Szukaj
Rajd Koguta 2026: ponad 2000 kilometrów z przygodami i najważniejszy powód – Jaś (Katarzyna Niemiec)

Rajd Koguta 2026: ponad 2000 kilometrów z przygodami i najważniejszy powód – Jaś (Katarzyna Niemiec)

konkurs zgloszenie

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Jestem pasjonatką motocykli i podróży, która najchętniej odkrywa świat z perspektywy dwóch kółek — nawet na 42-letniej Hondzie. Stworzyłam MotoFind.me, aby pomagać motocyklistom odkrywać ciekawe trasy i sprawdzone miejsca, w których można dobrze zjeść, przenocować, coś zwiedzić lub uzyskać pomoc w trasie oraz wyszukiwarkę motocykli po wysokości siedzenia. Wierzę, że motocyklowa pasja to nie tylko wolność i przygoda, ale też możliwość pomagania innym – bo najważniejsze jest nie tylko to, dokąd jedziemy, ale również dla kogo jedziemy.

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 9
Ilość kilometrów: 2100
Ilość uczestników: 1
Ilość krajów: 3
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: Honda vt500c
Rok wyprawy: 2026
Kanał Youtube:
Instagram: https://www.instagram.com/motofind.me/
Facebook: https://www.facebook.com/motofind.me
Blog: https://motofind.me/do-zamoscia-dla-jasia/

Katarzyna Niemiec

Pełen opis

Tegoroczny Rajd Koguta zaczęłam wcześniej niż oficjalny start. Miałam trochę więcej wolnego, więc pomyślałam, że zamiast jechać tylko do Oławy, wykorzystam ten czas i zrobię sobie dłuższą motocyklową wyprawę. Chciałam zobaczyć miejsca, w których jeszcze nie byłam, pojeździć pięknymi drogami i przy okazji opowiedzieć ludziom, dlaczego jadę w Rajdzie Koguta.

Bo w tym roku jadę dla Jasia Mirowskiego! Jaś Mirowski to pogodny, ambitny i pełen energii chłopiec, którego wielką pasją jest piłka nożna. W 2025 roku zdiagnozowano u niego chorobę Stargardta – rzadką, genetyczną chorobę oczu, która prowadzi do stopniowej utraty wzroku. Rodzice robią wszystko, co w ich mocy, by znaleźć dla syna szansę na nowoczesne leczenie za granicą, m.in. w Stanach Zjednoczonych. Zbierają środki na konsultacje, badania i specjalistyczną pomoc, które mogą pomóc spowolnić postęp choroby i dać Jasiowi szansę na jak największą samodzielność. Każde wsparcie ma znaczenie. ❤️ Serdecznie zachęcam do wpłacenia nawet małej cegiełko.

Dlatego jadę dla Jasia – bo warto połączyć pasję do motocykli z pomocą, która daje nadzieję.

To już mój czwarty Rajd Koguta. Rok temu niestety nie udało mi się dojechać nawet do Oławy. Moja wyprawa zakończyła się w okolicach Katowic, kiedy okazało się, że przepaliły się przewody, a do tego awarii uległa dioda prostownicza. Na szczęście z pomocą przyszła Basia, która przyjechała busem Antka i pomogła ściągnąć mnie do Krakowa. Później znajomy Wiesław przetransportował motocykl na Podkarpacie, gdzie został naprawiony. Wymieniono całą wiązkę elektryczną.

Po takiej przygodzie można by pomyśleć, że człowiek dwa razy się zastanowi, zanim wyruszy w kolejną trasę. Ale przecież wiadomo, że motocykliści mają trochę inaczej poukładane w głowach. 😉

30 maja – ruszam z Krakowa, a Honda od razu sprawdza moją cierpliwość!

Zaczęło się od pogody. Lało tak mocno, że czekałam na choćby niewielką dziurę w chmurach, żeby nie przemoknąć już na samym początku. W końcu uznałam, że trzeba ruszać.

I właśnie wtedy zaliczyłam pierwszą przygodę.

Przed wyjazdem dolałam oleju do mojej Hondy, ale… nie zakręciłam korka z bagnetem. Korek położyłam na sakwie i tak ruszyłam. Przejechałam kawałek obwodnicą Krakowa, aż w okolicach Balic zauważyłam dym za motocyklem. Olej wylewał się przez otwór, w którym powinien znajdować się korek, i zaczął się przypalać.

