Szukaj
Drogi donikąd nie istnieją – Maroko (Mateusz Budzik)

Drogi donikąd nie istnieją – Maroko (Mateusz Budzik)

konkurs zgloszenie

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Jestem Mateusz i motocyklistą jestem od 13. roku życia. Jazda to moja życiowa pasja i poświęcam jej każdą wolną chwilę. Całe moje życie zawodowe wiąże się z motoryzacją: kiedyś sprzedawałem samochody, dziś uczę, jak to robić, i doradzam firmom z tej branży, a moim cichym marzeniem jest organizowanie wypraw motocyklowych. Maroko w lutym 2026 to pierwszy wyjazd, który sam nagrałem i opisałem, i mam nadzieję, że to początek dokumentowania kolejnych.

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: Legalna wyprawa Offroadowa
Ilość dni: 13
Ilość kilometrów: 2700
Ilość uczestników: 4
Ilość krajów: 2
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: KTM 790 Adventure R
Rok wyprawy: 2025
Kanał Youtube:
Instagram:
Facebook:
Blog:
GPX: https://adventureriders.pl/wp-content/uploads/2026/10/Maroko-2026-v3.11.gpx_-7c6b32ccebeacc389d74efd9247c1c61.zip

Pełen opis

Drogi donikąd nie istnieją – Maroko

Ścieżka urywała się co chwilę. Jechaliśmy już kilka godzin wąskim single trackiem i raz po raz wjeżdżaliśmy w koryto wyschniętej rzeki, w którym droga po prostu znikała. Wtedy zatrzymmywaliśmy motocykle, gasiliśmy silniki i robiło się cicho tak, jak bywa tylko tam, gdzie w promieniu wielu kilometrów nie ma nikogo. Dwa łyki wody, telefon w rękę, mapa. I rozglądanie się, czy ścieżka nie pojawi się na lewym albo na prawym brzegu.

Za nami została baza wojskowa, gdzie kazali nam zawrócić. Przed nami było nieznane. Spokojnie mogło się okazać, że po pięćdziesięciu, sześćdziesięciu kilometrach trzeba będzie wrócić tą samą drogą. Ale uznaliśmy, że w takim miejscu jak Maroko nie może być dróg, które prowadzą donikąd. Ktoś tę ścieżkę wydeptał, więc musi dokądś prowadzić.

Prowadziła prawie sto osiemdziesiąt kilometrów. Żeby wyjaśnić, jak się tam znalazłem, muszę jednak cofnąć się o jakieś dwadzieścia lat.

Żółty motocykl na piasku

Jako młody chłopak byłem chory i leżałem w domu, kiedy tata przyniósł mi “świat motocykli”. Była w nim prezentacja nowego BMW R 1200 GS, chyba luty 2004r. Żółty G/S stał na piaskach Afryki. Pamiętam to praktycznie jak dziś, i wtedy się zakochałem. Wiedziałem, że kiedyś kupię GS i że kiedyś tam pojadę.

Do dziś nie umiem wytłumaczyć, skąd to się wzięło. Afryka ma dla mnie w sobie jakąś magię, której nie jestem w stanie ubrać w słowa. Po prostu taka jest. Wiem, że Maroko to nie jest środek kontynentu, żadna Kenia ani nic równie afrykańskiego. To raczej wstęp do czegoś większego. Ale to właśnie tamtędy przebiegał kiedyś rajd Paryż–Dakar i to właśnie tę część Afryki chciałem poznać i poczuć.

Pierwotnie miałem pojechać na trzydziestkę. Wyszło inaczej. Przyszły różne okoliczności, w tym covid, potem budowa domu i zakładanie rodziny, i marzenie było raz bliżej, raz dalej, zawsze gdzieś z tyłu głowy.

Dwa lata przed tym wyjazdem było naprawdę blisko. Motocykl pojechał, bilety kupione, wszystko zaplanowane. Praktycznie jedną nogą byłem już w Afryce. Jednak, na dwa dni przed wylotem, z dnia na dzień okazało się, że nie mogę polecieć. Nie będę tego opisywał szczegółowo. Powiem tylko, że to był bardzo ciężki moment w życiu prywatnym i że przez dwa lata Maroko wisiało nade mną jak coś, co prawie się udało.

Do tego wyjazdu wystarczyło jedno zdanie. Marcin, znajomy, z którym jeżdżę, zapytał mnie, czy nie zrobić Maroka na wiosnę, żeby przedłużyć sezon. Nie było długiego namysłu. Bardzo szybko kupiliśmy bilety i zaczęliśmy rysować ślad.

