Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby
Jestem motocyklistą, którego bardziej niż idealnie zaplanowana trasa kręcą spontaniczne decyzje, nieznane drogi i przygody, których nie da się przewidzieć.
Jestem zakochany w dzikości Bałkanów, ich nieoczywistych zakątkach i fascynującej historii, którą można odkrywać na każdym kroku.
Na co dzień mieszkam w Sztokholmie, skąd odkrywam również zakątki Skandynawii, a na motocyklu staram się jeździć intensywnie i zobaczyć jak najwięcej.
Kilka danych o wyprawie
Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 5
Ilość kilometrów: 3200
Ilość uczestników: 1
Ilość krajów: 8
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: Yamaha Tracer 9 GT+
Rok wyprawy: 2025
Kanał Youtube:
Instagram: https://www.instagram.com/mikkoborr/
Facebook: https://www.facebook.com/quenntinn/
Blog:
Pełen opis
Wyprawa do Rumunii, której nie było. Osiem krajów, tysiące kilometrów i zero planu
Wszystko zaczęło się od pomysłu, który miał być prosty: kilka dni urlopu, motocykl i Rumunia. Skończyło się na ośmiu krajach, błotnistych bezdrożach, nieplanowanym spotkaniu na Bałkanach, próbie przekroczenia granicy w niedozwolonym miejscu i powrocie przez ulewę, która zamieniła moje buty w akwaria. A Rumunia? Cóż, Rumunia musiała obejść się smakiem.
Dzień 1. Plan, który przegrał z Facebookiem
W drugiej połowie sierpnia 2025 roku wziąłem kilka dni wolnego. Od 16 do 21 sierpnia chciałem wyskoczyć motocyklem do Rumunii. Na 22 sierpnia miałem już umówiony serwis motocykla w Katowicach, więc powrót był obowiązkowy. Wyruszałem z Kluszkowiec na Podhalu.
Plan podróży? Właściwie nie istniał.
Dzień przed wyjazdem usiadłem, żeby znaleźć noclegi i ustalić chociaż ogólny kierunek. W pewnym momencie zamiast planowania zacząłem przeglądać Facebooka. I wtedy zobaczyłem, że mój kolega jest na Bałkanach. Zadzwoniłem.
– Gdzie jesteś? – W Macedonii Północnej. – To po drodze do Rumunii?
Kolega się roześmiał. Sprawdziłem mapę. Do Ochrydy było około 1450 kilometrów.
Niewiele myśląc, odpowiedziałem:
– To widzimy się pojutrze!
I tak właśnie, za sprawą jednego telefonu, moja wyprawa do Rumunii zaczęła zmieniać się w coś zupełnie innego. Nie miałem rozpisanej trasy, zarezerwowanych noclegów ani pewności, dokąd ostatecznie dotrę. Miałem za to motocykl, kilka dni wolnego i pomysł, który jeszcze wczoraj wydawałby się absurdalny.
Dzień 2. Tysiąc kilometrów w deszczu
Pierwszego dnia ruszyłem z Kluszkowiec w stronę Serbii. Zarezerwowałem tylko jeden nocleg, w Niszu. Przede mną było 1018 kilometrów tranzytu, ulewa ciągnąca się przez całe Węgry i burza w Serbii.
To nie był dzień spektakularnych widoków ani długich postojów. Był za to dzień konsekwentnego połykania kilometrów. Chciałem dotrzeć do Macedonii Północnej na czas, więc po prostu jechałem. Wieczorem dotarłem do Niszu, a następnego dnia ruszyłem dalej.
Po przekroczeniu macedońskiej granicy zatrzymałem się na pierwszych bramkach autostradowych. Terminal do kart nie działał. Gotówki w lokalnej walucie oczywiście nie miałem, bo przecież miałem jechać do Rumunii!
Spróbowałem zapłacić w euro, ale kasjerka nie chciała przyjąć dwóch banknotów po 100 euro. Zrobił się mały problem, a za mną zaczęła ustawiać się kolejka. W końcu jeden z kierowców najwyraźniej uznał, że ma już dość tej sytuacji, i zapłacił za mnie.
