Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby
Mam na imię Zuzia, mam 16 lat, wielkie marzenia związane z podróżami motocyklowymi i Hondę CBR125.
Kocham odkrywać nowe miejsca, pokonywać własne ograniczenia i zamieniać marzenia w rzeczywistość. Wierzę, że wiek ani pojemność silnika nie definiują możliwości, a moja podróż na Stelvio to dopiero początek motocyklowych przygód!
Kilka danych o wyprawie
Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 9
Ilość kilometrów: 3200
Ilość uczestników: 2
Ilość krajów: 6
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: Honda CBR 125R
Rok wyprawy: 2026
Kanał Youtube:
Instagram: https://www.instagram.com/p/Dcv3jwtDajs/?cplk=MWxtenplNWI0cDRwZA==
Facebook: https://www.facebook.com/share/p/19gXbeFFA5/?mibextid=wwXIfr
Blog:
Pełen opis
W wakacje wraz z tatą zdecydowaliśmy się wyruszyć w podróż, której głównym celem było Stelvio, a jeśli się uda – również Grossglockner i okolice Wildspitze. Miałam zaledwie 16 lat, a prawo jazdy zdałam tylko dwa miesiące przed wyjazdem. Mimo że na motocyklach jeżdżę od 6. roku życia, na drogach publicznych wciąż byłam początkującą motocyklistką. Do tego nie podróżowałam typowym motocyklem turystycznym, lecz Hondą CBR125 – małą, sportową 125-tką, która miała pokonać z nami trasę z okolic Gdańska aż w samo serce Alp.
Wiele osób wątpiło, czy taki plan ma szansę się udać. Sam dojazd z północy Polski w Alpy, przy prędkości przelotowej około 90 km/h, oznaczał długie godziny spędzone w siodle. Nie zamierzałam jednak rezygnować. Wręcz przeciwnie – chciałam udowodnić innym, że się mylą, a przy okazji pokazać dziewczynom w moim wieku, że warto mieć marzenia i odważnie dążyć do ich realizacji.
Ta wyprawa była dla mnie wyjątkowa również z innego powodu. Był to wyjazd niskobudżetowy, na który zarobiłam sama, pracując przez całe wakacje w sklepie odzieżowym Reserved. Każda zarobiona złotówka przybliżała mnie do spełnienia motocyklowego marzenia. Zamiast hoteli wybieraliśmy namiot, a noclegi pod gołym niebem były częścią przygody. Dzięki temu przekonałam się, że do przeżycia wielkiej podróży nie zawsze potrzeba wielkiego budżetu. Czasem wystarczą pasja, dobry plan i determinacja, by samodzielnie zapracować na to, o czym się marzy.
Początkowo czekały nas długie godziny jazdy autostradami. Nie było w tym nic szczególnie ekscytującego – kilometry mijały, a krajobraz niewiele się zmieniał. Naprawdę szczęśliwa zaczęłam być dopiero wtedy, gdy na austriackiej autostradzie zobaczyłam pierwsze zarysy gór. Po tylu godzinach monotonnej jazdy nagle wszystko się zmieniło. Z każdym kolejnym kilometrem góry stawały się coraz większe, a ja coraz bardziej nie mogłam doczekać się tego, co czekało nas dalej.
Jednym z najbardziej niezwykłych etapów podróży była przejażdżka Ötztaler Gletscherstraße w Austrii. To droga asfaltowa położona na wysokości 2830 m n. p. m. prowadząca w okolice lodowców Rettenbachferner i Tiefenbachferner. Jest to najwyższa asfaltowa droga udostępniona dla ruchu publicznego. Na trasie znajduje się również Rosi-Mittermaier-Tunnel, wyjątkowy ze względu na to, że jest najwyżej położonym tunelem w Europie (2829m) oraz ma długość 1729m, a nachylenie w nim to 11%. Przejazd przez tę okolicę pozwolił mi zobaczyć zupełnie inne oblicze gór – surowe, monumentalne i momentami wręcz nierealne.
Alpejskie podjazdy wystawiały na próbę zarówno mnie, jak i mój motocykl. Droga robiła się coraz bardziej stroma i przez chwilę zaczęłam się zastanawiać, czy moja 125-tka rzeczywiście da sobie radę. Nie zniechęciłam się jednak. Jechałam na jedynce i powoli, ale konsekwentnie, wspinałam się coraz wyżej. Motocykl nie pędził, ale pokonywał kolejne metry. W górach liczyła się nie prędkość, lecz cierpliwość i umiejętność dostosowania jazdy do warunków.
Najśmieszniejsza przygoda spotkała nas po wyjeździe z okolic Wildspitze w stronę Bormio, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg. Zależało nam na tym, żeby dotrzeć tam przed zapowiadaną na noc burzą, a następnego ranka jak najwcześniej ruszyć w stronę Stelvio.
Od samego początku nawigacja prowadziła nas jakąś dziwnie okrężną trasą, ale stwierdziliśmy, że widocznie innej drogi nie ma. Po paru godzinach jazdy nagle zobaczyliśmy granicę włosko-szwajcarską, mimo że wcale nie planowaliśmy odwiedzać Szwajcarii.
– No dobra, czyli jednak jedziemy przez Szwajcarię – powiedzieliśmy sobie i ruszyliśmy dalej.
Przejechaliśmy kilka kilometrów i wjechaliśmy na drogę pełną ciasnych serpentyn. Jedziemy, jedziemy, a na postoju mówię do taty:
– Tato, ta droga jest tak ciekawa jak ta prowadząca na Stelvio.
Jedziemy dalej i nagle wyłania się przed nami góra, na której dostrzegam znany mi ze zdjęć budynek. Przez chwilę nie mogę uwierzyć własnym oczom.
– Tato… to chyba jest Stelvio.
Tata jednak mi nie wierzy.
– Nie, to niemożliwe. Przecież na Stelvio mieliśmy jechać dopiero jutro.
Otwieramy mapę, sprawdzamy trasę i nagle okazuje się, że przed nami rzeczywiście jest Stelvio!
Nawigacja, która od początku prowadziła nas jakąś dziwną, okrężną trasą, do Bormio postanowiła zabrać nas prosto przez najbardziej wyczekiwany przeze mnie punkt trasy. Nie tak planowaliśmy ten dzień, ale czasem to właśnie nieplanowane sytuacje stają się najlepszymi wspomnieniami z podróży.
I właśnie wtedy dotarło do mnie, gdzie jestem. Patrzyłam na Stelvio i zaczęłam uświadamiać sobie, czego właściwie dokonałam. Zaledwie dwa miesiące wcześniej zdałam prawo jazdy, a teraz, mając 16 lat, docierałam na jednej z najbardziej znanych alpejskich przełęczy. I co najważniejsze – udało się nie tylko mnie. Moja mała Honda przejechała ze mną całą drogę z okolic Gdańska aż w Alpy i dowiozła mnie do miejsca, o którym wcześniej marzyłam, oglądając zdjęcia w internecie.
Ta wyprawa pokazała mi, że motocyklowa przygoda nie zaczyna się od dużej pojemności silnika, drogiego motocykla turystycznego ani luksusowego noclegu. Zaczyna się od pasji, celu i gotowości do pracy, żeby go osiągnąć.
Miałam 16 lat, Hondę CBR125, namiot i marzenie, na które sama zarobiłam.
I dotarłam na Stelvio.
Dałam radę.












