Szukaj
WiR na TET – Bałkany 2026 (Marcin Krystoń)

WiR na TET – Bałkany 2026 (Marcin Krystoń)

konkurs zgloszenie

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Powiedzmy, że z przyjaciółmi z szeroko pojmowanego Podlasia, tworzymy hedonistyczne stowarzyszenie WiR. Jestem w nim odpowiedzialny za tworzenie pamiątek w postaci filmów. Jak do tego doszło? Nie wiem.

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 6
Ilość kilometrów: 1300
Ilość uczestników: 7
Ilość krajów: 3
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: KTM 690 ENDURO R
Rok wyprawy: 2026
Kanał Youtube: https://www.youtube.com/playlist?list=PLBAZsJEQvuq0
Instagram:
Facebook: https://www.facebook.com/marcin.kryston.16
Blog:

Pełen opis

WiR na TET – Bałkany 2026

Jest nas siedmiu. Dobrani jak w korcu maku. Twardzi, niekonfliktowi, różni, ale zgodni. Połączeni miłością do motocyklowych podróży po drogach nieutwardzonych.
To jest kolejna nasza wyprawa w Bałkany. Była Chorwacja, Bośnia, Macedonia, Rumunia, Bułgaria. Teraz czas na Czarnogórę, Kosowo i Albanię. Nie żeby wszystkie je objechać w całości. Nie mamy tyle czasu. Z każdego kraju powybieraliśmy kawałeczki, perełeczki.
Nie odkrywamy niczego nowego. Podążamy na utarte ścieżki tras Trans Euro Trail, zwanych dalej TETem.
Te trzy kraje, to według mnie ostatni bastion w Europie niemal nieskrępowanej wolności przemieszczenia się i nocowania tam, gdzie żywnie się podoba. Niemal, bo i to się zmienia, i za parę lat pozostanie pewnie wspomnieniem.
Startujemy z campingu w Bośni, tuż przy granicy z Czarnogórą.
Pierwszy dzień to trzy pasma gór Dynarskich. Trasa o długości niecałych 200 kilometrów, ale na tym stosunkowo niedługim dystansie pokonamy pasmo Durmitoru, potem zjawiskową Sinjajevinę, ażeby na koniec wbić się w park narodowy Biogradska Gora, czyli pasmo Bjelasica.
Jest koniec maja, piękna pogoda, a my już na drogach w Sinjajevinie zmagamy się ze śnieżnymi zaspami. Źle to wróży.
Tego się nie spodziewaliśmy, ale w parku Biogradska Gora w końcu musieliśmy uznać wyższość natury i pokornie poddać się. Przez śnieg właśnie.
Drugi dzień to spontaniczne korygowanie traka. W Czarnogórze to sama przyjemność. Chociaż, właściwie taka specyfika tutaj. Praktycznie gdzie się nie ruszysz, to okazuje się, że pięknie. Prawda też taka, że my też nie jesteśmy zbyt wymagający.
Na przykład nie znaliśmy, nie słyszeliśmy i nie planowaliśmy nigdy przejazdu wąwozem Kaludarskiej Rijeki. Tym bardziej byliśmy zaskoczeni pięknem tej drogi. Wyszło niechcący.
Wjechaliśmy na TET do Kosowa i znowu, brnąc w niestopniałych jeszcze łachach śniegu, walcząc o kolejne kilometry, podążaliśmy w kierunku góry Hajla. Nocleg u jej podnóża na tarasie nieczynnego jeszcze schroniska górskiego pozostanie na długo na wysokim miejscu w naszym prywatnym rankingu najpiękniejszych biwaków.
Kolejny, trzeci dzień, to lekkie rozczarowanie, i niestety, pokorne podporządkowanie się siłom natury.
Po przejechaniu przepięknego wąwozu Rugova, zaczynamy wspinać się w wyższe partie Gór Przeklętych. Na jednym z postojów dojeżdża do nas grupka motocyklistów prowadzona przez twórcę kosowskiego TETa, i zdecydowanie odradza nam kontynowanie dalszej trasy. Mówi, że za kilka kilometrów trafimy na potężne, nawet 2-metrowe zaspy śniegu. Poleca nam południowe pasma gór Kosowa. Nie mieliśmy powodów, aby mu nie wierzyć, więc zgodnie z jego sugestią zjechaliśmy z trasy.
To nawet nam pasuje, bo na południu jest Szar Planina, która jest w naszych planach.
Opuszczamy zatem niegościnne Góry Przeklęte i pędzimy na południe, aby być jak najbliżej połonin Szar Planiny.
To już mamy czwarty dzień. Widok na góry przed nami może niepokoić. Zalegające na wysokich połoninach białe pola oznaczają, ni mniej ni więcej, że i południe Kosowa nie uwolniło się całkiem spod śniegu. Ale nie zniechęcamy się.
To będzie epicki dzień. To jest dzień, który w kategorii wspomnienia, ryje tak głębokie ślady, że w przypadku ciężkiej niepamięci, gdy nie będziesz wiedział nawet jak się nazywasz, gdzie mieszkasz i kim jest kobieta, która stale czegoś chce od ciebie, na hasło Szar Planina, dygniesz i odzyskasz blask w oczach.
