Szukaj
Bubia miała wrócić do domu. Ja też. (Tomasz Łękas)

Bubia miała wrócić do domu. Ja też. (Tomasz Łękas)

konkurs zgloszenie

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Mam na imię Tomasz i najchętniej rozwiązuję problemy dopiero wtedy, kiedy pojawią się na drodze. Jeżdżę starym BMW R1150RT, które nazywam Bubia, i wierzę, że dobra podróż zaczyna się tam, gdzie kończy się plan. Nie liczę tylko kilometrów – najbardziej pamiętam ludzi, których spotykam po drodze.

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 12
Ilość kilometrów: 9009
Ilość uczestników: 1
Ilość krajów: 7
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: BMW R 1150 RT 2004r
Rok wyprawy: 2026
Kanał Youtube:
Instagram: https://www.instagram.com/lekasky_mototravler/
Facebook: https://www.facebook.com/FreedomofTravels/
Blog:

Pełen opis

BUBIA MIAŁA WRÓCIĆ DO DOMU. JA TEŻ.

Pomysł był prosty. Wsiadam na Bubę, moje BMW R1150RT, i jadę na wschód. Turcja, Gruzja, Kapadocja, trochę gór, trochę morza, trochę miejsc, które do tej pory znałem tylko ze zdjęć.

Plan był na około 14 dni.

Wyszło 12.

Kilometrów miało być dużo.

Wyszło 9009.

A po drodze wydarzyło się praktycznie wszystko, czego podczas takiego wyjazdu można się spodziewać.

DZIEŃ 1 – TRANZYT

Pierwszy dzień to był konkretny tranzyt.

Rano odpaliłem Bubę i kierunek południe. Słowacja, Węgry, Serbia, Bułgaria.

Bez większego zwiedzania. Plan był taki, żeby zrobić około 2000 kilometrów i jak najszybciej dostać się w stronę Turcji.

Na jednym z postojów zaczęły się pierwsze rozmowy z ludźmi. Na granicy bułgarsko-serbskiej spotkałem motocyklistów z Węgier. Pogadaliśmy chwilę. Kiedy powiedziałem im, że tego dnia chcę zrobić około 2000 kilometrów, patrzyli na mnie trochę tak, jakby zastanawiali się, czy wszystko ze mną w porządku.

Wieczorem przyszła Bułgaria i zaczęło robić się ciężko. Ciemno, zmęczenie, zwierzęta przy drodze.

Plan 2000 kilometrów zaczął się powoli zmieniać.

Ostatecznie zrobiłem około 1380 km.

Koło północy znalazłem miejsce, rozbiłem namiot i poszedłem spać.

Pierwszy dzień nauczył mnie jednej rzeczy.

Kilometry na mapie wyglądają zupełnie inaczej, kiedy przez kilkanaście godzin siedzisz na motocyklu.

Ale właśnie tak miała wyglądać ta wyprawa. Bez hotelu na każdy wieczór, bez dokładnego planowania wszystkiego i z dużą ilością improwizacji.

DZIEŃ 2 – TURCJA

Rano kawa, śniadanie i dalej.

Przekroczyłem granicę i wjechałem do Turcji.

Na granicy padło nawet pytanie, czy jadę do Rosji, bo przecież dalej jest Gruzja. Tłumaczę, że nie, że wracam tą samą drogą.

Turcja od początku zrobiła na mnie wrażenie.

Ludzie, meczety, ogromne odległości, inne samochody, inny sposób jazdy. Wszystko było trochę inne.

Z czasem zacząłem zauważać, że ludzie patrzą na Bubę. Stare BMW R1150RT, obładowane bagażem, wyglądało trochę inaczej niż większość nowych motocykli spotykanych po drodze.

Dzieci pokazywały znak pokoju, ludzie się uśmiechali.

I coraz częściej słyszałem coś w rodzaju:

„Old, old… good engine.”

