i decyzja zapadła niemalże odruchowo. Podjazd wszedł jak złoto, trochę mnie to podbudowało i podbiło punkty energii, które były bardzo przydatne, bo przede mną był jeszcze kawał drogi, a czas zdawał się biec coraz szybciej.

16:14 · km 377 · okolice Tucholi
Dojechałem do parkingu leśnego z wiatami i wreszcie mogłem odpocząć z wyboru, a nie z musu, w cichym, spokojnym miejscu. Brakowało mi tego. Emocje i adrenalina puściły i zacząłem wyraźnie czuć swoje ciało: ogólne zmęczenie i lekki ból nadgarstków. Głowa nie bolała, a mentalnie czułem się dobrze i to było dla mnie najważniejsze. Uzupełniłem płyny, rozprostowałem kości i bez zwłoki ruszyłem dalej, bo czekało na mnie jeszcze ponad 100 km trasy.

16:59 · km 397 · Bory Tucholskie
Kiedy wjechałem do województwa pomorskiego, przywitały mnie skąpane w słońcu pola słoneczników oraz zapach żniw, które zaczynają się tu nieco później niż w centralnej Polsce.
Później były już prawie tylko lasy, a konkretniej bory sosnowe, przez które prowadziły bardzo dobrze utrzymane drogi leśne. Niektóre zwyczajne, jakich wiele, a inne szerokie, szutrowe, niczym autostrady przecinające las w różnych kierunkach. Przejeżdżając w okolicy Rytla, zwróciłem uwagę na ogromne połacie brzozowych młodników, które mają odtworzyć las powalony przez nawałnicę stulecia. W sierpniu 2017 roku wiatr w porywach do 150 km/h połamał tu miliony drzew. Te piękne młode brzozy o soczyście zielonych liściach są symbolem odrodzenia, ale również pomnikiem. Pomnikiem pozostawionym przez żywioł, który w tych lasach odebrał życie dwóm nastoletnim harcerkom przebywającym na obozie.

18:20 · km 450
Te niekończące się lasy, różnorodne ukształtowanie terenu i równe ścieżki dały mi niesamowity odpoczynek i ukojenie. Im mniej kilometrów pozostawało do celu, tym zmęczenie było łatwiejsze do zniesienia, a gdy przy nawrotce znowu zabrakło mi nogi, to rysował mi się uśmiech na twarzy. Po tym, co przeszedłem w okolicy brodu, mogę sobie tylko życzyć, aby każde podnoszenie motocykla było tak łatwe jak przy paciaku.

18:48 · km 472 · okolice Bytowa
Do celu pozostało już niewiele. Drogowskazy stawały się znajome i wiedziałem, że jestem w rodzinnych stronach. Lasów zrobiło się trochę mniej, a coraz częściej pojawiały się malownicze krajobrazy rozświetlone miękkimi promieniami słońca, które leniwie chyliło się ku zachodowi.
To świetny czas na rozmyślania i podsumowanie trasy w głowie.

19:07 · km 488 · u celu
Wjeżdżam na rodzinne podwórko i gaszę silnik. Licznik: 488 km. Od ruszenia ze stacji paliw minęło niespełna 14 godzin, a średnia wyszła 36 km/h – gdzieś między planem A a planem B i bez skracania asfaltem.
Rano wyjechałem z myślą o przygodzie i o tym, żeby sprawdzić, na ile starczy mi sił i głowy, bo jeszcze nigdy nie przejechałem trasami RATs takiego dystansu w jeden dzień. I wiecie co? Udało się. Ale nie to zostanie ze mną najdłużej.
Autem byłbym tu po kilku godzinach i z drogi nie zapamiętałbym nic. Po kresce jechałem prawie czternaście godzin – i pamiętam z nich naprawdę wiele: mgłę nad łąkami, psy wybiegające z podwórka, walkę przy brodzie i ten moment, w którym prawie zwątpiłem. Cel podróży to tylko punkt na końcu kreski. Wszystko, co ważne, wydarzyło się po drodze.
A każda podróż, nawet ta krótka, zostawia po sobie ślad.