Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby
Na co dzień jestem drobnym przedsiębiorcą ale gdy tylko nadarza się okazja, zamieniam codzienne obowiązki na dwa koła i ruszam przed siebie by zmienić biuro Uwielbiam odkrywać nowe miejsca, poznawać ludzi i doświadczać świata na własnych zasadach, najlepiej z dala od utartych szlaków. Cenię wolność, spontaniczność i przygody, które nie zawsze idą zgodnie z planem. Najbardziej uwielbiam moment kiedy zamykasz wizjer, wrzucasz pierwszy bieg, świat nagle cichnie, a wszystkie problemy po prostu przestają być najważniejsze.
Kilka danych o wyprawie
Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 7
Ilość kilometrów: 3600
Ilość uczestników: 2
Ilość krajów: 7
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: BMW R1300GS
Rok wyprawy: 2026
Kanał Youtube: https://www.youtube.com/@antinomad_pl
Instagram: https://www.instagram.com/antinomad_pl/
Facebook: https://www.facebook.com/profile.php?id=61594638550936
Blog:
Pełen opis
Miały być Dolomity, ale pogoda zdecydowała inaczej.
Padło na Bośnię i Hercegowinę.
Miało być pięknie… i było! Choć 38-stopniowe upały, pożary, drogi prowadzące donikąd i moja pierwsza motocyklowa gleba zadbały o to, żeby nie było zbyt nudno.
Ale zacznijmy od początku.
Plan był prosty. Kilka dni wolnego, zatankowany motocykl, spakowane kufry i kierunek: włoskie Dolomity. Górskie przełęcze, serpentyny, zapierające dech w piersiach widoki i wszystko to, za co kocham podróżowanie na dwóch kołach. Brzmiało idealnie. Do momentu, w którym postanowiłem sprawdzić prognozę pogody.
Deszcz. Deszcz. I dla odmiany… jeszcze trochę ulewy !
Nie po to człowiek bierze urlop, żeby przez kilka dni testować wodoodporność odzieży motocyklowej. Trzeba było wymyślić plan B.
Na dzień rzed wyjazdem wybór padł na Bośnię i Hercegowinę. Kraj, o którym wiedziałem zdecydowanie mniej niż o włoskich Alpach. Bez wielkich oczekiwań, za to z ogromną ciekawością postanowiłem, że to będzie początek pięknej przygody !
Bo czasami najlepsze wyprawy zaczynają się wtedy, kiedy pierwotny plan bierze w łeb.
Wyruszyliśmy z Polski w kierunku Bałkanów. Przed nami było kilka tysięcy kilometrów, kilka dni jazdy i kraj, który miał się okazać znacznie bardziej różnorodny, niż przypuszczałem.
Już pierwsze kilometry po przekroczeniu granicy Bośni pokazały, że trafiliśmy w miejsce, które rządzi się własnymi prawami.
Drogi potrafiły zmieniać charakter niemal z zakrętu na zakręt. Raz szeroki, przyjemny asfalt wijący się pomiędzy górami, za chwilę wąska droga, na której zaczynasz się zastanawiać, czy nawigacja rzeczywiście wie, dokąd cię prowadzi.
A potem kolejny zakręt i widok, dla którego warto było przejechać setki kilometrów.
Góry, głębokie doliny, rzeki o niemal nierealnym kolorze i niewielkie miejscowości, w których życie zdawało się płynąć zupełnie innym rytmem.
Nie było tu alpejskiej perfekcji. Nie było idealnie wypielęgnowanych miasteczek i infrastruktury przygotowanej pod turystów.
Było za to coś, co pamiętam ze swojego dzieciństwa – czas płynący jakby wolniej, mniej zasad i ogromna życzliwośc ludzi na każdym kroku, taka nasza stara Polska !
W Bośni deszcz nie stanowił większego problemu. Za to temperatura postanowiła sprawdzić, jak bardzo człowiek potrafi kochać jazdę motocyklem.
38 stopni Celsjusza w cieniu.
A cienia, jak na złość, nie zawsze było pod dostatkiem.
Rozgrzany asfalt, gorące powietrze wpadające przez wentylację kurtki i słońce, które najwyraźniej postanowiło nadrobić wszystkie deszczowe dni zaplanowane wcześniej we Włoszech.
W takich warunkach nawet zwykły postój na stacji benzynowej zaczyna smakować jak luksusowy wypoczynek.
Ale to, co początkowo wydawało się największym wyzwaniem tej wyprawy, wkrótce miało zejść na dalszy plan.
Bośnia pokazała nam również swoje znacznie bardziej niebezpieczne oblicze.Pożary.