Pierwsza lekcja z Bałkanów: czasem nieznajomy człowiek ratuje ci dzień, zanim zdążysz zrozumieć, co właściwie poszło nie tak.
Do Ochrydy dotarłem około 15:30. Spotkałem się z kolegą i jego dziewczyną. Podróżowali samochodem z namiotem dachowym, ale tym razem zdecydowaliśmy się wspólnie wynająć apartament. Była kolacja, rozmowy i wieczorny spacer po okolicy.
Trafiliśmy w pobliże kompleksu archeologicznego i weszliśmy na teren starych zabudowań, który okazał się zamknięty. Zatrzymała nas ochrona. Początkowo nie byli zachwyceni naszą obecnością, ale kiedy dowiedzieli się, że jesteśmy z Polski, atmosfera wyraźnie się zmieniła. Zamiast awantury dostaliśmy pomoc w znalezieniu właściwej drogi i chwilę sympatycznej rozmowy.
Przez moment wszystko wskazywało na to, że wyprawa zaczyna układać się całkiem przyjemnie.
Nie wiedziałem jeszcze, że następny dzień będzie wymagał ode mnie znacznie więcej niż tylko dobrego humoru.
Dzień 3. Śniadanie z batonika i granica, której nie było na mapie
Rano wypiliśmy kawę, ale nie mieliśmy nic do jedzenia. Postanowiłem ruszyć w stronę Sarajewa. W tym samym roku odwiedziłem Mostar i Bośnia i Hercegowina mocno mnie zafascynowała. Chciałem zobaczyć Róże Sarajewa, czyli charakterystyczne ślady po wybuchach pocisków, które przypominają o ofiarach oblężenia miasta.
Nawigacja zaproponowała mi dwie drogi: przez Albanię albo Kosowo. Wybrałem Kosowo, bo brzmiało ciekawiej.
Na początku chciałem tylko podjechać w okolice Mavrova i kupić coś do jedzenia na stacji benzynowej. Zatankowałem, rozejrzałem się i odkryłem, że dostępne są głównie słodycze i rogaliki 7Days. Kupiłem jednego rogalika i butelkę wody.
Potem ruszyłem w stronę granicy. Nawigacja co chwilę próbowała zmieniać trasę, ale w końcu skręciłem na ostatnie 15 kilometrów przed przejściem. Asfalt robił się coraz gorszy, aż w końcu zniknął całkowicie.
Przede mną była droga pełna błota, wielkich kałuż i nierówności. Jechałem Yamahą Tracer na sportowych oponach, czyli motocyklem, który wolałby w tym momencie znaleźć się na gładkim asfalcie. Zasięg telefonu skończył się niemal na samym początku.
Pomyślałem, że może jednak powinienem zawrócić. Wtedy z przeciwka nadjechał Opel Frontera na kosowskich tablicach. Zatrzymałem kierowcę i zapytałem, co jest dalej.
– Za dziesięć kilometrów znowu będzie asfalt – odpowiedział.
Dziesięć kilometrów? Przecież to nic. Jadę!
Te dziesięć kilometrów zajęło mi prawie pół godziny. Przeprawa przez błoto i kałuże na motocyklu z dala od asfaltu była dokładnie tym rodzajem atrakcji, którego nie planowałem, ale który później pamięta się najdłużej. W końcu pojawił się asfalt. Dokładnie tam, gdzie obiecał nieznajomy kierowca.
Dotarłem do zniszczonego domu na skraju lasu. Przed nim stały biało-niebieskie beczki, stojące na środku drogi . Zastanowiłem się przez moment, jakim cudem Opel Frontera przejechał tędy bez problemu. Nie zastanawiałem się jednak długo. Przejechałem między beczkami.
Po chwili zobaczyłem w lusterku człowieka, który machał rękami i coś krzyczał.
To był macedoński policjant.
Okazało się, że właśnie próbowałem przekroczyć granicę w miejscu przeznaczonym wyłącznie dla lokalnych mieszkańców. Policjant był wściekły. Zapytał, czy nie widzę, że jestem na granicy. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie było żadnego szlabanu.
