Szukaj
Nieoczywista Północ (Ewa Szyinska)

Nieoczywista Północ (Ewa Szyinska)

konkurs zgloszenie

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

„Nieoczywista Północ” powstała trochę na przekór – bo najbardziej ciekawi mnie to, co inni mijają, jadąc do miejsc uznanych za warte podróży. Jestem Ewka – motocyklem pod wiatr: podróżuję dla ludzi, smaków, historii i miejsc, które trzeba odkryć samemu, zamiast tylko odhaczyć je na mapie. Motocykl daje mi wolność, żeby skręcić tam, gdzie podobno „nie ma po co jechać” – i właśnie tam najczęściej zaczyna się moja podróż.

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 7
Ilość kilometrów: 3000
Ilość uczestników: 7
Ilość krajów: 2
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: Honda Transalp750
Rok wyprawy: 2026
Kanał Youtube:
Instagram: https://www.instagram.com/ewka_motocyklempodwiatr?igsi=MTd6d291ampsOW42aQ%3D%3D&utm_source=qr
Facebook:
Blog:

Pełen opis

Nieoczywista północ-bo adventure nie zaczyna się zawsze tam gdzie się kończy asfalt.Kiedy mówi się „wyprawa motocyklowa”, wyobraźnia dość szybko podsuwa gotowy zestaw obrazów: wysokie góry, serpentyny, szutrowe przełęcze, piach, bezdroża. Najlepiej jeszcze motocykl ubrudzony błotem, gdzieś daleko od cywilizacji.A co jeśli pojechać dokładnie w przeciwną stronę?!Tam, gdzie jest płasko. Gdzie zamiast przełęczy są groble, zamiast bezdroży – brukowane uliczki, a jednym z większych logistycznych wyzwań okazuje się znalezienie w centrum miasta miejsca, w którym kilka kobiet może zaparkować motocykle, zdjąć z siebie motocyklowe ciuchy i nie świecić przy tym czterema literami na pół chodnika.Rak właśnie powstał pomysł na Nieoczywistą Północ- wzdłuż Bałtyku i Morza Północnego.Byłam pomysłodawczynią i organizatorką tego wyjazdu. Sama układałam trasę, wybierałam miejsca, noclegi i postoje. Ale przede wszystkim od początku wiedziałam, że nie chcę organizować kolejnej wyprawy polegającej na przejechaniu z punktu A do B możliwie najbardziej atrakcyjną motocyklowo drogą.Północne Niemcy i Holandia raczej nie wygrywają rankingów wymarzonych motocyklowych kierunków.Nie ma tu alpejskich przełęczy. Nie ma spektakularnych serpentyn.Holandia jest płaska do granic przyzwoitości, ruch w miastach potrafi zmęczyć,a zamiast walczyć z kamienistym podjazdem można stoczyć znacznie mniej romantyczną walkę z miejskim parkingiem.Ale właśnie to dało impuls to działania.Bo skoro podróżujemy po to, żeby poznawać świat, dlaczego mielibyśmy wybierać wyłącznie miejsca, które wcześniej ktoś oznaczył jako „warte zobaczenia motocyklem”?Pierwsza była Rugia. Prom, wąskie drogi prowadzące między drzewami i Kap Arkona –najbardziej wysunięty na północ fragment wyspy.Motocykle trzeba zostawić wcześniej, bo na sam przylądek nimi nie wjedziemy.Nagle człowiek przestaje być motocyklistą, który ma jeszcze ileś kilometrów do zrobienia.Zaczyna iść. Rozglądać się.Zaglądać pomiędzy domy. Znajduje małą palarnię kawy.Wchodzi na latarnię morską i patrzy na Bałtyk z góry.Motocykl stoi gdzieś daleko, a podróż przecież nadal trwa.I chyba właśnie wtedy po raz kolejny pomyślałam, że bardzo często mylimy podróżowanie motocyklem z samym jeżdżeniem na motocyklu.A to nie jest to samo.Potem była Lubeka.Miasto, do którego nie jedzie się po winklachJedzie się zobaczyć ceglaną architekturę, wejść w stare uliczki, spróbować marcepanu i po prostu pobyć przez chwilę w miejscu,które przez setki lat żyło własnym życiem,zanim w ogóle pojawiły się motocykle.Była Brema, która kompletnie mnie zaskoczyła.Dojechałyśmy późnym popołudniem. Duży ruch, nowoczesne centrum i pierwsza myśl: „No dobrze… chyba tym razem nic mnie tu nie zachwyci”.A potem wystarczyło zostawić motocykl.Kilka ulic dalej zaczynało się zupełnie inne miasto.