Ekipa ułożyła się sama. Marcin, który wpadł na pomysł, i który jest zahartowany, bo dużo jeździ. Robert, nasz rajdowiec, człowiek, który startuje w rajdach. Norbert, ratownik medyczny, więc nasz medyk, co dawało spokój w głowie, bo w razie czego było komu pomóc. No i ja, od wyznaczania śladu. To ja prowadziłem GPS-em i brałem na siebie odpowiedzialność za to, żeby droga, którą narysuję w domu przy komputerze, dała się przejechać na motocyklu.

Jechaliśmy na KTM-ach Adventure, ja i Robert na 790R, Marcin na 890R, i Norbert na CF Moto 800 MT-X. To nie były lekkie motocykle i miało się to jeszcze pokazać.

Wieczory nad mapą

Trasę rysowałem w GPX Studio, na mapach satelitarnych, i zajęło mi to kilka ładnych wieczorów. Przybliżałem obraz i szukałem jasnych linii, które mogły być drogą, wydeptanym szlakiem albo korytem rzeki, i zgadywałem, czy da się tam przejechać. Zakładałem, że część z nich będzie przejezdna, a część nie, i że będą momenty, w których trzeba będzie szukać alternatywy. Rzeczywiście, czasem prawdziwa droga leżała jakieś pięćdziesiąt metrów od tej, którą narysowałem.

Plan był taki: jak najbardziej zoptymalizować dojazd i transport motocykli, żeby jak najwięcej czasu spędzić w samej Afryce. Wybraliśmy wschód Maroka, takie Podlasie tego kraju, najbardziej dzikie, najmniej ucywilizowane i najbardziej puste. Był też powód bardzo praktyczny. Od zachodu musielibyśmy przejechać przez Atlas, a w lutym w górach leży śnieg. Straciłbym masę czasu i może nawet sprzęt albo zdrowie. Wschód pozwalał dojechać na Saharę bez tej walki.

Chcieliśmy dotrzeć do Merzougi, spędzić tam dzień, dwa na odpoczynku i pojeździć po wydmach. Stamtąd miał nas poprowadzić stary szlak rajdu Dakar. Po drodze planowaliśmy dwa wąwozy, Dades i Todra, ale nie wyżej niż 2600 metrów, bo w lutym w górach może być śnieg. Chcieliśmy też zobaczyć Gara Medouar, wielką skałę po meteorycie, w której kręcono scenę do jednego z filmów o Bondzie i w której kiedyś było więzienie. Powrót wymyśliliśmy szlakiem Trans Morocco Trail. Asfalt mieliśmy omijać, gdzie się tylko da, a co dwieście pięćdziesiąt, trzysta kilometrów trzeba było znaleźć stację paliw.

Motocykle pojechały do Malagi firmą transportową. Rozważaliśmy, żeby zawieźć je samemu busem, ale nikt z nas nie miał tyle urlopu, a koszt i tak wyszedłby podobny albo wyższy. Szkoda czasu, którego w lutym było niewiele.

Z zimy do lata

Z Polski ruszaliśmy w mrozie. Samolot zawiózł nas do Malagi tak szybko, że kiedy wylądowaliśmy, dwadzieścia stopni na plusie względem polskiej zimy było dla nas jednym wielkim wow. Wzięliśmy taksówkę, odebraliśmy motocykle i usiedliśmy do porządnego hiszpańskiego obiadu. Szybko jednak trzeba było jechać na prom.

Żeby wszystko zoptymalizować, wybraliśmy trasę z Almerii prosto do Melilli, bez Gibraltaru, bo zależało nam na wschodniej części Maroka. Prom odpływał koło północy. Przy wjeździe sprawdzono nam podstawowe dokumenty, a pełna odprawa graniczna odbyła się dopiero po drugiej stronie, bo Melilla to nadal Hiszpania. O siódmej rano byliśmy już w Afryce. Przeprawa przez granicę zajęła około dwóch godzin.

Wsiedliśmy na motocykle i po pół godzinie, może godzinie jazdy zjechaliśmy z asfaltu. Pierwsze szutry, pierwsze góry, pierwsze pustkowia, kamieniste tereny. Było tam dużo pięknego krajobrazu. A ja nadal nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje, choć powoli zaczynało do mnie docierać.

