Szukaj
Moto Croatia (Małgorzata Witkowska-Strzęp)

Moto Croatia (Małgorzata Witkowska-Strzęp)

konkurs zgloszenie

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Jestem motocyklistką z Podhala – góralką z krwi i kości, która kocha wolność, adrenalinę i dalekie drogi. Na co dzień gram na skrzypcach, śpiewam i tańczę w zespole góralskim, a gdy nie siedzę na motocyklu, chętnie odbijam piłkę na siatkarskim boisku albo wyruszam na górskie szlaki. Lubię łączyć tradycję z przygodą i wierzę, że najpiękniejsze historie zaczynają się wtedy, gdy po prostu rusza się przed siebie.

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 7
Ilość kilometrów: 3000
Ilość uczestników: 4
Ilość krajów: 5
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: Honda NC700X
Rok wyprawy: 2024
Kanał Youtube:
Instagram:
Facebook:
Blog:

Pełen opis

Noc, w której prawie umarłam w Chorwacji

Są takie wyjazdy, które planujesz miesiącami. Sprawdzasz trasę, rezerwujesz noclegi, pakujesz walizki, robisz listę rzeczy, których absolutnie nie możesz zapomnieć. A potem są takie wyjazdy, na których człowiek jedzie motocyklem do Chorwacji, nie zabiera ze sobą nawet bluzy i kończy noc na plaży.

Nasza wycieczka należała zdecydowanie do tej drugiej kategorii.

Do Chorwacji pojechaliśmy motocyklami. Bazą wypadową został Omiš – idealne miejsce, żeby mieć względnie blisko zarówno na północ, jak i na południe. Plan był prosty i bardzo przyjemny: w dzień plażowanie, później jakieś dobre jedzenie, a wieczorem motocykle i jazda przed siebie.

Nie mieliśmy wielkich planów. Chcieliśmy po prostu odpocząć, pojeździć, nacieszyć się słońcem i chorwackimi widokami.

Aż któregoś dnia pojawił się pomysł:

– Jedziemy do Dubrownika?

Pomysł oczywiście został przyjęty z entuzjazmem. Dubrownik był oddalony od nas o jakieś 150–200 kilometrów, więc uznaliśmy, że to przecież nic wielkiego. Wsiadamy na motocykle, jedziemy, zwiedzamy i wracamy.

I tutaj popełniliśmy pierwszy, bardzo poważny błąd.

Nie zabraliśmy ze sobą absolutnie nic.

Żadnych plecaków. Żadnych bluz. Żadnych koców. Żadnych ręczników. Żadnego planu awaryjnego.

Nic.

Wydawało nam się, że przecież zaraz wrócimy.

Dubrownik, szybka przejażdżka, trochę zwiedzania i z powrotem do Omiša.

Jak bardzo byliśmy wtedy naiwni, mieliśmy się przekonać dopiero kilka godzin później.

Do Dubrownika dotarliśmy późno. I właśnie wtedy pojawił się drugi problem.

Byliśmy strasznie głodni.

Zaczęliśmy szukać miejsca, w którym można coś zjeść. Niby nic trudnego – jesteśmy w dużym, turystycznym mieście. Restauracji powinno być mnóstwo.

Tyle że była około jedenastej w nocy.

I wszystko było zamknięte.

Jeździliśmy po mieście, zaglądaliśmy w kolejne uliczki, wypatrywaliśmy jakiegokolwiek światła, szyldu, czegokolwiek, co sugerowałoby, że ktoś jeszcze nas nakarmi.

Minęło pierwsze dziesięć minut.

Potem dwadzieścia.

Potem pół godziny.

W końcu zaczęliśmy się zastanawiać, czy przypadkiem nie przyjdzie nam umrzeć z głodu w Dubrowniku.

Na szczęście, po około godzinie poszukiwań, stał się cud.

Znaleźliśmy kebaba.

Nigdy wcześniej kebab nie smakował mi tak dobrze.

Prawdopodobnie był to najlepszy kebab w całej Chorwacji. A może po prostu byliśmy tak głodni, że nawet karton po pizzy wydawałby nam się wtedy wykwintną kolacją.