To pasmo objawiło się z ponurym obliczem. Nawet żółte, gęste, olbrzymie dywany krokusów szardzkich nie ocieplały tego wizerunku. Ołowiane chmury wisiały nisko nad nami, nie zwiastując nic dobrego.
Potężna góra Mramor, która przed nami, nie przepuściła nas. Na szczęście była na tyle łaskawa, że pozwoliła pokluczyć między polami śnieżnymi i znaleźć niezbyt oczywisty łącznik do naszego traka.
Jakby tego było mało, pogoda też postanowiła nas ponękać. Ale to była jednak magia. Białe pasma po horyzont. Ciemne chmury walczące o swoje miejsce na niebie, które co i rusz je jakby magnetycznie przepycha, częstując nas błękitem. I my, te małe robaczki na olbrzymim cielsku Jej Wysokości Szar Planiny.
Ale już myślimy o tym co jutro.
Plan na czwarty dzień przewiduje wjazd przełęczą Doberdol do Czarnogóry. Już domyślamy się, że to nie do zrealizowania. Ta przełęcz nie będzie przejezdna. Zresztą zdążyłem już o nią zapytać linesmena TET Kosowo. Odpowiedź była krótka: Zapomnij.
A jeśli pokluczymy? I znajdziemy przejazd w labiryncie pól śnieżnych, tak jak tu, w Szar Planinie?
Czemu nie spróbować? Ktoś mi powiedział kiedyś, że lepiej spróbować i żałować, niż potem całe życie żałować, że się nie spróbowało.
Cóż, niestety, droga przez przełęcz Doberdol okaże się ślepa. Ale gdy na końcu drogi, czekają na ciebie tacy ludzie, jakich spotkamy, to ona nie jest już ślepa. To jest już droga do zatracenia.
I o mały włos do niego nie doszło.
To nie było zrządzenie losu. To nie przypadek. To spotkanie było jak misternie utkany plan. Jakby na nas właśnie czekali. Ekipa Amura Ventura z Rybnika – pasjonaci offroadu, ale w wersji samochodowej. Również planowali pokonać Doberdol.
To czynnik boski, że na nich trafiamy. Ledwo przyjeżdżamy, a tu zaczyna lać. My w czarnej dupie. A oni wywlekają specjalnie dla nas dach nad głowę, abyśmy nie zmokli. To chyba będzie miłość od pierwszego wejrzenia.
Na głowę nie kapie, bratanie nabiera tempa, a z każda minutą jesteśmy coraz bliżsi sobie. To nie może się skończyć dobrze. To jest właśnie droga do zatracenia.
Jednak musimy ich pożegnać i pokonani, ale szczęśliwi, zjeżdżamy tą samą drogą, którą tu wjechaliśmy.
Czas goni i pora już obrać kierunek jakby w stronę domu. Musimy przestać się oddalać, więc decydujemy wrócić do Czarnogóry.
Mamy dzień piąty.
Musimy wjechać na pewien kultowy odcinek drogi, wysoko oceniany w rankingach tras terenowych. Chodzi o trak Korita – Opasanica.
Zaczną się surowe, zerodowane skały, nabierające nieco błękitnej poświaty w głębokich cieniach. Krajobraz iście księżycowy, ale bogaty w zielone, przytulne oazy. Luźna, kamienista droga, nie wybaczająca błędów, ale poprowadzona z rozmachem i wyobraźnią. Samo piękne, ale aż tak na gęsto.
I kolejny nocleg na głowę bijący poprzednie. Spędzamy noc na jeziorem Rikavacko. Petarda.
Doprawdy ciężko się było ruszyć z tego miejsca. Sielanka na zielonej łące, nad niebieskim jeziorem, w otoczeniu strzelistych wierzchołków gór. Poranek dnia następnego przeradzał się prawie w południe, kiedy wreszcie zdecydowaliśmy się ruszyć.
Dokończyliśmy trenowy odcinek do Opasanicy, który nie był bułką z masłem. Odcinek drogi poprowadzony korytem bardzo kamienistej rzeki dał się mocno we znaki.
Potem asfaltem przeskoczyliśmy znów w pasmo Durmitoru, gdzie zjawiskową drogą wzdłuż kanionu Nevidjo dotarliśmy nad błękitne wody rzeki Pivy, i w ten sposób domknęliśmy naszą bałkańską pętlę.
Prawie tysiąc trzysta kilometrów można doliczyć do przebiegu. Bez awarii. Bez jednego kapcia. Wszyscy jechaliśmy na tublisach w tylnych kołach. Zdały egzamin.
Gdyby nie śnieg… Może i więcej by się wycisnęło.
Ale też nie ma czego żałować. Co zobaczyliśmy, to nasze. Cali i zdrowi, w jednym kawałku, w jednej ekipie, bez ani jednego zgrzytu.
I tak dobiega końca nasza bałkańska przygoda. Zostaną nam wspomnienia pięknych widoków, niezwykłych miejsc i chwil, które na długo pozostaną w pamięci.
Zawsze Bałkany żegnam z lekkim niedosytem i myślą, że jeszcze kiedyś tu wrócimy.