Pierwszą noc w Afryce spędziliśmy w Aïn Bni Mathar, w hotelu, który był przede wszystkim miejscem do odespania nocy na promie. Za grosze mieliśmy łóżko i bieżącą wodę, choć nie powiem, żeby była ciepła.

Z kolacją było trudniej, bo w okolicy trudno było znaleźć jakąkolwiek restaurację. Poszliśmy więc na lokalną ulicę, gdzie ruch był wcale niemały, i udało się złapać uliczny street food za osiem, dziesięć złotych. Coś zbliżonego do kurczaka, tylko bez żadnych sałatek: samo mięso posypane przyprawą w jakiejś pseudobułce. Marcin, który jako pierwszy ugryzł, powiedział, że przyprawa smakuje jakoś dziwnie. Zaczęliśmy diagnozować po zapachu i smaku, aż stanęło na tym, że to musi być podpałka albo benzyna. Byliśmy pierwszymi klientami i grill był rozpalany przy nas, więc nie zdążył się wypalić, a całe mięso przeszło tym zapachem. Obyło się na szczęście bez żadnych problemów gastrycznych.

Jeszcze zrobiliśmy zakupy na śniadanie. W sklepie wzięliśmy to, co uznaliśmy za lokalny ser, każdy z nas po kawałku, jakieś dwadzieścia deko. Sprzedawca bardzo się dziwił, że każdy bierze taki spory kawał, ale nie negocjował, tylko sprzedał, co chcieliśmy. Dopiero w hotelu okazało się, że to masło. Śmiechu było dużo. Za to lokalne owoce, które w lutym były świeżutkie, takie, jakich u nas się nie kupi, wszystko wynagrodziły.

Rano krajobraz zaczął się zmieniać na bardziej pustynny i kamienisty. Pojawiły się pierwsze przeprawy przez rzeki. W Tendrarze, kiedy wjeżdżaliśmy do miasta po paliwo, zatrzymała nas policja. Poinformowali, że w tym mieście nie możemy nocować, wylegitymowali nas, sprawdzili dokumenty i sprzęt. Pojechaliśmy zatankować, zrobiliśmy zakupy i ruszyliśmy dalej, a drugą noc spędziliśmy zupełnie na dziko, pod namiotem. Nawet udało się rozpalić ognisko, choć w tym krajobrazie nie ma lasów ani dużo drzew, więc zbieraliśmy suche gałązki i ogień był naprawdę malutki. Postaliśmy przy nim chwilę, porozmawialiśmy, zjedliśmy coś i poszliśmy spać.

Rano zobaczyliśmy, że w kole Roberta nie ma wiatru. Mousse który miał przetrwać nasze setupy po prostu się rozpadł, zagotował i popękał. Mieliśmy zapasową dętkę, a do miasta, Bouanane, było tylko około siedmiu kilometrów, więc nie walczyliśmy z tym na pustyni, tylko dojechaliśmy do wsi, znaleźliśmy warsztat i w normalnych, cywilizowanych warunkach wyrzuciliśmy starą dętkę i włożyliśmy nową.

Dalej zaczęły się patelnie. Niewyobrażalnie wielkie przestrzenie, horyzonty tak szerokie, że trudno je ogarnąć, płaskie połacie z drobnymi kamyczkami i żadnych dróg w sensie, w jakim my je rozumiemy. To, co wyglądało na drogę, przypominało wydeptany szlak, bardziej single track niż trakt. Tak tam wyglądają drogi.

I tu muszę się przyznać do błędu. Jechaliśmy chyba za szybko. Jak psy wygłodniałe po długiej przerwie: byliśmy głodni terenu, a zimę mieliśmy za sobą. Każdy z nas dał gazu i po tych pseudodrogach jechaliśmy po sto trzydzieści na godzinę. Czuliśmy się wspaniale. Wibracje i teren robiły jednak swoje, na nielekkich motocyklach, ale o tym przekonaliśmy się dopiero później.

Jechaliśmy na południe od Bouanane, w stronę gór, z zamiarem przejechania przez szczyt i zjechania po drugiej stronie. Dopiero kiedy wjechaliśmy na samą górę, okazało się, że stoi tam baza wojskowa. Był szlaban i zatrzymano nas. Powiedzieli, że nie ma przejazdu. Nie wchodziliśmy w żadne potyczki słowne, tylko grzecznie zawróciliśmy.

Zjechaliśmy na dół i ustaliliśmy prostą zasadę: skręcamy w pierwszą drogę w lewo, która wygląda na w miarę przejezdną. Jedyną taką był single track. Pojechaliśmy.