Stare kamienice, wąskie przejścia, rzeka, światło zachodzącego słońca i miejsca, które odkrywa się dlatego, że skręciło się w uliczkę, której nie było w planie.Gdy wjechałyśmy do Holandii w uszach brzmiały mi słowa:przecież tam nie ma nic ciekawego.Kraj,który z perspektywy wielu motocyklistów ma jedną zasadniczą wadę: ktoś zapomniał zrobić tam góry.Za to zrobił kanały.I wiatraki.I miasta, w których człowiek co chwilę zastanawia się, czy właśnie idzie chodnikiem, ścieżką rowerową, czy może za moment zostanie rozjechany przez trzydzieści rowerów.Było Giethoorn.Motocykle zostały na parkingu, a my przesiadłyśmy się do małej motorowej łódki.Pierwsze minuty sterowania nią udowodniły, że kilka tysięcy kilometrów doświadczenia na motocyklu nie daje absolutnie żadnych kwalifikacji do poruszania się po wodzie.Początkowo płynęłyśmy mniej więcej tam, gdzie chciała łódka.Z czasem proporcje zaczęły się odwracać.I właśnie takie momenty pamiętam najlepiej.Nie liczbę kilometrów.Nie średnią prędkość.Pamiętam kanały, domy kryte strzechą, śmiech na łódce i sklep z serami, w którym sprzedawczyni była chyba ucieleśnieniem wszystkich wyobrażeń o Holenderkach – wysoka, charakterystyczna i niesamowicie sympatyczna.I ser o smaku piwa!Szalenstwo!Po drodze były jeszcze Enkhuizen, Gouda, Zaanse Schans, Amsterdam. Były wiatraki, porty, promy, groble i kilometry dróg biegnących niemal na poziomie wody.I była droga przez Morze Wattowe.Jeden z tych fragmentów trasy, które na mapie wyglądają po prostu jak kreska łącząca dwa punkty, a kiedy już się tam znajdziesz, nagle zwalniasz i rozglądasz się dookoła.To nie była droga, na której składałyśmy się w zakręty. Właściwie zakrętów prawie tam nie było. A jednak właśnie ten odcinek zapamiętałam jako jeden z najbardziej niezwykłych podczas całej wyprawy. Jedziesz przed siebie, horyzont wydaje się nie mieć końca, a motocykl przez chwilę staje się maleńkim punktem pośrodku ogromnej przestrzeni.I chyba właśnie za takie chwile najbardziej lubię podróżować.Ale ta wyprawa składała się również z dużo mniejszych historii.Z jedzenia kupowanego po drodze, kawy pitej tam, gdzie akurat miałyśmy ochotę się zatrzymać, i rozmów z ludźmi, których prawdopodobnie nigdy więcej nie spotkamy.Gdybym miała po tych prawie 3000 kilometrach powiedzieć jednym zdaniem, czym była dla mnie „Nieoczywista Północ”, powiedziałabym:Nie pojechałyśmy tam, żeby udowodnić, że północne Niemcy i Holandia są świetnymi miejscami do jazdy motocyklem.Pojechałyśmy sprawdzić, czy potrafimy zobaczyć przygodę również tam, gdzie nikt nam jej wcześniej nie obiecał.Bo prawdziwe podróżowanie nie zaczyna się na szutrze.Nie zaczyna się na pierwszej serpentynie.Nie potrzebuje gór, piachu ani granicy oddalonej o kilka tysięcy kilometrów.Czasem wystarczy motocykl, ciekawość tego, co znajduje się za kolejnym zakrętem – nawet jeśli ten zakręt prowadzi tylko do małego holenderskiego miasteczka – i ludzie, z którymi chce się tę drogę dzielić.Adventure nie jest rodzajem drogi, po której jedziemy.
Jest sposobem, w jaki patrzymy na to, co spotykamy po drodze.