I chyba właśnie wtedy zacząłem jeszcze bardziej doceniać swoją starą BMW.

Przed Stambułem zobaczyłem coś, co wyglądało jak scenografia z filmu. Ogromne osiedle z charakterystycznymi domami i wieżyczkami. Zamiast jechać dalej zgodnie z planem, zrobiłem około 100 kilometrów objazdu, bo oczywiście musiałem zobaczyć to z bliska.

Później zrobiło się ciemno.

Nawigacja offline poprowadziła mnie przez małe miejscowości. Z asfaltu zrobił się żwir, potem kamienie, a w końcu pojawiły się osuwiska.

Kilka kilometrów przed celem droga wyglądała tak, jakby ktoś wysypał na nią pół góry.

Spotkałem kierowcę busa. Nie znaliśmy wspólnego języka, ale próbował mi pokazać, żebym zawrócił.

Nie zawróciłem.

Przejechałem przez kamienie i osuwiska, momentami omijając głazy wielkości starego Fiata 125p.

Do campingu dotarłem późno w nocy.

Prysznic.

Piwo.

I spać.

DZIEŃ 3 – WYBRZEŻE TURCJI

Kolejny dzień prowadził mnie w stronę Morza Czarnego.

Przez Abant, Samsun, Ordu, Giresun i Trabzon.

Turcja zaczęła mi się coraz bardziej podobać.

Nie tylko przez drogi i widoki, ale przede wszystkim przez ludzi.

Na campingach spotykałem motocyklistów z różnych krajów. Rosjanie, Białorusini, Czesi, Węgrzy, Turcy.

I mimo wszystkich różnic jakoś można było normalnie usiąść przy jednym stole.

Motocykl robił tutaj za wspólny język.

Nie trzeba było znać perfekcyjnie angielskiego. Wystarczyło pokazać mapę, motocykl, wskazać kierunek.

I już wiadomo było, o czym rozmawiamy.

DZIEŃ 4 – BATUMI I GRUZJA

Im bliżej granicy z Gruzją, tym bardziej czułem, że zaczyna się kolejny etap.

Po drodze zatrzymałem się nad morzem. Rano, jeszcze przed wyjazdem, wyszedłem zobaczyć wschód słońca.

Spotkałem czeskiego motocyklistę na Victory. Bardzo fajny człowiek, podobna trasa, kilka minut rozmowy i każdy ruszył dalej.

Potem Trabzon.

Wjazd do miasta był dla mnie takim momentem, kiedy mózg mówi:

„Kurde, naprawdę jesteś daleko od domu.”

Inne tablice, ruch, ludzie, meczety, temperatura.

A podświadomość gdzieś z tyłu głowy:

„Zawracaj.”

Nie zawróciłem.

Pojechałem dalej.

Na granicy turecko-gruzińskiej pojawił się problem z ubezpieczeniem. Do tego zgubiłem prawo jazdy.

Oczywiście wszystko musiało wydarzyć się właśnie wtedy.

Ostatecznie udało się ogarnąć ubezpieczenie i przekroczyć granicę.

I nagle…

Gruzja.

Dojechałem do Batumi przekonany, że będzie to jakieś niewielkie miasto.

A tam ogromne, nowoczesne miasto, wysokie budynki, port, promenada, światła i życie do późna.

Zobaczyłem rzeźbę Ali i Nino, która stała się dla mnie symbolem przemijania.

Później camping.

I kolejna rzecz, która w podróży najbardziej mnie zaskakuje.

Ludzie.

Na campingu byli Rosjanie, Białorusini i inni podróżnicy. Rozmawialiśmy mimo różnic językowych i politycznych.

Normalnie.

Bez wielkich dyskusji.

Po prostu ludzie siedzący razem przy namiotach.

I właśnie takie momenty zapamiętuje się później najbardziej.

DZIEŃ 5 – POTI, Nokalakevi, KUTAISI, TBILISI

Rano ruszyłem dalej.