Próbowałem go przekonać, żeby pozwolił mi przejechać, ale bez skutku. Kiedy zacząłem się ubierać do drogi powrotnej, dał mi gestem do zrozumienia, że za odpowiednią opłatą mógłby zmienić zdanie.
Miałem przy sobie tylko 200 euro. Nie zamierzałem oddawać połowy tej kwoty za przejazd, zwłaszcza że po drugiej stronie czekała mnie kolejna granica. Ostatecznie zawróciłem.
Nie każda przygoda kończy się zdobyciem nowego kraju. Czasem kończy się powrotem tą samą drogą, którą przed chwilą pokonywało się z takim entuzjazmem.
Albania. Kraj, w którym najtrudniej było znaleźć obiad
Była już 16:30, a ja od rana nie miałem nic w ustach. Dopiero na granicy, po wielu godzinach jazdy, zjadłem kupionego wcześniej rogalika7Days i popiłem go wodą. Tak wyglądał mój pierwszy posiłek tego dnia. A przede mną wciąż były setki kilometrów i kolejna granica do przekroczenia.Lokalne drogi okazały się w fatalnym stanie. Tam, gdzie ograniczenie wynosiło 70 km/h, czasami mogłem jechać najwyżej 20–30 km/h. Wyprzedzały mnie stare Mercedesy, których podwozia szorowały o asfalt, kiedy koła wpadały w kolejne dziury.
Zatrzymywałem się na stacjach benzynowych, licząc na hot doga, kanapkę albo cokolwiek, co przypominałoby normalny posiłek. Niestety, nawet na większych stacjach wybór jedzenia nie było. Czasami można było kupić co najwyżej olej silnikowy.
Jakby tego było mało, na jednej z dróg z rowu wyskoczył Albańczyk trzymający w rękach grillowane kolby kukurydzy. Najwyraźniej próbował sprzedawać plony z pobliskiego pola. Oferta była spontaniczna, sprzedawca zdeterminowany, ale ja nie miałem ochoty na taki posiłek.
Na normalne jedzenie zatrzymałem się dopiero w Szkodrze. Tam zarezerwowałem nocleg w Nikšiciu w Czarnogórze. Nie chciałem zostawać sam na noc w Albanii, bo czułem się tam trochę nieswojo, a Czarnogórę znałem już z wcześniejszej podróży.
Pozostała jeszcze droga po ciemku. Zabrałem na wyprawę ciemny wizjer kasku, ponieważ nie planowałem nocnej jazdy. Tymczasem przede mną były co najmniej trzy godziny po zmroku. Dodatkowo okazało się, że trasa prowadzi przez obszar, na którym wcześniej szalał pożar lasu. Na szczęście, gdy tam dotarłem, ogień był już ugaszony.
Do Nikšicia dotarłem po 22:30.
Kolejny dzień zakończył się późno, ale miałem za sobą następny kraj i coraz więcej powodów, by porzucić myśl o Rumunii na rzecz tego, co akurat działo się przede mną.
Dzień 4. Durmitor, kanion Pivy i czterdzieści stopni w Sarajewie
Następnego ranka zjadłem śniadanie i ruszyłem w stronę Parku Narodowego Durmitor. Tym razem nie popełniłem błędu z poprzednich dni. Na pierwszej możliwej stacji kupiłem kanapki na drogę. Po albańskich doświadczeniach wiedziałem już, że głód potrafi skutecznie zmienić nawet najpiękniejszą trasę w walkę o przetrwanie.
Miałem też postanowienie, żeby nie jeździć po ciemku. Nocą widoczność była fatalna, a albańskie drogii z poprzedniego dnia wystarczająco dobrze pokazały mi, że oszczędność czasu nie zawsze jest warta ryzyka.