Jechaliśmy nim kilka godzin, raz ja prowadziłem, raz Marcin. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się na dwa łyki wody i sprawdzenie na mapie, czy jedziemy chociaż w dobrym kierunku i czy jest szansa, że gdzieś się połączymy ze szlakiem. Czasem jechaliśmy korytem rzeki, czasem wzdłuż. Kiedy wjeżdżaliśmy w koryto, ścieżka się urywała i trzeba było szukać, czy pojawi się z powrotem na lewym albo prawym brzegu. Pojawiała się zawsze. Po drodze trafiliśmy też na dzikie wielbłądy, które chodziły sobie zupełnie swobodnie, tak jak u nas sarny.

Każdy z nas miał w sobie ducha przygody i byliśmy na takie rzeczy przygotowani. Przed zjazdem sprawdziliśmy tylko paliwo, a że zawsze tankowaliśmy razem i do pełna, każdy miał podobny zasięg. Założenie było proste: jedziemy po przygodę, dojedziemy tam, gdzie dojedziemy, i tam będzie droga.

Po prawie stu osiemdziesięciu kilometrach wyjechaliśmy na szlak i dotarliśmy do drogi RN17. Przez cały czas nie wiedzieliśmy, czy dojedziemy. To było jedno z najpiękniejszych przeżyć, jakie mam, i potwierdzenie myśli, którą mieliśmy w głowach w korycie rzeki.

Po dwóch i pół dnia byliśmy w Merzoudze, na skraju Sahary. Przed nami był piasek pustyni, więc zabraliśmy się za przegląd motocykli, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Chodziliśmy od motocykla do motocykla i z każdym kółkiem znajdowaliśmy coś nowego. Coś lata, coś ma luz, coś nie gra. W moim motocyklu pękło mocowanie rury wydechowej. U Roberta była dziura w chłodnicy i puściło mocowanie wieży, a w CF Mocie przedni błotnik prawie odpadł.

Kiedy zaczęliśmy zastanawiać się, skąd to wszystko, odpowiedź okazała się prosta. Dwa dni na patelniach, ze zbyt dużymi prędkościami, na nielekkich motocyklach. Wibracje i teren zrobiły swoje. Nikt nie miał pretensji, bo każdy jechał tak samo szybko.

W obsłudze i na odpoczynek spędziliśmy dwa dni w hotelu. Pomógł nam Cezar, Czarek, Polak, który prowadzi tam wypożyczalnię lekkich motocykli. Robert znał go z jakichś wcześniejszych rajdów i wyjazdów. Odpoczęliśmy, dobrze zjedliśmy i wypożyczyliśmy od Cezara cztery czterysta pięćdziesiątki.
Na nich wyjechaliśmy na wydmy Sahary. Jeździliśmy cały dzień, od śniadania, z przerwą koło trzynastej, bo kąt padania słońca był taki, że nie było cienia i wszystko się zlewało, przez co nie było widać gdzie kończy się jedna wydma a zaczyna druga. Dla bezpieczeństwa przerwa. Okazało się, że trzeba mieć niesamowitą kondycję. Motocykle są lekkie, a mimo to wypompowują ogromne ilości energii, a wody schodziło mnóstwo.

Wjazd na najwyższy szczyt pamiętam do dziś. Odkręcona manetka do samego końca, trzeci, czwarty bieg, dobre trzydzieści sekund pełnego gazu cały czas w stronę szczytu. A widok na górze – jak Merci – wyraża więcej niż 1000 słów. Zabawa była przednia i już wtedy wiedziałem, że to nie jest mój ostatni raz na wydmach.

Po dwóch pięknych dniach ruszyliśmy starym szlakiem rajdu Dakar. Piasek był bardzo drobny, jazda dosyć techniczna. Spaliśmy w Alnifie, w hotelu, i dojechaliśmy do dwóch wąwozów, Dades i Todra. Droga wspinała się coraz wyżej, a im wyżej, tym robiło się zimniej. Wiedzieliśmy, że w lutym w górach może być śnieg, więc nie wjechaliśmy wyżej niż 2600 metrów. Wiało i nie spędziliśmy tam zbyt dużo czasu, ale widoki były niesamowite, a zakręty przepiękne.

Zobaczyliśmy też Gara Medouar – obiekt który był planem filmowym dla Jamesa Bonda i Spectre, ale i starym Portugalskim więzieniem. Spaliśmy gdzieś w interiorze, na dziko, w miejscu przepięknym, ale w którym strasznie wiało. Rano piach był wszędzie, nawet w namiocie, choć wszystko pozamykaliśmy. Był tak drobny, że obudziliśmy się cali żółci.

Zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy się i ruszyliśmy dalej na północ, ale wiatr nie ustawał. Kiedy podeszliśmy do motocykli, szyby okazały się mleczne, plastiki matowe, jakby ktoś przetarł je papierem ściernym. Wszystkie były wypiaskowane.

Wyszło na to, że te dwieście kilometrów jechaliśmy w burzy piaskowej. Widoczność miała dziesięć, piętnaście metrów. Nie mogliśmy jechać szybciej niż trzydzieści, czterdzieści kilometrów na godzinę, a motocykl postawiony na nóżce bocznej po prostu się przewracał. Nikt z nas się nie odzywał. Jechaliśmy na długich światłach, co chwilę zerkając w lusterka, czy się widzimy. Piasek wpadał wszędzie, nawet pod gogle. Każdy miał niesamowity katar, który przypominał rzadki beton – piasku zmieszanego z wydzieliną z nosa. W oczach to samo – było po prostu tragicznie.

W pewnym momencie powiedzieliśmy sobie, że dziś na pewno nie śpimy w namiotach. W dużym mieście, do którego dotarliśmy, nie było hoteli. Po krótkich poszukiwaniach znaleźliśmy kemping pod miastem z domkami i tam nas przyjęto.

Okazało się, że to jedyne miejsce w okolicy, gdzie można było kupić alkohol – przypominam w Maroko jest prohibicja. Po całym dniu, kiedy piach był dosłownie wszędzie, mogliśmy się umyć, przespać i jeszcze napić zimnego piwa i wina. To było coś niesamowitego. Sam kemping też bardzo fajny, bo offroadowy. Bardzo dużo ekip rajdowych, czy to samochodami, czy motocyklami, zatrzymywało się tam i miało swoje bazy. Można było poczytać książki o historii rajdów i pooglądać albumy. Mega fajne miejsce, polecam – rekkamboudnib.com.

Kolejna noc to znowu w namiot. Liczyliśmy, że uda się trochę zjechać z gór, ale droga cały czas prowadziła pod górę. To była chyba najzimniejsza noc, jaką mieliśmy. Temperatura w okolicach zera, a może i poniżej. Zjedliśmy kolację – klasycznie Liofilizowane dania, każdy był zmęczony, więc od razu poszliśmy spać. Przed snem zdążyłem zobaczyć niebo. Nie było żadnego źródła światła na horyzoncie, więc nad nami świeciło milion gwiazd. Praktycznie każdy zasnął, jak tylko wszedł do namiotu.

Ja miałem śpiwór do minus jedenastu stopni i nie zmarzłem. Robert użył plastrów rozgrzewających. Marcin, który jest zahartowany, bo dużo jeździ, powiedział rano, że to była najzimniejsza noc w jego życiu, i w nocy musiał się dogrzewać kuchenką.

Cała wyprawa była taka skrajna. W ciągu dnia potrafiło być trzydzieści osiem stopni w cieniu, a w nocy zero. Było płasko, górzyście, kamieniście i piaszczyście. Mieliśmy też szczęście, że nie padał deszcz, bo wszystko zmieniłoby się wtedy w błoto.

Na jednym z podjazdów w motocyklu Norberta nagle spadło ładowanie. Później nie odpalał. Po powrocie do domu okazało się, że to problem z ładowaniem i akumulatorem. Wtedy udało nam się dojechać razem do miasta, i tam trzeba było zdecydować, co dalej.

Mieliśmy dwie możliwości: wezwać assistance albo próbować sobie poradzić. Norbert, nie chcąc psuć wyjazdu, powiedział, że dojedzie do portu sam. Zostało mu niewiele kilometrów i miał jeszcze trzy dni. Uzbroiliśmy go w duży akumulator samochodowy, który pozwolił mu bez problemu dojechać, i już tylko asfaltem ruszył do portu. Meldował się nam cały czas, gdzie jest i jak mu idzie.

Mieliśmy wyrzuty sumienia, ale to była jego decyzja. Jest dorosły, jest ratownikiem, wiedział, co robi. Dojechał przed nami.

My jechaliśmy dalej po przeróżnych podjazdach, w przepięknych górach. Ostatnie około czterystu, pięciuset kilometrów rozłożyło się nam na dwa dni.

