Szukaj
TET Bałkany 2026 – siedem dni kurzu, kamieni i przygody (Krzysztof Nowak)

TET Bałkany 2026 – siedem dni kurzu, kamieni i przygody (Krzysztof Nowak)

konkurs zgloszenie

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: Legalna wyprawa Offroadowa
Ilość dni: 7
Ilość kilometrów: 2080
Ilość uczestników: 2
Ilość krajów: 3
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: Yamaha XT 660
Rok wyprawy: 2026
Kanał Youtube:
Instagram:
Facebook:
Blog:

Pełen opis

TET Bałkany 2026 – siedem dni kurzu, kamieni i przygody
Bośnia i Hercegowina • Czarnogóra • Albania • 2080 km
• • •

Wstęp


Kiedy w szkołach milknie ostatni dzwonek, dla nas jest to znak, że pora wyciągnąć motocykle z garażu. Po zeszłorocznej trasie ACT Romania zostały świetne wspomnienia, więc poprzeczkę trzeba było podnieść. Tym razem celem stały się Bałkany: TET przez Bośnię i Hercegowinę oraz Czarnogórę, a jeśli czas pozwoli – także Góry Przeklęte w Albanii.
Plan był prosty: wstawać wcześnie, jechać długo i wykorzystać każdy dzień do maksimum. Chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej, a przy tym wrócić do domu w komplecie. Wątpliwości oczywiście nie brakowało. Czy moja leciwa XT660 nadąży za Ténéré 700 World Raid? Czy dam radę na trudniejszych odcinkach? Czy motocykle wytrzymają siedem dni terenowej jazdy z pełnym bagażem? Odpowiedzi miały przyjść szybciej, niż przypuszczaliśmy.


Do Drvaru dotarliśmy samochodem, a motocykle przywieźliśmy na przyczepie. Ponad 1100 kilometrów asfaltowego tranzytu w jedną stronę nie było tym, na co chcieliśmy zużywać urlop, opony i siły. Zostawiliśmy zestaw w Drvarze, założyliśmy kaski i odpaliliśmy silniki. Po miesiącach planowania wreszcie zaczynała się właściwa przygoda.

Dzień 1 – Drvar, Šatorsko Jezero i Veliki Vitorog


Pierwszego dnia czekała na nas pierwsza sekcja TET-u, około 220 kilometrów. Bośnia przywitała nas szerokimi szutrami, górami i widokami, które co chwilę kazały zatrzymywać motocykle. Jednym z pierwszych odbić od głównego śladu było polodowcowe Šatorsko Jezero. Dojazd był łatwy, bo od wielu dni nie padało. Ceną za dobrą przyczepność był jednak kurz. Wdzierał się do kasków, osiadał na ubraniach i sprzęcie, a po kilku godzinach wyglądaliśmy tak, jakbyśmy jechali po Bałkanach od tygodnia.
Prawdziwy test czekał nas na Velikim Vitorogu, którego najwyższy szczyt wznosi się na 1907 metrów. Wcześniej oglądaliśmy filmy z podjazdu i – jak to zwykle bywa – na ekranie nie wyglądał aż tak źle. Po odbiciu od głównego TET-u poziom trudności szybko wzrósł. Im wyżej, tym więcej było luźnych kamieni i stromych fragmentów. Ostatni podjazd wyglądał na żywo znacznie poważniej niż na nagraniach.


Mój przyjaciel wjechał Ténéré na górę po solidnej walce. Ja ruszyłem za nim i niemal od razu XT straciła przyczepność. Chwilę później motocykl leżał na kamieniach, a ja dostałem pierwszą lekcję pokory. Podniesienie obładowanej XT na stromym zboczu było niemal trudniejsze niż sam podjazd, ale druga próba zakończyła się sukcesem. Kiedy znaleźliśmy się wyżej, cała walka zeszła na dalszy plan. Widok na góry i satysfakcja po pokonaniu podjazdu wynagradzały wszystko.
Wieczorem zjechaliśmy do Kupresu. Po całonocnym transferze z Polski i całym dniu jazdy nie marzyliśmy już o niczym poza prysznicem i łóżkiem. Następnego dnia chcieliśmy ruszyć wcześnie. Jak się okazało, Bałkany miały własny plan.