Durmitor pochłonął jednak znacznie więcej czasu, niż zakładałem. Trudno było po prostu przejechać przez te góry i nie zatrzymywać się co chwilę. Widoki zachęcały do wyciągania telefonu, aparatu i drona. Nagrywałem siebie, motocykl i spotkanych po drodze motocyklistów z Serbii. Chciałem zachować nie tylko zdjęcia, ale też atmosferę tej podróży: drogi wijące się przez góry, przestrzeń i poczucie wolności, które trudno opisać komuś, kto nigdy nie podróżował motocyklem.
Z Durmitoru ruszyłem w kierunku Bośni i Hercegowiny, jadąc przez malowniczy kanion Pivy. To był jeden z tych odcinków, które przypominają, dlaczego warto czasem zrezygnować z najkrótszej trasy. Zamiast autostrady miałem góry, serpentyny i krajobrazy, które same w sobie były celem podróży.
Do Sarajewa dotarłem około 17:00. Temperatura wynosiła 40 stopni, a ja jeździłem po mieście w motocyklowym ubraniu, gotując się w upale i szukając Róż Sarajewa.
Pierwszą udało mi się znaleźć dopiero około 18:00. Zrobiłem to, po co przyjechałem, ale czas nie pozwalał na dłuższe zwiedzanie. W piątek rano musiałem być w Katowicach na serwisie, a do domu pozostawało jeszcze sporo kilometrów.
Wsiadłem więc na motocykl i ruszyłem dalej.
Jakieś 50 kilometrów za Sarajewem, w okolicach bramek autostradowych, zatrzymałem się, żeby zarezerwować nocleg. Wybrałem okolice chorwackiego Đakova. Chciałem wrócić do Unii Europejskiej i zacząć ostatni etap podróży.
Zanim jednak opuściłem Bośnię, czekało mnie jeszcze jedno doświadczenie, które zapamiętam być może lepiej niż niejedną turystyczną atrakcję.
Žepče. Chwila, dla której warto zboczyć z trasy.
Zatrzymałem się w miejscowości Žepče, żeby kupić coś do jedzenia w piekarni. Miasteczko było niemal całkowicie puste. Wszedłem do niewielkiego sklepu, gdzie sprzedawczyni prowadziła rozliczenia w zwykłym zeszycie. Za zakupy można było zapłacić wyłącznie gotówką, ale pani przyjmowała Euro.
Na szczęście miałem już drobne. Wcześniej płaciłem w tej walucie za nocleg w Czarnogórze. Kupiłem burki i usiadłem przy drodze, żeby spokojnie zjeść.
Wtedy z pobliskiego meczetu rozległo się wezwanie do modlitwy. Za moimi plecami sprzedawczyni spokojnie podsumowywała utarg, zapisując kolejne kwoty w zeszycie. Ja siedziałem w motocyklowym ubraniu, zmęczony po całym dniu, jedząc prosty posiłek i obserwując zwyczajny fragment czyjegoś życia.
To był niezwykły moment.
Nie było tu spektakularnego punktu widokowego, tłumów turystów ani atrakcji zaznaczonej w przewodniku. Była cisza, pusta miejscowość, dźwięk modlitwy i kobieta prowadząca rachunki ręcznie, tak jak robiło się to od lat.
Przez chwilę miałem wrażenie, że czas się zatrzymał. Właśnie takie momenty są dla mnie esencją podróżowania. Nie zawsze chodzi o zdobywanie kolejnych punktów na mapie. Czasami wystarczy zatrzymać się na chwilę, żeby zobaczyć świat z zupełnie innej perspektywy.
Tyle że była już 20:00.
I wiedziałem, że znowu będę jechał po ciemku.
Nocna droga i widok, który zmienia perspektywę
Bośniackie drogi okazały się mocno zniszczone, ciemne i nieoświetlone. Poboczami spacerowali ludzie, których dostrzegałem czasami dopiero w ostatniej chwili. Każdy kolejny kilometr wymagał skupienia, a zmęczenie po kilku dniach w siodle nie ułatwiało zadania.
W pewnym momencie zobaczyłem na poboczu policję z włączonymi sygnałami. Funkcjonariusze zabezpieczali miejsce śmiertelnego potrącenia i dokumentowali ślady na masce samochodu.
