Szukaj
KLE: Bohater Dnia Codziennego (Tycjan Bielecki)

KLE: Bohater Dnia Codziennego (Tycjan Bielecki)

konkurs zgloszenie

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Zazwyczaj zjeżdżam z asfaltu moją Ténéré 700, uciekając przed jesienną chandrą i wielkomiejskim szumem w poszukiwaniu miejsc, w których czas płynie trochę wolniej. Tym razem wziąłem na warsztat nowe Kawasaki KLE 500, żeby sprawdzić, czy lekka maszyna potrafi w kilka godzin wyczyścić głowę ze stresu i rachunków za ogrzewanie. Przeczytajcie moją historię o kabanosach zjedzonych na starym przystanku, gubieniu się w mazowieckich szutrach i motocyklu, który tego dnia był dokładnie tym, czego potrzebowałem.

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: KLE Experience
Ilość dni: 1
Ilość kilometrów: 250
Ilość uczestników: 1
Ilość krajów: 1
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: Kawasaki KLE 500
Rok wyprawy: 2026
Kanał Youtube:
Instagram: https://www.instagram.com/reel/DeH7IlQxlpt/?stkn=MXgxam9wMnF0MW5saA==
Facebook: https://www.facebook.com/share/v/1Cttd3cWzS/?mibextid=wwXIfr
Blog:

Pełen opis

Miałem wolną sobotę, kilka godzin i kluczyki do nowego Kawasaki KLE 500, odebranego w salonie Kawasaki Warszawa. Jak na ten czas w moim życiu to było więcej niż spełnienie marzeń.
Lato skończyło się nagle. We wrześniu zrobiło się zimno i zamiast złotej jesieni sąsiedzi kłócili się, czy lepiej marznąć, czy włączyć ogrzewanie i popłakać za miesiąc nad rachunkami. Wtedy dotarło do mnie, że wakacje przeszły obok mnie. W robocie szaleństwo, dookoła też, a motocykl więcej stał, niż jeździł. Zaćmienie słońca widziałem tylko na zdjęciach w internecie. Następne za 50 lat, więc mogę nie zdążyć.
Na początku października pogoda się opamiętała. W słuchawkach leciały na zmianę „Summer’s Almost Gone” The Doors i „Wake Me Up When September Ends” Green Day, a za oknem było 24–25 stopni. Nie „ciepło jak na październik”, tylko normalnie ciepło. Na dłuższy wyjazd nie było szans, bo w pracy robiło się coraz gorzej. Na szczęście są jeszcze weekendy.
W sobotę rano sprawdziłem prognozę, zrobiłem na szybko track GPX z pętlą lokalnymi drogami po okolicy: Warszawa- Konstancin- zamek w Czersku-przez Wisłę w okolicach Maciejowic- piękne, legalne leśne trasy w okolicach Łaskarzewa i ekspresówką w stronę domu. Plan był na trzy godziny.
KLE jest stworzony do takich wypadów. Wygodne siodło, bardzo dobre zawieszenie, wysoka pozycja w sam raz na moje niemałe gabaryty i zaskakująco fajny dźwięk jak na tę pojemność. Przyspieszenie nie zagraża sercu, a kiedy skręcasz z asfaltu w polną drogę, nie liczysz w głowie, ile kosztuje motocykl. Lubię duże ADV, ale do szwendania się bez celu KLE pasuje lepiej. Zakładasz zwykłe ciuchy, rzucasz torbę na tył i jedziesz bez spiny. Po kilku kilometrach przestajesz o nim myśleć, bo jedzie trochę sam.

Moja okolica nie jest instagramowa. Stare miasto, osiedla z socjalizmu i nowe, szokująco drogie „apartamenty”, wciskane wszędzie tam, gdzie da się jeszcze wycisnąć trochę PUM. Dalej mniejsze miejscowości, asfalt daleki od ideału, brzydkie sklepy spożywcze robiące za lokalne centrum społeczno-kulturalne, ślady bitew i kościoły przytłaczające chałupy dookoła. Pan patrzy i ocenia.

Jechałem niespiesznie między sadami. Potem asfalt przeszedł w szuter i tam KLE miał jeszcze więcej sensu. Jest na tyle lekki, że przed skrętem w nieznaną drogę nie zastanawiałem się, czy będzie gdzie zawrócić. Teren nie był trudny i nie będę z lokalnej szutrówki robił Dakaru. Ale na takich drogach szybko widać, czy motocykl ciągnie dalej, czy podpowiada powrót na asfalt. KLE ciągnął dalej.

Zatrzymałem się na mini piknik przy dużej łące, położyłem się w słońcu i jak dziecko gapiłem się na chmury. Kawiarni po drodze nie było, więc kabanosy z domu zjadłem na przystanku autobusowym. Nie całą paczkę, bo znikąd przyszła lokalna psina i tak patrzyła, że oddałem jej połowę. Pewnie ma wprawę w takim żebraniu, moja asertywność nic tu nie dała.
Przepłynąłem Wisłę promem na trzy auta i dwa motocykle. Zgasiłem silnik i gapiłem się na wielkie kominy elektrowni i dym, który wyglądał trochę apokaliptycznie.
Po drugiej stronie wszedłem do starego kościółka. W środku nikogo. Posiedziałem chwilę i wróciłem do motocykla.
Na szutrówce przy torach zatrzymałem się, żeby policzyć wagony towarowego. Po kilkunastu się pogubiłem. Kiedy ruszył, pojechałem w tę samą stronę i jak głupek ścigałem się z nim do najbliższej stacji. Pociąg o tym nie wiedział. KLE i tak wygrał.
Z trzech godzin zrobiło się pięć, może sześć. Wróciłem do tego samego domu, tej samej pracy i tych samych rachunków za ogrzewanie. KLE był zakurzony, a ja miałem mniej dość wszystkiego niż rano.

Tego dnia KLE był dokładnie tym, czego potrzebowałem. Prawdziwy bohater dnia codziennego.