Dzień 2 – pierwsza gleba, Ramsko Jezero, Pločno i Mostar


Poranek rozpoczął się od ciszy. Ténéré nie chciała odpalić – aktualizacja urządzenia z ekranem wykonana poprzedniego dnia rozładowała akumulator. Na szczęście stara metoda nie zawiodła. Kilka metrów na pych i Yamaha wróciła do życia.
Początek dnia szedł świetnie. Jechaliśmy swobodnie, rozmawialiśmy przez interkomy i chyba właśnie dlatego straciliśmy odrobinę czujności. Około trzydziestego trzeciego kilometra, przy prędkości mniej więcej 60 km/h, coś nagle szarpnęło moją XT i w jednej chwili leżałem pod motocyklem. Najprawdopodobniej lewym kufrem zahaczyłem o wystający z boku konar lub korzeń. Skończyło się na rozbitym prawym lusterku, rozciętej dłoni i potłuczeniach, które miały przypominać o sobie jeszcze przez kilka dni. To był potrzebny kubeł zimnej wody: dopiero drugi dzień, a jeden niepozorny kawałek drewna mógł zakończyć całą wyprawę.


Później dotarliśmy w okolice Ramskiego Jeziora. Tam zaczęła się prawdziwa kamienna sauna. Żar lał się z nieba, podjazd był bardzo stromy, a droga usiana dużymi i luźnymi kamieniami. Nie pamiętam, ile razy podnosiłem XT. Przy pierwszej glebie analizujesz błąd, przy drugiej poprawiasz technikę, a później po prostu podnosisz motocykl i jedziesz dalej. W którymś momencie przednia szyba XT uznała, że ma dość, i się urwała. Zapakowaliśmy ją do bagażu – naprawa musiała poczekać do wieczora.
Po podjeździe przyszedł równie wymagający zjazd, ale widok na Ramsko Jezero wynagrodził cały wysiłek. Chwilę później trafiliśmy na przyjemniejszy, kręty odcinek, który pozwolił odpocząć przed sekcją prowadzącą na Pločno. Tam znów czekały kamienie, ostre zakręty i strome podjazdy. Na ciężkich, obładowanych motocyklach nie była to łatwa jazda, ale na szczycie zobaczyliśmy jeden z najpiękniejszych widoków całego bośniackiego TET-u. Spotkaliśmy też dwóch motocyklistów, w tym jednego Polaka. Mały motocyklowy świat.


Po zjeździe dotarliśmy do Mostaru. Mimo zmęczenia nie mogliśmy odpuścić wieczornego spaceru. Temperatura w dzień dochodziła do 40 stopni, a nawet około 22 nagrzane mury nadal oddawały ciepło. Mostar zachwycił nas starymi uliczkami, knajpkami, ludźmi i oczywiście Starym Mostem. Ja miałem jednak dodatkowego towarzysza – ból kolana. Upadek odezwał się w miejscu starej kontuzji, ale nie zamierzałem robić z tego tematu. Przed nami było jeszcze zbyt wiele kilometrów.

Dzień 3 – Lukomir, Bjelašnica, zamknięty TET i Drina


Rano ruszyliśmy w stronę Sarajewa. Po drodze odbiliśmy do Lukomiru, górskiej wsi często pokazywanej w relacjach 4×4 i filmach z Bałkanów. Kupiliśmy kilka pamiątek, zobaczyliśmy, jak wygląda życie wysoko w górach, i ruszyliśmy dalej. Sam Lukomir był ciekawym przystankiem, ale tego dnia prawdziwa zabawa dopiero się zaczynała.
Podjazd na Bjelašnicę przypominał miejscami Pločno: kamienie, strome odcinki i koncentracja od pierwszego do ostatniego metra. Na górze dotarliśmy w okolice wyciągów narciarskich. Wjazd był wymagający, lecz zjazd okazał się znacznie ciekawszy. Mogliśmy wrócić tą samą drogą, ale postanowiliśmy trzymać się śladu. W efekcie zjeżdżaliśmy fragmentami po stoku narciarskim. Motocykl wybierał własne koleiny, tylne koło uciekało, a kilka kolejnych wywrotek tylko utrwaliło naszą coraz sprawniejszą procedurę: wyłączyć silnik, sprawdzić siebie, sprawdzić motocykl, podnieść i jechać dalej.
Na dole uzupełniliśmy jedzenie i napoje, a przy okazji zobaczyliśmy trening bośniackich żołnierzy maszerujących z pełnym wyposażeniem w ogromnym upale. Później ominęliśmy centrum Sarajewa. Przy około 41 stopniach nie mieliśmy ochoty na miejskie zwiedzanie w motocyklowych ubraniach.