Najedzeni poczuliśmy przypływ optymizmu.

I wtedy padło kolejne genialne pytanie:

– A może jednak nie wracamy?

Spojrzeliśmy na siebie.

Była noc. Do Omiša daleko. Byliśmy zmęczeni.

A przede wszystkim – byliśmy na motocyklach.

Wtedy narodził się pomysł, który z perspektywy czasu uważam za jeden z najgorszych, ale jednocześnie jeden z najlepszych pomysłów naszego wyjazdu.

Śpimy na plaży.

Brzmiało idealnie.

Chorwacja. Morze. Noc. Gwiazdy. Szum fal.

Romantycznie.

Tylko że mieliśmy jeden mały problem.

Musieliśmy znaleźć plażę, na której:

po pierwsze – można byłoby się położyć,

po drugie – nikt nas nie wyrzuci,

a po trzecie – nasze motocykle będą bezpieczne i będziemy je mieli na oku.

Zaczęliśmy więc kolejną nocną wyprawę.

Tym razem w poszukiwaniu plaży.

I znowu minęła mniej więcej godzina.

Krążyliśmy po Dubrowniku, szukając odpowiedniego miejsca. Im bardziej byliśmy zmęczeni, tym bardziej absurdalna wydawała nam się cała sytuacja.

Mieliśmy motocykle, ale nie mieliśmy noclegu.

Mieliśmy pieniądze, ale nie mieliśmy już siły szukać hotelu.

Mieliśmy morze pod nosem, ale nie mieliśmy nawet koca.

W końcu znaleźliśmy plażę.

I była naprawdę świetna.

Motocykle mogliśmy zostawić w miejscu, gdzie mieliśmy je na oku. Było gdzie się położyć. Morze było tuż obok.

Byliśmy zachwyceni.

Do momentu, kiedy pojawił się ochroniarz.

I zdecydowanie nie wyglądał na człowieka, który podzielał nasz entuzjazm.

Zaczął na nas krzyczeć, że nie możemy tutaj zostać.

Próbowaliśmy się tłumaczyć, ale sytuacja wyglądała coraz gorzej.

I wtedy postanowiłam postawić na najbardziej dramatyczną wersję prawdy.

Powiedziałam mu, że jesteśmy z Polski.

Że przyjechaliśmy motocyklami.

Że nie mamy gdzie spać.

I że bardzo prosimy, żeby pozwolił nam zostać tylko do rana.

Obiecałam, że rano wcześnie wstaniemy i odjedziemy.

Nie wiem, czy zadziałał mój polski akcent, zmęczenie na mojej twarzy, czy po prostu ochroniarz miał dobre serce.

Ale…

zgodził się.

Co więcej, pokazał nam miejsce, w którym możemy się położyć.

Byliśmy uratowani.

Na plaży znajdowały się drewniane leżaki. Takie trochę większe, trochę bardziej przypominające łóżka niż zwykłe leżaki.

Nie były szczególnie wygodne.

Ale po całej nocy jazdy, po godzinie poszukiwania jedzenia i kolejnej godzinie szukania plaży, wydawały nam się wręcz luksusowymi łóżkami.

Rozłożyliśmy się.
Oczywiście, zanim zasnęliśmy, zadbaliśmy jeszcze o jeden bardzo ważny element naszego noclegu.

Skoro już mieliśmy spać na plaży, bez koców, bez bluz i właściwie bez żadnego przygotowania, uznaliśmy, że trzeba się jakoś rozgrzać.

Kupiliśmy więc butelkę wina.

Oczywiście wszystko z umiarem, bo byliśmy przecież motocyklistami i doskonale wiedzieliśmy, że rano czeka nas dalsza jazda. Wino miało być jedynie małym dodatkiem do naszego improwizowanego noclegu – takim chorwackim sposobem na lepsze spanko.

I rzeczywiście – przez jakiś czas działało.

Winko przyjemnie rozgrzewało nas od środka, więc leżeliśmy sobie na tych drewnianych leżakach, patrzyliśmy w nocne niebo i byliśmy przekonani, że jakoś przetrwamy tę noc.