Ten widok skutecznie odebrał mi resztki ochoty na szybką jazdę. Wszystkie wcześniejsze problemy, błoto, głód i nieplanowane postoje nagle straciły znaczenie. Najważniejsze stało się bezpieczne dotarcie na miejsce.
Do hotelu w Chorwacji dotarłem około 23:00. Zmęczony, ale coraz bliżej domu.
Ostatni etap. Burza, która nie chciała odpuścić
Następnego dnia ruszyłem przez Chorwację w stronę Węgier. Tuż przed Budapesztem zobaczyłem, że jadę prosto w stronę potężnej burzy. Założyłem ubranie przeciwdeszczowe, licząc na to, że tym razem uda mi się uniknąć najgorszego.
Nie udało się.
Od Budapesztu aż do domu padało tak intensywnie, jak nigdy wcześniej podczas moich motocyklowych podróży. Deszcz nie był już chwilową przeszkodą, lecz towarzyszem całej drogi. Nie chciałem przekładać serwisu, więc jechałem dalej.
W Koszycach na jezdni było tyle wody, że nawet jadąc prawym pasem, byłem wyprzedzany przez ciężarówki. Fale spod ich kół wlewały mi się do butów od góry. W pewnym momencie trudno już było mówić o komforcie. Było tylko konsekwentne pokonywanie kolejnych kilometrów i myśl, że trzeba dotrzeć do domu.
Po południu w końcu dotarłem do Kluszkowiec. Byłem kompletnie przemoczony i wyczerpany, ale zadowolony z tego, co wydarzyło się przez ostatnie dni.
Następnego ranka pobudka przed szóstą. O 9:00 musiałem oddać motocykl do serwisu. Deszcz nadal padał równie intensywnie, ale udało się dojechać na czas.
Motocykl dotarł do serwisu zgodnie z planem. Cała reszta wyprawy była jednym wielkim odstępstwem od planu.
Osiem krajów i jedna nieodwiedzona Rumunia
Kiedy wyruszałem z Kluszkowiec, chciałem po prostu pojechać do Rumunii. Nie miałem rozpisanej trasy, listy atrakcji ani szczegółowego planu. Miałem kilka dni urlopu i motocykl.
Po drodze odwiedziłem Słowację, Węgry, Serbię, Macedonię Północną, Albanię, Czarnogórę, Bośnię i Hercegowinę oraz Chorwację. Osiem krajów podczas jednej wyprawy, której pierwotnym celem było miejsce, do którego ostatecznie nie dotarłem.
Zamiast Rumunii dostałem spotkanie z przyjacielem nad Jeziorem Ochrydzkim, deszczową przeprawę przez Węgry, błotnistą drogę kończącą się przy granicy, albańskie bezdroża, majestatyczny Durmitor, kanion Pivy, Róże Sarajewa i chwilę ciszy w bośniackiej piekarni.
Dostałem też kilka lekcji pokory. O tym, że nie każda droga na mapie jest przejezdna, że nie warto lekceważyć zmęczenia, że kanapka kupiona na czas może być ważniejsza niż kolejny punkt widokowy i że czasami trzeba odpuścić, zawrócić albo zmienić plany.
Wyprawa była dokumentowana zdjęciami i nagraniami, również z drona. Chciałem zachować nie tylko obrazy gór i serpentyn, ale także atmosferę drogi, spotkania z innymi motocyklistami i te małe, niepozorne momenty, które często okazują się najważniejsze.
Czy żałuję, że nie dotarłem do Rumunii? Ani trochę.
Bo ta wyprawa nie była historią o zdobyciu konkretnego celu. Była historią o tym, co wydarzyło się po drodze, kiedy pozwoliłem sobie zmienić plany. O wolności, ciekawości świata i gotowości na przygody, których nie da się zaplanować.
Pojechałem do Rumunii. Nie dotarłem do Rumunii. Za to przejechałem przez osiem krajów i wróciłem z historią, której nie zamieniłbym na żadną zaplanowaną wycieczkę.
A najlepsze jest to, że na serwis do Katowic zdążyłem.