Na szczęście korek nadal leżał na sakwie! Uff! Przy 42-letnim motocyklu znalezienie takiego elementu mogłoby być nie lada wyzwaniem.

Dotarłam do sklepu motocyklowego, kupiłam olej i uzupełniłam braki. Wielkie podziękowania dla załogi sklepu, która pozwoliła mi się ogarnąć, skorzystać z toalety i umyć ręce. Przy takich wyprawach życzliwość obcych ludzi potrafi uratować dzień.

Kiedy w końcu mogłam ruszyć dalej, skierowałam się przez Jaworzno i Poczesną w stronę Częstochowy. Po drodze trafiłam do miejscowości Mazury. I jak tu nie żartować, że z Krakowa na Mazury można dojechać w niecałe dwie godziny? 😁

Noc spędziłam w agroturystyce w okolicach Częstochowy.

31 maja – Dzień Dziecka na motocyklach

Następnego dnia spotkałam się ze znajomymi i ruszyłam przez Starczą do Panek, gdzie grupa Moto Konieczki organizowała Dzień Dziecka.

To był naprawdę świetny dzień. Motocykliści przygotowali dla dzieciaków przejazdy na motocyklach, a uśmiechów i radości nie brakowało. Ja sama byłam zapakowana na rajd tak, że trudno byłoby jeszcze zabierać pasażera, ale chłopaki z grupy zadbali o to, żeby dzieci mogły poczuć motocyklową przygodę.

Wspólnie przejechaliśmy trasę przez Panki, Przystań, Stare Krzepice, Parzymiechy, Lipie, Danków, Popów, Miedźno, Wielkowiecko, Opatów, Złochowice i Konieczki. To była kolejna parada, w której motocykle służyły nie tylko do jeżdżenia, ale przede wszystkim do dawania frajdy innym.

Dzięki Jurkowi czekał na nas również obiad w Restauracji Kresowej i lody. Wielkie dzięki za organizację i za to, że mogliśmy spędzić ten dzień razem.

Miałam ze sobą flagę Rajdu Koguta i ulotki. Widziałam, jak ludzie przyglądali się fladze, zastanawiali, o co chodzi, a niektórzy zabierali ulotki. Bardzo mnie to cieszyło. Każda taka sytuacja to okazja, żeby opowiedzieć komuś o rajdzie i zachęcić go do pomagania.

Tego samego dnia ruszyłam jeszcze w stronę Wrocławia, a później do Bolesławca, gdzie znalazłam nocleg.

I tutaj wydarzyła się kolejna niespodzianka.

Okazało się, że miejsce, w którym się zatrzymałam, prowadzi człowiek pochodzący z moich rodzinnych stron na Podkarpaciu. Kiedy powiedziałam, że jestem z Bud Łańcuckich, zapytał, czy z prawej, czy z lewej strony. 😂 Kto zna te okolice, ten wie, że to pytanie potrafi zbić z tropu. Spontanicznie wybrany nocleg, gdzieś na drugim końcu Polski, a tu taki lokalny akcent. Świat naprawdę jest mały!

1 czerwca – ceramika, Niemcy i mała Transfogaraska

Bolesławiec był kolejnym punktem na mojej trasie. Chciałam odwiedzić Muzeum Ceramiki, ale okazało się, że w poniedziałki jest zamknięte.

Czasem jednak lepiej, kiedy nie wszystko idzie zgodnie z planem, bo trochę przypadkiem trafiłam do Zakładów Ceramicznych w Bolesławcu. I to był strzał w dziesiątkę! Mogłam zobaczyć miejsce związane z tą charakterystyczną ceramiką, która w 2026 roku obchodzi swoje 80-lecie. Oczywiście nie mogłam wyjechać stamtąd z pustymi rękami – kupiłam sobie drobną ceramikę bolesławiecką na pamiątkę. PS: będzie ona dostępna też na licytacjach dla Jasia!

Później pojechałam do Zgorzelca i po raz pierwszy przekroczyłam motocyklową granicę z Niemcami. To niby nic wielkiego, ale dla mnie był to kolejny mały punkt do odhaczenia na mapie motocyklowych przygód.

Przechodziłam akurat obok znaku „Deutschland”, kiedy pewien przemiły Niemiec, niosący jakieś ciężkie rzeczy, zapytał, czy nie chcę zdjęcia. Dzięki jego uprzejmości mam fotografię przy niemieckiej granicy, w kasku i niedaleko motocykla. Takie drobne spotkania z nieznajomymi potrafią zostać w pamięci na długo.

