Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby
Radek, Wrocław. Na co dzień buduję domy, choć sam od lat mieszkam na wynajmie, bo nie lubię się wiązać. Wierzę, że podróżowanie to najlepszy sposób na spędzanie życia. Wprowadzam to w czyn. Z mojej podróży, samotnie przez całą Afrykę na KTM 690, powstała książka „Afryka i aberracje”.
Kilka danych o wyprawie
Kategoria zgłoszeania: Długa Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 161
Ilość kilometrów: 25000
Ilość uczestników: 1
Ilość krajów: 15
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: KTM690 Enduro R 2023
Rok wyprawy: 2024
Kanał Youtube: https://www.youtube.com/@RadosławŁapeta
Instagram: https://www.instagram.com/radoslawlapeta/
Facebook: https://www.facebook.com/profile.php?id=100068390809950
Blog:
Pełen opis
Nie wiedziałem gdzie jestem. Nade mną jakieś przestraszone twarze, za nimi wzgórza i zachodzące słońce. Mówią że jestem w Maroku. Nie rozumiem co ja tu robię i czemu jestem sam. Ostatnie co pamiętam to przeszkoda której nie zauważyłem na czas i próba podrzucenia przedniego koła. Jak leciałem w powietrzu to przeszły mi przez głowę dwie myśli – że kocham Nicole i że to nie są żarty.
Kask miał zdarty z tyłu spory kawał skorupy. Bez niego raczej bym tego nie pisał. Przez jakieś dwie godziny po wypadku myślałem czy to już koniec podróży. Nie był. Kilka miesięcy później stałem na Przylądku Dobrej Nadziei.
Krótko o wyprawie: solo, KTM 690 Enduro z 2023, prawie nowy, miał 4500 km na liczniku. Około 25 tys. km zygzakiem przez 15 krajów zachodniej i południowej Afryki, a najkrótszą drogą dało by się w 14. Bez organizatora i bez supportu, po trackach dawnych rajdów Paryż-Dakar, odcinkach Trans Morocco Trail, trasach które szyłem na bieżąco po szutrach i po zwykłych drogach. Z tej podróży powstała książka „Afryka i aberracje” (wyd. I 2026, ISBN 978-83-980425-0-5), zdjęcia w niej są wszystkie moje.
Afrykę wybrałem dwa tygodnie przed wyjazdem, bo prognozy pogody. Dałem sobie pięć miesięcy. To miało być ukoronowanie mojego pierwszego skończonego projektu deweloperskiego we Wrocławiu. Wyjechałem końcem października 2024, słabo przygotowany, z o wiele za ciężkim bagażem i bez konkretnego planu. Najpierw chciałem do Dakaru, potem do Freetown, a skończyło się na tym że przejechałem cały kontynent.
Bałem się. Szczególnie na początku. Pierwsza noc w namiocie na pustyni, księżyc tak jasny że widać kamienie na kilometry w każdą stronę. Pięknie i trochę strasznie. W namiocie jak śpisz to jesteś bezbronny i wyobraźnia robi swoje. Parę dni później jestem w korycie wyschniętej rzeki, 42 stopnie, silnik co chwile gaśnie, nikogo w promieniu kilkudziesięciu kilometrów i pierwszy raz myślę że tym razem przesadziłem. Przejechałem.
Z tym strachem to jest tak, że on sam nie odchodzi. W Dakarze specjalnie chodziłem po najgorszych zakamarkach tak długo aż przestało mnie to ruszać. Gdzie jest twój strach, tam masz coś do zrobienia.
Po wypadku coś mi się w głowie poukładało. Przestałem się spieszyć i przestałem walczyć z motocyklem. Ten KTM to jest narowisty koń, szarpie, nie wybacza błędów, ale stał się moim domem. Tłumik urwany w wypadku wiązałem sznurkiem od namiotu i drutem znalezionym na drodze, potem dwa razy spawałem. Rano trochę się cieszyłem a trochę bałem co będzie, wieczorem byłem wdzięczny bo znowu wydarzyło się coś czego rano bym nie wymyślił.
Kolega miał do mnie dołączyć w Mauretanii. Siódmego dnia napisał że jednak nie jedzie. Najpierw szok, potem ulga, bo znowu wszystko było na moich warunkach. Gadałem z wielbłądami, z Bogiem jakkolwiek go nazwać i z samym sobą. Dwa razy w tygodniu przez całą podróż miałem sesje z terapeutą – z namiotu, z przydrożnych hoteli, z pustyni. Ta wyprawa była tak samo w głąb siebie jak przez Afrykę.
W wioskach zawsze to samo. Najpierw przybiegają dzieci, potem młodzież, potem wszyscy. Starszy zaczyna rozmowę, ktoś tłumaczy. Czułem się jak gwiazda, a za chwilę jak chodzący worek z pieniędzmi, bo płaciłem cztery razy tyle co miejscowi. Nauczyłem się złości i tupetu. A potem w Kongu leżę drugi raz tego dnia w piachu z motocyklem, a kobiety rzucają robotę w polu i biegną mnie ratować. Ludzie wskakiwali mi na siedzenie pasażera, żeby pokazać drogę której nie umieli wytłumaczyć. Kierowcy tirów wpuścili mnie przed burzą do swojej hali, „wjedź od tyłu”. Afryka.
Były też momenty kiedy miałem dosyć. Po dwóch miesiącach siedzę pod skałą w Gwinei i liczę, że mam za sobą jedną trzecią i nawet równika jeszcze nie przekroczyłem. W Ghanie, Togo i Beninie zmęczenie czułem już w kościach, nic mi się nie podobało. Na Mount Cameroon, mój pierwszy czterotysięcznik, szedłem najwolniej z całej grupy i byłem na siebie wściekły że nie wszedłem pierwszy, chociaż nikt się nie ścigał. Namibia miała być nagrodą na koniec a rozpadła się w porze deszczowej. Do Windhuku dojechałem półprzytomny z infekcją nerek i zatruciem.
Ale są chwile dla których się jedzie. Do Dakaru wjeżdżałem plażą, po ubitym piachu przy samych falach, 80-120 km/h, przede mną zrywają się stada ptaków. Jedno z najlepszych doświadczeń motocyklowych w moim życiu. W Senegalu ktoś mi powiedział „Senegal is happiness” i to mi zostało. W Opuwo w poniedziałek wieczorem ludzie tańczyli przy dystrybutorach na stacji. Trzeźwi. Po prostu szczęśliwi.
Cape Point. Siedzę na tarasie, kawa słaba, dookoła z siedemdziesiąt osób robi sobie zdjęcia z tablicą. Przejechałem całą Afrykę. Koniec. Niczego nie świętuję, jestem zły. Kto świętuje na pogrzebie? Chcę z powrotem do bud bez prądu, do knajp które z zewnątrz wyglądają jak śmietnik a jedzenie mają najlepsze, do kubła z wodą zamiast prysznica, do namiotu rozbitego na łóżku przez robactwo, do gwiazd nad pustynią. Podróż to droga, a nie dojechanie.
Wróciłem do Polski, do firmy, do życia w którym łatwo się schować przed światem. Ale trochę jednak wyściubiłem nos.
Dokumentacja:
– książka „Afryka i aberracje” (wyd. I 2026, ISBN 978-83-980425-0-5), 40 rozdziałów,