Poti, wymiana pieniędzy na gruzińskie lari i później kierunek Nokalakevi.

Tam znalazłem gorące źródła siarkowe przy rzece.

Gorąca woda, natura i żadnego wielkiego turystycznego przedstawienia.

Potem dalej.

Kutaisi i Katedra Bagrati.

A następnie kierunek Tbilisi.

Po drodze oczywiście musiało się coś wydarzyć.

Poluzował się pas od bagażu. Prawie straciłem część rzeczy i koło przejechało niebezpiecznie blisko kufra.

Poprawiłem wszystko i pojechałem dalej.

Do Tbilisi wjechałem po południu.

Korki, upał, mnóstwo samochodów.

Pojechałem zobaczyć Matkę Gruzję i panoramę miasta.

Później znalazłem camping praktycznie w centrum.

Czerwone drzwi, dom cały porośnięty zielenią i miejsce, którego z ulicy w ogóle nie było widać.

Wieczorem przyjechali tureccy motocykliści.

BMW za BMW.

Próbowałem zagadać.

Nie wyszło.

No trudno.

Za to inna para na campingu poczęstowała mnie jedzeniem.

Tak wyglądała ta podróż.

Raz ktoś nie odpowie na „hello”, a chwilę później ktoś inny poda ci talerz jedzenia, mimo że praktycznie się nie znacie.

DZIEŃ 6 – GRUZJA

Były góry.

Była Cminda Sameba – Gergeti Trinity Church.

Była droga, która momentami dawała mi dokładnie to, czego szukałem – poczucie, że jestem naprawdę daleko od domu.

Była też Wardzia – skalne miasto wykute w zboczu góry.

I znowu ludzie.

Krótka rozmowa, gest, uśmiech, wskazanie drogi.

W podróży samotnej bardzo szybko okazuje się, że człowiek wcale nie jest sam.

POWRÓT DO TURCJI

Z Gruzji wróciłem do Turcji.

Kierunek: Trabzon, Ünye, Tokat, Sarıkaya i dalej Kapadocja.

Po drodze zatrzymywałem się tam, gdzie coś przyciągnęło moją uwagę.

Nie wszystko było zaplanowane.

I chyba właśnie to było najlepsze.

DZIEŃ, KTÓRY ZMIENIŁ CAŁĄ WYPRAWĘ

Około 140 kilometrów przed Kapadocją zatrzymałem się na chwilę.

Zdjęcie.

Wiadomości.

Kilka minut odpoczynku.

Ruszyłem dalej.

Na moście był zakręt i śliska nawierzchnia.

Bubia straciła przyczepność.

Próbowałem ją wyprostować.

Nie zdążyłem.

Motocykl położył się, przednie koło uderzyło w koło samochodu i Bubia obróciła się praktycznie o 180 stopni.

Wylądowałem pod motocyklem.

Pierwsza myśl:

„Kurwa, wyjebałem w auto.”

Wstałem.

Na szczęście żyję.

Samochód nie wyglądał na mocno uszkodzony.

Bubia wyglądała znacznie gorzej.

Jedna laga złamana.

Druga wygięta.

I wtedy zaczęła się kolejna część tej historii.

Nie miałem zasięgu.

Nie znałem tureckiego.

Ludzie na miejscu nie znali angielskiego.

Próbowałem ogarnąć ubezpieczenie i transport, ale sytuacja była naprawdę kiepska.

I wtedy zatrzymał się Murat.

Turek mówiący po angielsku.

Zapytał, czy potrzebuję pomocy.

Powiedziałem, że mam problem z motocyklem.

I po prostu zaczął działać.

Załatwił lawetę.

Znalazł mechaników.

Pojechał ze mną.

Nie pytał najpierw o pieniądze.

Po prostu pomógł.

Na lawecie wydarzyła się kolejna rzecz.

Bubia przewróciła się podczas transportu.

Pękł dekiel zaworowy.

Wylał się olej.