Następnie pojechałam w stronę trójstyku granic Polski, Niemiec i Czech. Zrobiłam kilka zdjęć i ruszyłam dalej, w stronę przepięknych dróg w rejonie Małej Úpy i Kowar.

I właśnie tam znalazłam jedną z najpiękniejszych tras całej wyprawy. Wąska droga, przyzwoity asfalt, trochę nierówności, zakręty i widoki, dla których warto zwolnić. Dla mnie była to taka mała Transfogaraska – oczywiście w polsko-czeskim wydaniu. Gdybym miała wskazać jeden z tych fragmentów, dla których warto po prostu wsiąść na motocykl i jechać przed siebie, ta droga zdecydowanie znalazłaby się na liście.

Na nocleg wybrałam pałacyk w Dąbrowicy pod Jelenią Górą.

Sam dojazd był niezłą przygodą. Google Maps poprowadziło mnie od strony zaplecza, gdzie budynek wyglądał jak jedna wielka ruina. Zastanawiałam się, czy na pewno trafiłam we właściwe miejsce. Dopiero kiedy objechałam budynek i zobaczyłam front, zorientowałam się, że to rzeczywiście tutaj.

Na dodatek droga dojazdowa była fatalna. Kamienie, koleiny, dziury, trochę szutru i fragmenty praktycznie bez asfaltu. Po deszczu koło ślizgało się na nierównościach, a ja nie mogłam pozwolić sobie na szybką jazdę. W pewnym momencie bardziej skupiałam się na tym, żeby bezpiecznie przejechać kolejny kawałek, niż na tym, ile jeszcze zostało do noclegu.

Sam pałacyk wymagał jeszcze mnóstwa pracy. Gołe mury, brakujące okna i ślady historii na ścianach sprawiały, że miejsce miało w sobie coś niezwykłego. Ostatecznie uznałam, że to dobra baza wypadowa, i postanowiłam zostać tam jeszcze jeden dzień.

2 czerwca – Gross-Rosen, chwila zadumy i podziemia Jeleniej Góry

Kolejny dzień przywitał mnie znacznie lepszą pogodą. Wybrałam malownicze drogi i ruszyłam do Muzeum Gross-Rosen.

To miejsce robi ogromne wrażenie. Jest trudne, przygnębiające i skłania do refleksji. Warto poświęcić mu więcej czasu, obejrzeć film z nagraniami i wywiadami osób, które przeżyły obóz, zobaczyć kamieniołomy i spróbować choć na chwilę zatrzymać się w codziennym biegu.

To nie jest zwykły punkt turystyczny, który można szybko zaliczyć i jechać dalej. Historia, która wydarzyła się w tym miejscu, wymaga chwili ciszy i zadumy.

Po takiej wizycie potrzebowałam czegoś, co pozwoli mi trochę zmienić nastrój. Dzięki wygranym w licytacji biletom, wystawionym z myślą o pomocy innemu dziecku, odwiedziłam w Jeleniej Górze “Time Gates – Bramy Czasu” To podziemna atrakcja, w której można poznać historię regionu, zobaczyć niezwykłe przestrzenie i zanurzyć się w opowieściach o przeszłości.

To było ciekawe urozmaicenie dnia – trochę inny rodzaj zwiedzania, a przy okazji kolejny dowód na to, że pomaganie może prowadzić do naprawdę interesujących miejsc. Tutaj też spotkałam Pana z żoną, tym razem z Krakowa, którzy kojarzyli mnie i mój motocykl z akcji MotoMikołaje Kraków jak byliśmy u dzieciaków w szpitalu 🙂

Później znów wybrałam kręte, malownicze drogi wokół Jeleniej Góry. Zajrzałam między innymi w okolice Piechowic, gdzie znajduje się ciekawy tunel skalny, często polecany przez motocyklistów.

Na koniec pojechałam do Siedliska Pstrąga w Mysłakowicach. Zatrzymałam się tam na obiad i zdecydowanie polecam to miejsce. Pyszne jedzenie, piękne otoczenie i chwila odpoczynku po całym dniu na dwóch kołach. Potem wróciłam do mojego pałacyku.

3 czerwca – deszcz, który nie chciał odpuścić

Ten dzień był już zupełnie inny. Od rana do wieczora deszcz.