Tyle że noc miała swoje plany.

Im bliżej było poranka, tym wyraźniej czuliśmy, że temperatura spada.

W pewnym momencie było już wiadomo, że wino przestało działać.

Nadszedł ziomb.

I to taki prawdziwy.

I właśnie wtedy wydarzyło się coś, czego do dziś nie zapomnę.

Otworzyłam oczy.

Pierwsze, co zobaczyłam, to błękitne niebo.

I białą płachtę leżącą na mnie.

Przez kilka sekund kompletnie nie wiedziałam, gdzie jestem.

Nie wiedziałam, co się stało.

Nie wiedziałam, dlaczego jestem przykryta czymś białym.

I wtedy pomyślałam:

„O Boże. Umarłam.”

Naprawdę.

W pierwszej chwili byłam przekonana, że coś wydarzyło się w nocy. Że może zasnęliśmy i stało się coś strasznego. Że właśnie obudziłam się… gdzieś po drugiej stronie.

Leżałam pod tą białą płachtą, patrzyłam w to błękitne oczy i próbowałam zrozumieć, co się właściwie dzieje.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, że jednak żyję!

A biała płachta?

Nie była żadnym całunem.

Nie był to też znak z zaświatów.

Okazało się, że w nocy zrobiło się tak zimno, że mój kolega, który spał kawałek dalej, postanowił nas ratować.

Poszedł i ściągnął materiał z parasola – (to był jedyny pomysł który przyszedł mu do głowy na tamten czas) i poprzykrywał nas nim, żebyśmy nie zmarzli z zimna.

Czyli zamiast umrzeć…

zostałam po prostu przykryta kawałkiem parasola.

Nigdy wcześniej nie cieszyłam się tak bardzo, że jednak żyję.

Rozejrzałam się.

Morze nadal było na swoim miejscu.

Plaża nadal była na swoim miejscu.

Motocykle też.

My również.

I wtedy wszyscy zaczęliśmy się śmiać.

Bo kiedy człowiek spojrzy na tę sytuację z dystansu, była kompletnie absurdalna.

Przyjechaliśmy do Chorwacji motocyklami.

Nie zabraliśmy ze sobą niczego.

Pojechaliśmy kilkaset kilometrów od miejsca noclegu.

Przez godzinę szukaliśmy jedzenia.

Znaleźliśmy kebaba.

Przez kolejną godzinę szukaliśmy plaży.

Dostaliśmy pozwolenie na spanie od ochroniarza.

Spaliśmy w trójkę na jednym drewnianym leżaku.

A na koniec zostaliśmy przykryci kawałkiem parasola, żeby nie zamarznąć.

I właśnie wtedy pomyślałam, że chyba na tym polegają najlepsze podróże.

Nie na tym, żeby wszystko było idealnie zaplanowane.

Nie na tym, żeby każdy nocleg był zarezerwowany, każdy posiłek zaplanowany, a w bagażu znajdowało się wszystko, czego można potrzebować.

Najlepsze historie zaczynają się często wtedy, kiedy plan przestaje działać.

Bo przecież mogliśmy wrócić do Omiša.

Mogliśmy znaleźć hotel.

Mogliśmy zabrać ze sobą koce, bluzy i cały plecak rzeczy, które „mogą się przydać”.

Mogliśmy zrobić wszystko rozsądnie.

Tylko wtedy nie mielibyśmy historii o tym, jak pojechaliśmy do Dubrownika bez niczego, znaleźliśmy kebaba o jedenastej w nocy, spaliśmy na plaży dzięki łaskawości ochroniarza i obudziliśmy się pod kawałkiem parasola.

A ja nie mogłabym dzisiaj powiedzieć z pełnym przekonaniem:

„Pewnego razu w Chorwacji obudziłam się i przez pierwsze kilka sekund byłam pewna, że umarłam.”

Na szczęście nie umarłam.

Wstałam.

Otrzepałam się.

Wsiadłam na motocykl.

I pojechaliśmy dalej.

Bo przecież Chorwacja sama się nie zwiedzi.