W okolicach Jahoriny ślad TET-u zakończył się szlabanem. Próbowaliśmy telefonicznie uzyskać zgodę na przejazd, ale odpowiedź była jednoznaczna: droga jest zamknięta. Nie chcieliśmy obchodzić zakazu ani szukać dzikiego przejazdu bokiem – wyprawa od początku miała być legalna. Znaleźliśmy więc objazd. Straciliśmy trochę czasu, ale zobaczyliśmy miejsca, do których inaczej byśmy nie trafili, a później wróciliśmy na TET. Wieczorem rozbiliśmy się na kempingu nad Driną. Następnego dnia czekała Czarnogóra.

Dzień 4 – Czarnogóra: Pivsko Jezero, Durmitor i Kapetanovo Jezero

Mój przyjaciel znał już Czarnogórę, ja byłem tam po raz pierwszy. Początkowo trasa prowadziła przez las i nic nie zapowiadało tego, co zobaczę chwilę później. Na pierwszym większym punkcie widokowym ujrzałem Pivsko Jezero – turkusową wodę zamkniętą pomiędzy wysokimi górami. W tym momencie Czarnogóra całkowicie mnie kupiła.
Zjechaliśmy w stronę Plužine, a potem znów wróciliśmy na terenowy ślad prowadzący w kierunku Durmitoru. Jeden z podjazdów okazał się jednak zbyt stromy i zbyt kamienisty nawet jak na nasz rosnący tego tygodnia optymizm. Próbowaliśmy, ale tym razem rozsądek wygrał. Zawróciliśmy, przejechaliśmy fragment asfaltem i ponownie złapaliśmy trasę.
Park Narodowy Durmitor był jednym z najmocniejszych punktów całej wyprawy. Pogoda podarowała nam świetną widoczność, a za każdym zakrętem pojawiał się kolejny widok, przy którym chciało się zatrzymać. Tego dnia aparat pracował prawie tak intensywnie jak motocykle. Później zjechaliśmy w stronę Šavnika i ruszyliśmy dalej na południe.
Kolejną atrakcją była ogromna elektrownia wiatrowa. Turbiny mieliśmy niemal na wyciągnięcie ręki. Trasa znów była kamienista, ale tutejsze kamienie znacznie lepiej trzymały się podłoża niż te w Bośni. Motocykle miały więcej przyczepności, a jazda dawała dużo frajdy.


Nad Kapetanovo Jezero czekała niespodzianka: spotkaliśmy znajomych mojego przyjaciela, którzy przyjechali tam terenówkami. Tysiące kilometrów od domu, wysoko w górach – i nagle znajome twarze. Mogliśmy zostać z nimi na noc, ale było jeszcze wcześnie. Uznaliśmy więc, że warto zrobić kolejne kilometry. To zdanie podczas tej wyprawy wracało zdecydowanie zbyt często.
Po około godzinie niebo pociemniało. Zaczął padać deszcz, temperatura spadała, twarda droga zaczęła rozmiękać, a kamienie zrobiły się śliskie. Założyliśmy przeciwdeszczówki i coraz ostrożniej zjeżdżaliśmy z gór. Nie mieliśmy zaplanowanego noclegu, a robiło się zimno i ciemno. Ostatecznie w Pakov Vir udało się znaleźć bardzo dobre miejsce do spania. Po takim dniu padliśmy jak kawki.

Dzień 5 – Opasanica, brak paliwa i Albania


Przez całą noc padało. Rano drogi były mocno rozmoknięte, a przed nami czekał przejazd przez okolice Opasanicy i Parku Przyrody Komovi. Mieliśmy jednak ponad 50 kilometrów zapasu względem planu i chcieliśmy wykorzystać go na Góry Przeklęte. Wtedy podjęliśmy jedną z mniej rozsądnych decyzji całej wyprawy.