Nie taki przyjemny, lekki deszczyk, przy którym można sobie spokojnie jechać, tylko porządne lanie. Przemokłam praktycznie po pierwszych dwudziestu minutach jazdy. Robiłam postoje na stacjach, licząc na poprawę pogody, ale niewiele to dawało. Kiedy tylko deszcz przybierał na sile, zatrzymywałam się, a po chwili znów ruszałam.

W końcu uznałam, że nie ma sensu czekać bez końca. Skoro i tak jestem już mokra, trzeba jechać dalej.

Dojechałam pod Wrocław, gdzie spędziłam noc przed oficjalnym startem Rajdu Koguta w Oławie.

4 czerwca – w końcu start Rajdu Koguta!

Rano ruszyłam do Oławy. Dzięki znajomym, którzy wcześniej odebrali dla mnie pakiet na campingu, nie musiałam stać w kolejce po jego odbiór. Bardzo doceniam takie gesty, bo przy całej organizacji wyjazdu każda zaoszczędzona chwila ma znaczenie.

W końcu nadszedł moment startu!

Udało mi się spotkać organizatorów i zrobić z nimi zdjęcia, między innymi z Jurczakiem i Mikiciukiem. Szczególną uwagę przyciągał polski Fiat, którym przyjechali z Tajlandii do Polski. Niesamowita historia i kolejny dowód na to, że dla pasji i przygody ludzie potrafią pokonać naprawdę ogromne odległości.

Ale przecież nie byłabym sobą, gdyby obyło się bez przygód.

W drodze na pierwszy punkt, w okolicach Kochanowic, gdzie znajduje się browar i muzeum, pojawił się problem z motocyklem znajomych – zaczął padać akumulator. Zanim ruszyliśmy dalej, spędziliśmy chyba półtorej godziny na stacji, próbując go wskrzesić.

I tutaj wydarzyła się jedna z tych sytuacji, które pokazują, czym naprawdę jest motocyklowa społeczność. Pomógł nam motocyklista, który sam nie brał udziału w Rajdzie Koguta. Po prostu pożyczył nam swój akumulator, dzięki czemu mogliśmy ruszyć dalej i kontynuować rajd.

Bez wielkich deklaracji, bez zastanawiania się, czy warto. Zwykła, ludzka pomoc.

Na nocleg dotarliśmy do Częstochowy, na pole namiotowe pod Jasną Górą.

5 czerwca – przez Sandomierz na Podkarpacie

Kolejny dzień upłynął przede wszystkim na jeździe. Z Częstochowy ruszyliśmy przez Szczekociny, Jędrzejów, Szydłów, Staszów i Osiek w stronę Sandomierza.

Tam spotkałam się ze znajomym Marcinem. Planowaliśmy coś zjeść, ale ruch był tak duży, że trudno było znaleźć spokojne miejsce. Podejrzewam, że wielu uczestników Rajdu Koguta wybrało podobną trasę. Na rynku spotkaliśmy między innymi grupę motocykli MZ – kolejny fajny akcent na rajdowej drodze.

Ostatecznie uznaliśmy, że lepiej pojechać dalej.

Moi znajomi ruszyli prosto w stronę Zamościa, a ja przez Stalową Wolę i Leżajsk pojechałam do rodziców na Podkarpacie. Chciałam spędzić z nimi noc i przy okazji spróbować naprawić kierunkowskazy, które zaczęły szwankować po wcześniejszych ulewach.

Rozebrałam przełącznik przy kierownicy i spryskałam styki WD-40, licząc na to, że uda się usunąć wilgoć. Niestety, ale kierunkowskazy nie zaczęły działać!

6 czerwca – przez Roztocze do Zamościa

Rano ruszyłam dalej, przez Tarnogród, Zwierzyniec i Szczebrzeszyn, gdzie znajdował się jeden z punktów i zadań Rajdu Koguta.

Roztocze to świetny region na motocyklową wycieczkę. Droga, kolejne miejscowości i świadomość, że z każdym kilometrem zbliżam się do celu, sprawiały, że coraz bardziej cieszyłam się z tej wyprawy.

W końcu dotarłam do Zamościa.

I właśnie tam wydarzyło się coś, co było dla mnie najważniejszym momentem całego rajdu.