Patrzyłem na motocykl i pomyślałem:

„To już chyba koniec.”

Naprawdę rozważałem zostawienie motocykla i powrót samolotem.

Ale wtedy trafiłem do miejsca pełnego warsztatów.

Kilku tureckich mechaników zabrało się do pracy.

Złamane elementy zostały wyprostowane i pospawane.

Naprawili dekiel.

Zrobili wszystko, co można było zrobić na miejscu.

Nie było:

„Proszę kupić nową część.”

Było:

„Co możemy naprawić?”

I właśnie to zrobiło na mnie ogromne wrażenie.

Około dwóch godzin później Bubia znowu stała na kołach.

Nie była już taka jak przed wypadkiem.

Miała tylko jeden sprawny hamulec przedni.

Zawieszenie było prowizorycznie naprawione.

Ale odpaliła.

I to wystarczyło.

Mechanicy początkowo nie chcieli pieniędzy.

Musiałem praktycznie wciskać im je do kieszeni.

Za całą pomoc zapłaciłem mniej, niż spodziewałem się zapłacić za samą część.

Ale najważniejsze było coś innego.

Nie zostałem sam.

SARIKAYA

Po naprawie Murat zaprosił mnie jeszcze do gorących źródeł w Sarıkaya.

Po całym stresie związanym z wypadkiem siedziałem w gorącej wodzie i pierwszy raz od kilku godzin naprawdę się uspokoiłem.

Dopiero później zorientowałem się, że przez około 27 godzin praktycznie nic nie jadłem.

Adrenalina robi swoje.

Wieczorem zjadłem batony, wypiłem wodę i pojechałem dalej.

KAPADOCJA

Noc spędziłem w namiocie na wzgórzu.

Nad ranem obudził mnie charakterystyczny dźwięk palników.

Około 5:20 wyszedłem z namiotu.

Nad Kapadocją pojawiły się pierwsze balony.

Pięć już było w powietrzu, kolejne dopiero przygotowywano.

Stałem i patrzyłem.

Do tej pory znałem Kapadocję ze zdjęć innych ludzi.

Teraz stałem tam sam.

Po wypadku.

Na uszkodzonej Bubie.

I nagle pomyślałem, że właśnie dla takich chwil się jedzie.

Nie dla zdjęcia na Instagram.

Nie dla liczby kilometrów.

Tylko dla tego momentu.

POWRÓT

GPS pokazał mi wtedy jeszcze około 2670 kilometrów do domu.

Patrzyłem na Bubę i zastanawiałem się, jak ja to zrobię.

Ale odpowiedź była prosta.

Jedziemy.

Ruszyłem.

Musiałem prowadzić dużo ostrożniej. Omijać dziury, pilnować kierownicy i pamiętać, że mam tylko jeden sprawny przedni hamulec.

Pod Ankarą nawigacja wyprowadziła mnie z dobrej drogi na gorsze drogi.

Krzywe lagi dobijały na nierównościach.

Po pewnym czasie stwierdziłem:

Nie.

Zawracam.

Wróciłem na główną trasę.

I wtedy kolejna lekcja:

Jeżeli nie wiesz, co zrobić – zatrzymaj się.

Kawa.

Odpoczynek.

Dopiero później decyzja.

Przez Stambuł przejechałem już bez większego kombinowania.

Nie było po co się spieszyć.

Nocleg około 200 kilometrów przed granicą z Bułgarią.

TURCJA – POŻEGNANIE

Następnego dnia ruszyłem w stronę granicy.

Na jednym z wcześniejszych postojów wydarzyła się jeszcze jedna zabawna historia.

Otworzyłem Sprite’a.

Korek wystrzelił mi z ręki i przeleciał jakieś półtora metra, lądując na masce samochodu tureckiej rodziny na holenderskich tablicach.

Przeprosiłem.

Facet się uśmiechnął.

I pojechaliśmy dalej.