Najbliższa stacja paliw znajdowała się około 20 kilometrów w przeciwną stronę. Powrót oznaczałby utratę niemal całego wypracowanego zapasu. Ténéré World Raid miała 23-litrowy zbiornik, więc uznaliśmy, że jedziemy dalej, a w razie potrzeby przelejemy benzynę do XT. Rezerwa w moim motocyklu zaczęła świecić po kilkudziesięciu kilometrach. Zatrzymaliśmy się i rozpoczęliśmy operację „Ténéré – stacja benzynowa”. Dotarcie wężykiem do paliwa w jej zbiornikach okazało się trudniejsze, niż zakładaliśmy, ale ostatecznie przelaliśmy około pięciu litrów.


Od tego momentu jechałem bardzo oszczędnie, wykorzystując każdy zjazd. Przejazd przez Komovi okazał się świetny, a dodatkową ulgę przyniosła informacja, że fragment drogi, który wcześniej bywał zerwany, został naprawiony. W połowie dnia pogoda zaczęła się poprawiać. Do Podgoricy dotarliśmy praktycznie na oparach. Pierwszym punktem programu była oczywiście stacja benzynowa – tym razem tankowaliśmy do pełna.


Po przekroczeniu granicy z Albanią szybko przyszła pierwsza poważna awaria. Złapałem kapcia w tylnym kole, a po jego zdjęciu okazało się, że uszkodzona jest również opona. Prowizorycznie ją zabezpieczyliśmy i zadzwoniliśmy do serwisu w Shkodrze. Mechanik potwierdził, że ma odpowiedni komplet, więc pojechaliśmy do miasta.


W serwisie spędziliśmy około dwóch godzin. Przyjechałem po oponę i dętkę, a XT dostała prawie pełne albańskie SPA: czyszczenie koła, tarczy hamulcowej, smarowanie i dokładne składanie wszystkiego z powrotem. Patrzyliśmy z rozbawieniem, ale trzeba przyznać, że obsługa była świetna. Z nową oponą i dętką mogliśmy wreszcie ruszyć w Góry Przeklęte.
Nad górami wisiała ciężka chmura i co chwilę pojawiały się błyskawice. Zamiast pchać się prosto w burzę, zatrzymaliśmy się nad rzeką Kir. Kąpiel, jedzenie i godzina odpoczynku okazały się idealnym pomysłem. Kiedy ruszyliśmy dalej, trasa nie była długa, ale serpentyny i ciągłe zakręty bardzo spowalniały jazdę. W okolice Theth dotarliśmy już po ciemku, bez zarezerwowanego noclegu. Około 21:30 udało się znaleźć miejsce w Buni i Bajraktarit. Dopiero rano zobaczyliśmy, w jak niesamowitym miejscu spędziliśmy noc – otoczeni skalnymi ścianami Gór Przeklętych.

Dzień 6 – SH21, SH20, ACT Montenegro i kolejny kapeć


Rano rozpoczęliśmy powrót do Czarnogóry. Najpierw SH21, potem SH20 – asfaltowe drogi, które udowodniły nam, że nie tylko off-road potrafi wywołać szeroki uśmiech pod kaskiem. Serpentyny, góry i panoramy były tak dobre, że przez chwilę naprawdę można było zastanawiać się, po co właściwie męczyć się na kamieniach.


Po powrocie do Czarnogóry ponownie zjechaliśmy z asfaltu. Oprócz TET-u mieliśmy zapisane ślady ACT Montenegro i postanowiliśmy wykorzystać jeden z trudniejszych wariantów. Po pewnym czasie droga zaczęła wyglądać podejrzanie znajomo. Okazało się, że fragment ACT łączy się z TET-em, którym jechaliśmy wcześniej. Zorientowaliśmy się dopiero wtedy, gdy obaj niemal jednocześnie stwierdziliśmy: „Przecież my już tędy jechaliśmy”.


Chwilę później moja XT ponownie zażądała serwisu. Tym razem zeszło powietrze z przedniego koła. Po rozebraniu wszystkiego wyszło na jaw, że dętka została wcześniej przyszczypnięta podczas wymiany opony jeszcze w Polsce, załatana i założona z powrotem. O tej naprawie nic nie wiedziałem, a stara łatka właśnie puściła. Naprawiliśmy tyle, ile mogliśmy, i ruszyliśmy do Žabljaka.