Po drodze spotykaliśmy ludzi. Dzieci pasterzy. W miejscach, w których się zatrzymywaliśmy, zawsze trafiała się kawa albo herbata, słodka. Byliśmy po prostu przyjaźnie nastawieni, nie robiliśmy zbyt wielu zdjęć, a ludzie chętnie się z nami fotografowali.

Ostatniego dnia jeden z miejscowych zaprosił nas do siebie na herbatę. Porozmawialiśmy chwilę. Wytłumaczył, jakie są rodzaje herbaty, z jakich liści robione i dlaczego są dwa typy, w zależności od tego, co akurat jest dostępne. Wymieniliśmy się kontaktami. Powiedział też, co warto zobaczyć, i doradził, gdzie najlepiej pojeździć po plaży, bo chcieliśmy zobaczyć morze.

W jednym z miast podszedł do nas młody chłopak i zapytał, czy może zadać kilka pytań. Studiował i całkiem nieźle mówił po angielsku. Pytał, gdzie jedziemy i co robimy, a my pytaliśmy, czego się uczy i jak wygląda jego życie. Rozmowa była bardzo szczera, bez pośpiechu. Wymieniliśmy się kontaktami i do tej pory pisze, pyta, co u nas słychać, opowiada, jak u nich wygląda obecna sytuacja, i wysyła zdjęcia.

Jak jechaliśmy?

Unikaliśmy asfaltów, ale nie za wszelką cenę. Co drugi dzień zjeżdżaliśmy do miasta po wodę pitną i paliwo, a potem znowu przez dwa dni jechaliśmy totalnym offroadem. Spaliśmy na dziko w miejscach, gdzie nie było żywej duszy, omijając uprawy i wsie, w największych dziurach, jakie się dało znaleźć, żeby nikogo nie niepokoić. Śmieci zabieraliśmy ze sobą i wyrzucaliśmy tam, gdzie można było. Ogniska były małe, z suchych gałązek. Kiedy zatrzymała nas policja albo wojsko, zachowywaliśmy się grzecznie i robiliśmy, o co nas proszono. Ślad GPX z całej wyprawy dołączam do zgłoszenia.

Wszystko razem zajęło nam jedenaście dni netto. Dwa kolejne poszły na transport morski i samoloty. Po powrocie promem do Hiszpanii resztę dnia przed lotem spędziliśmy na plaży, jeszcze trochę słońca i odpoczynku, i zjedliśmy ostatnią kolację. W samolocie nikt już nie liczył, co się popsuło i co trzeba zmienić. Każdy z nas myślał tylko, że to był dobry wyjazd, i że gdybyśmy mieli trzy, cztery dni więcej, moglibyśmy pojechać jeszcze dalej. Zaczęliśmy planować kolejne wyjazdy.

Wyprawa wyszła dosyć budżetowo. Wszystko razem, czyli bilety lotnicze, transport motocykla w obie strony, promy, paliwo, jedzenie i wypożyczenie motocykli na wydmach, zamknęło się u każdego z nas w sześciu tysiącach złotych.

Czego się nauczyłem?

Każdy z nas jechał na innych oponach, innym motocyklu, innym settingu zawieszenia, z innym bagażem i doświadczeniem, a mimo to każdy dojechał. Wniosek z tego jest dla mnie prosty: sprzęt nie ma aż takiego znaczenia. Ważniejsze, żeby po prostu zacząć jechać. Wszystko, co zrobiłem, powinienem był zrobić znacznie wcześniej, bez czekania, bez dokupowania nie wiadomo czego.

Pamiętam, że na początku nie wierzyłem w to, co się dzieje. Nawet po wylądowaniu w Hiszpanii jeszcze do mnie nie docierało, że naprawdę tam jadę. Dopiero kiedy ruszyliśmy i przejechaliśmy przez pierwsze góry Maroka, kiedy zaczął się pojawiać krajobraz po horyzont, zaczęło to do mnie docierać. Miałem trzydzieści pięć lat, czekałem na to znacznie dłużej, niż zakładałem. Jadąc przez to pustkowie, z kamiennymi patelniami aż po horyzont, czułem, że naprawdę żyję.

Wyprawę nagrałem telefonem i starszą kamerą GoPro. To mój pierwszy film, trwa około godziny i nie jest wielką produkcją. Widzę w nim wszystkie błędy, które zrobiłem, i dlatego następnym razem chcę nagrać więcej i lepszym sprzętem. Film można obejrzeć tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=AnRyB3ijPOk