Na mecie czekał na mnie Jaś razem z mamą i dziadkami. Przyjechali specjalnie, żeby się ze mną spotkać i przywitać. To było naprawdę wzruszające i bardzo miłe.

Mogłam w końcu poznać Jasia osobiście, porozmawiać z jego rodziną i zobaczyć, dla kogo przejechałam te wszystkie kilometry.

Jaś okazał się niezwykłym chłopakiem. Spotkanie z nim uświadomiło mi jeszcze mocniej, że Rajd Koguta to nie tylko wielka motoryzacyjna impreza, piękne maszyny, kilometry i wspólne zdjęcia. To przede wszystkim konkretni ludzie i ich historie.

Mama i dziadkowie Jasia byli bardzo wzruszeni i cieszyli się, że istnieje taka inicjatywa. Że tylu ludzi potrafi połączyć wspólną pasję, żeby zrobić coś dobrego dla drugiego człowieka.

I właśnie wtedy poczułam, że to wszystko ma sens.

Całe przygotowania, wcześniejszy wyjazd, deszcz, mokre buty, awarie i wszystkie te małe komplikacje po drodze. To nie były tylko przeszkody na trasie. To była część drogi, która doprowadziła mnie do tego spotkania.

W Zamościu spotkałam również Marka Suslika. Okazało się, że jego motocykl również jest z 1984 roku! To właśnie na tej maszynie przejechał Syberię, a teraz wyruszył nią w Rajdzie Koguta. Dla mnie, właścicielki 42-letniej Hondy, to było naprawdę świetne spotkanie. Takie historie pokazują, że wiek motocykla nie musi być przeszkodą w realizowaniu wielkich przygód.

Powrót – bo podróż nie kończy się na mecie

Po spotkaniu z Jasiem i jego rodziną ruszyłam w drogę powrotną. Nie chciałam po prostu wsiąść na autostradę i jak najszybciej wrócić do Krakowa. Wciąż miałam ochotę cieszyć się drogą, dlatego wybrałam trasę bliżej granicy i ponownie zatrzymałam się u rodziców na Podkarpaciu.

Następnego dnia ruszyłam już w stronę Krakowa, tym razem omijając autostrady. Zależało mi na tym, żeby jeszcze trochę pojeździć spokojniejszymi drogami i nacieszyć się podróżą.

I wiecie co?

Kiedy dojechałam do Krakowa, a potem skręciłam już w stronę własnego garażu, wydarzył się ostatni mały cud tej wyprawy. Kierunkowskazy, które przez całą trasę robiły mi takie niespodzianki, zaczęły działać właśnie przed samym garażem!

Czy można sobie wymarzyć lepsze zakończenie motocyklowej przygody? 😂

Po co to wszystko?

Kiedy zaczynałam tę podróż, chciałam po prostu wykorzystać dodatkowy czas i pojechać dalej niż tylko do Oławy. Zobaczyć Bolesławiec, przejechać przez Niemcy, dotrzeć do trójstyku granic, odkryć nowe drogi i miejsca. I rzeczywiście, przywiozłam z tej wyprawy mnóstwo wspomnień, zdjęć i anegdot, które jeszcze długo będę opowiadać.

Ale najważniejsze wspomnienie nie dotyczy żadnej drogi ani atrakcji turystycznej.

Dotyczy spotkania z Jasiem.

Rok wcześniej moja przygoda z Rajdem Koguta skończyła się awarią niedaleko Katowic. W tym roku również nie obyło się bez problemów – od niedokręconego korka oleju, przez ulewy, aż po niesprawne kierunkowskazy. A jednak dojechałam.

I nie chodzi o to, żeby udowodnić, że jestem w stanie pokonać każdą trasę. Chodzi o to, że warto próbować, warto się nie poddawać i warto wykorzystywać to, co się kocha, żeby pomagać innym.

Dla mnie motocykl to wolność, droga, spotkania i przygody. Rajd Koguta daje temu wszystkiemu jeszcze jeden wymiar – pozwala przekuć pasję w coś dobrego.

Dlatego w tym roku pojechałam dla Jasia. ❤️

Nie dla liczby kilometrów, nie dla zdjęć na mecie i nie dla odhaczenia kolejnego rajdu.

Pojechałam, bo mogłam. Bo chciałam. I dlatego, że za tą podróżą stoi ktoś, dla kogo ta pomoc ma prawdziwe znaczenie.

Bo właśnie o to chodzi w Rajdzie Koguta.