Około tysiąca kilometrów później, już za Belgradem, zatrzymałem się na stacji.

I nagle widzę ten sam samochód.

Ten sam człowiek.

Rozpoznał mnie.

Zobaczył uszkodzony motocykl, zapytał co się stało i czy nie potrzebuję pomocy albo miejsca do spania.

Spotkaliśmy się przypadkiem drugi raz.

Tysiąc kilometrów dalej.

I właśnie takie historie zostają z człowiekiem na długo.

WĘGRY – POLSKA

Przez Serbię i Węgry kierowałem się już prosto do Polski.

W okolicach Szegedu znalazłem camping przez Park4Night.

Następnego dnia ruszyłem w stronę Bieszczadów.

Na jednej ze stacji benzynowych zobaczyłem pierwszych Polaków.

I wtedy poczułem:

Jestem już blisko.

W Bieszczadach spotkałem ekipę.

Dotarłem do Cisnej, na Ranczo Pod Gwiazdami, na urodziny Kamila.

Dałem mu dwa piwa.

Jedno z Turcji.

Drugie z Gruzji.

Niby nic.

A dla mnie kawałek całej wyprawy przywieziony w kufrze.

OSTATNI DZIEŃ

Następnego dnia była jeszcze Solina.

Ostatnia jazda.

Ostatnie zdjęcia.

Motocykl nadal uszkodzony, więc spokojnie i bez szaleństw.

Po drodze oczywiście nie mogło być normalnie.

Odpadła pokrywa kufra.

Plecak spadł z siedzenia.

Na szczęście wszystko udało się uratować.

Bo przecież po 9000 kilometrów podróży nie można tak po prostu dojechać bez żadnej przygody na ostatnich kilometrach.

Około 16:30 zobaczyłem znak:

RZĄSKA – TU GDZIE SIĘ ZACZĘŁO.

I wtedy wszystko zeszło.

Zmęczenie.

Stres.

Wypadek.

Myśl o 2670 kilometrach do domu.

Wszystko.

Bubia wróciła.

Ja też.

PODSUMOWANIE

Łącznie:

9009 kilometrów

12 dni

7 państw

1 człowiek

1 stary BMW R1150RT

I mnóstwo ludzi spotkanych po drodze.

Ale kiedy dziś patrzę na Bubę stojącą w garażu, nie widzę tylko złamanych lag, uszkodzonego dekla i części, które trzeba wymienić.

Widzę te 9009 kilometrów.

Widzę Turcję.

Widzę Gruzję.

Widzę Batumi, Poti, Nokalakevi, Kutaisi, Tbilisi, Gergeti, Wardzię, Trabzon, Ünye, Tokat, Sarıkayę, Kapadocję i Stambuł.

Widzę pierwszych motocyklistów spotkanych na granicy.

Widzę ludzi na campingach.

Widzę Turka, który zatrzymał się przy rozbitym motocyklu.

Widzę Murata i mechaników, którzy zamiast powiedzieć „nie da się”, powiedzieli „spróbujemy”.

Widzę balony nad Kapadocją.

I widzę znak:

RZĄSKA.

Ta wyprawa nauczyła mnie, że można zaplanować trasę, nocleg, granicę i liczbę kilometrów.

Nie można zaplanować ludzi.

Nie można zaplanować przypadku.

Nie można zaplanować tego, gdzie motocykl się przewróci.

I nie można zaplanować tego, kto wtedy zatrzyma się obok.

Dlatego jeśli ktoś mnie dzisiaj zapyta, co było najlepsze w tej wyprawie, nie odpowiem: Kapadocja, Gruzja czy Turcja.

Powiem:

Ludzie.

Bo człowiek może wyjechać z Polski sam.

Ale nigdy nie wie, ilu ludzi spotka po drodze.

A czasami właśnie oni sprawiają, że wracasz do domu.

Bubia wróciła.

Ja też.

I chyba o to w tym wszystkim chodziło.