Nie te oglądane w wiadomościach, gdzie wszystko dzieje się gdzieś daleko, ale takie, których skutki widzisz bezpośrednio przed sobą.
Wypalone zbocza, czarne połacie ziemi, dym unoszący się nad górami i charakterystyczny zapach spalenizny.
Miejscami krajobraz wyglądał tak, jakby ktoś przeciągnął po nim gigantycznym palnikiem.
Pamiętam moment, w którym jechaliśmy przez okolice dotknięte pożarami. Temperatura była już wystarczająco męcząca, ale widok spalonych terenów i unoszącego się dymu sprawiał, że człowiek zaczynał patrzeć na otoczenie zupełnie inaczej.
Jeszcze chwilę wcześniej narzekałem na upał a teraz 38 stopni przestało być największym problemem.
To jeden z tych momentów, kiedy motocyklowa wyprawa przestaje być wyłącznie przyjemnością z jazdy. Zaczynasz dostrzegać, jak niewiele potrzeba, żeby piękny krajobraz zmienił się w miejsce, w którym natura pokazuje swoją siłę.
Jednym z miejsc, które szczególnie chciałem zobaczyć, był Mostar. Miasto słynące ze Starego Mostu, ale kryjące znacznie więcej niż tylko pocztówkowe widoki nad Neretwą.
Wąskie, kamienne uliczki, orientalna architektura, gwar turystów i niezwykła mieszanka kultur oraz religii. A pomiędzy tym wszystkim ślady trudnej historii, która do dziś przypomina o burzliwej przeszłości tego regionu.
Nie będę ukrywał — zabytki i miasta to jedno, ale na wyprawy motocyklowe jeżdżę przede wszystkim po to, żeby jeździć.
A Bośnia pod tym względem okazała się prawdziwą niespodzianką!
Długie serpentyny, zapierające dech w piersiach widoki i drogi wijące się pomiędzy górami. Innym razem wąskie, nierówne odcinki prowadzące przez niemal bezludne tereny.
Bywały też miejsca, w których zastanawiałem się, kto wpadł na pomysł położenia tak dosknałego asfaltu dosłownie pośrodku niczego.
Ale nie zamierzałem narzekać!
Bo właśnie takie drogi lubię najbardziej. Bez tłumów, bez pośpiechu. Tylko motocykl, zakręty i krajobraz, który nieustannie się zmienia.
No dobra… stało się. Pierwsza gleba a raczej paciak !
Na szczęście przy niewielkiej prędkości, około 10 km/h, więc obyło się bez poważniejszych konsekwencji. Ucierpiał jedynie kufer, który wrócił z Bośni z dodatkową pamiątką — wgnieceniem i kilkoma rysami.
Podobno motocykle adventure najlepiej wyglądają ze śladami przygód. Nie jestem tylko przekonany, czy musiałem sprawdzać tę teorię osobiście. 😁
Bośnia to nie tylko krajobrazy
Gdy wspominam tę wyprawę, przed oczami mam góry, serpentyny, upał i pożary. Ale największe wrażenie pozostawił na mnie charakter samej Bośni.
Kraj pełen kontrastów, w którym przenikają się różne kultury, religie i tradycje. Miejscami surowy, nieprzewidywalny, ale niezwykle autentyczny.
Do tego ludzie — ich otwartość, życzliwość i gościnność i Rakija !
Po 7 dniach i około 3600 kilometrach wróciliśmy do Polski. Zmęczeni, solidnie przegrzani, z motocyklami pokrytymi kurzem i głowami pełnymi wspomnień.
Nie zobaczyliśmy Dolomitów. Nie przejechaliśmy zaplanowanych alpejskich przełęczy. W zasadzie cały pierwotny plan wziął w łeb.
A mimo to nie zamieniłbym tej wyprawy na żadną inną.
Bo Bośnia dała nam coś, czego nie da się zaplanować w nawigacji.
Prawdziwą przygodę.
Taką, która zachwyca, zaskakuje, czasami wystawia cierpliwość na próbę, a innym razem każe podnieść z ziemi ponad 250-kilogramowy motocykl i zastanowić się nad swoimi życiowymi decyzjami. 😁
I chyba właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Nie o idealnie zrealizowaną trasę czy kolejne punkty odhaczone na mapie, ale o emocje, miejsca i historie, które zostają z nami na długo.
Miało być pięknie… i było!
A jeśli droga ekip ADV chcecie zobaczyć, jak wyglądało to naprawdę to całą wyprawę uwieczniłem na filmie na moim kanale YouTube Antinomad.
Niektórych rzeczy po prostu nie da się opowiedzieć. Trzeba je zobaczyć.