Pogoda znów się pogorszyła i zaczęło padać. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, kiedy podjechał do nas samochód. Kierowca zapytał po prostu, czy szukamy noclegu. Szukaliśmy. Pojechaliśmy za nim i tym sposobem nocleg znalazł nas sam – w normalnej cenie i z jedzeniem. Po kolejnej długiej dobie trudno było wymagać więcej.

Dzień 7 – z kompresorem do Sarajewa i powrót do Drvaru


Rano zeszliśmy do motocykli i zobaczyliśmy, że w przednim kole XT nie ma powietrza. Nie mieliśmy już zapasowej dętki ani sensownego zestawu do kolejnej naprawy. Napompowaliśmy koło i sprawdziliśmy, jak szybko schodzi. Okazało się, że powietrze ucieka powoli, więc podjęliśmy decyzję typową dla końcówki takiej wyprawy: jedziemy i będziemy dopompowywać.
Mniej więcej co pół godziny zatrzymywaliśmy się, wyciągaliśmy kompresor i przywracaliśmy ciśnienie. Ponieważ przed nami był jeszcze długi powrót, skierowaliśmy się przez Sarajewo, licząc na zakup nowej dętki. Stolica dużego kraju nie gwarantuje jednak, że właściwy rozmiar będzie czekał na pierwszej półce. Trochę się naszukaliśmy, ale w końcu udało się kupić zapas. Skoro koło nadal dawało radę, dętka pojechała w bagażu, a my ruszyliśmy dalej.


Tego dnia mieliśmy do pokonania prawie 500 kilometrów. Po raz pierwszy od wielu dni poznawaliśmy Bośnię głównie od strony asfaltowej i szybko okazało się, że również w tej wersji jest piękna. Kręte drogi prowadzące przez góry i wzdłuż rzek były stworzone dla motocykli. Momentami zastanawialiśmy się nawet, czy następnym razem nie przyjechać tutaj na motocyklach asfaltowych, bez błota, kamieni, kapci i podnoszenia maszyn. Tylko że po chwili dochodziliśmy do wniosku, że chyba jednak nie o to nam chodzi.


Do Drvaru wróciliśmy kompletnie wyczerpani, ale szczęśliwi. Samochód i przyczepa czekały dokładnie tam, gdzie je zostawiliśmy. Za nami było siedem dni jazdy i około 2080 kilometrów przez Bośnię i Hercegowinę, Czarnogórę oraz Albanię. Były upadki, awarie, urwana szyba, rozbite lusterko, dwa kapcie, brak paliwa, deszcz, upał i zamknięty fragment trasy. Były też Vitorog, Pločno, Mostar, Bjelašnica, Pivsko Jezero, Durmitor, Kapetanovo Jezero i Góry Przeklęte – miejsca, których nie da się sprowadzić do zdjęć i punktów na mapie.


Plan udało się zrealizować praktycznie w stu procentach. Najważniejsze jednak było to, że wróciliśmy razem i o własnych siłach. TET na Bałkanach zdecydowanie nie jest trasą taką jak ACT Romania. Na dużym ADV z pełnym bagażem wymaga techniki, szczególnie na luźnych kamieniach, stromych podjazdach i zjazdach. Przed wyjazdem naprawdę warto takie warunki poćwiczyć.
Czy po tym wszystkim pojechalibyśmy tam jeszcze raz? Bez zastanowienia. Bo po kilku miesiącach nikt nie pamięta już bólu pleców przy podnoszeniu motocykla ani przekleństw wypowiadanych na stromym podjeździe. Zostają widoki, ludzie, historie i poczucie, że przez siedem dni naprawdę przeżyło się coś wyjątkowego. A potem przychodzi ten niebezpieczny moment, kiedy człowiek znowu otwiera mapę i zaczyna się zastanawiać: no dobrze… to gdzie jedziemy w przyszłym roku?

Zapraszam do śledzenia kanału Dan Widlo Moto Vlog gdzie będą dodawane relacje dzień po dniu z naszej pięknej wyprawy (link do relacji poniżej)

https://www.youtube.com/playlist?list=PLDZVCiyP_k-U