Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby
Jeżdżę na motocyklu, bo to najlepszy możliwy sposób eksploracji tej wspaniałej planety. Mamy to szczęście, że nadal zostało nam tutaj wiele dzikich i wspaniałych miejsc. Kiedy dookoła nie ma sztuczności, otacza nas przyroda i płonie ognisko, wtedy jest dobrze. Prawdziwe wyprawy zawsze wiodą w nieznane. Mnie najlepiej smakują kiedy są intensywne, dzikie i ciężkie. Od dość dawna jestem szczęśliwie zakochany w Saharze.
Kilka danych o wyprawie
Kategoria zgłoszeania: Legalna wyprawa Offroadowa
Ilość dni: 21
Ilość kilometrów: 6000
Ilość uczestników: 4
Ilość krajów: 1
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: SuzUKi DR650 SE
Rok wyprawy: 2026
Kanał Youtube: https://www.youtube.com/@theruggedrides7616
Instagram:
Facebook: https://www.facebook.com/TheRuggedRides
Blog: https://www.theruggedrides.com/pl/adventures
Pełen opis
Czy w Algierii wolno chodzić z jednym oczkiem na wierzchu, czy dziki są odporne na ostrzał, dlaczego nikt nie traktuje nas wyjątkowo i czy wojsko karmi turystów truskawkami, czy można utonąć na pustyni i co na niej skamieniało? Tego wszystkiego można dowiedzieć się jadąc po prostu do Algierii i zbaczając nieco z asfaltu.
Wiecie jak to jest kiedy się czegoś bardzo, ale to bardzo chce? Wtedy zaczyna się robić przyjemnie, życie nabiera rumieńców a przed oczami pokazuje się cel. Przynajmniej jeśli jesteśmy zdrowi psychicznie… albo jakoś tak. W każdym razie ja bardzo chciałem jechać do Algierii, zrobiło się przyjemnie, a potem jeszcze bardziej, kiedy nagle drzwi możliwości otworzyły się na oścież. Marzenia to jedna z najlepszych rzeczy, jakie możemy mieć. A kiedy udaje nam się je spełnić, w pewien sposób wzbogacamy samych siebie. Jednym z moich największych marzeń, takim, które nosiłem w serduszku przez naprawdę długi czas, było dotarcie w góry Hoggar.
Algieria jest największym państwem Afryki. Ponad 90% jej powierzchni zajmuje Sahara, i jest to Sahara z najwyższej półki: fascynująca, niesamowicie tajemnicza i absolutnie hipnotyzująca. I nie chodzi mi tylko o jej rozmiar, bo pustynia jest tutaj wielokrotnie większa niż ta, którą możemy znać choćby z Maroka, jest też prawdziwie… pusta! To nie wygląda tak że pustkę definiuje tutaj kilkadziesiąt kilometrów w trakcie których nie spotkacie budynku czy choćby człowieka, tutaj będą ich setki, setki kilometrów olśniewającego piasku pustyni. Algierska Sahara skrywa takie niezwykłe miejsca jak spektakularne góry Hoggar, płaskowyże, kaniony i tajemnicze formacje skalne Tassili n’Ajjer czy czerwone piaski Tadrart Rouge…
Znałem te miejsca z migawek z pierwszych edycji Rajdu Dakar. Wyobrażałem je sobie, czytając książki i przewodniki Chrisa Scotta. Wszystkie były miejscami, które od dawna marzyłem zobaczyć. Przez wiele lat jednak nawet nie wierzyłem, że naprawdę uda mi się tam dotrzeć, nie mówiąc już o tym, żeby mieć jakiś realny sposób na zaplanowanie takiej wyprawy.
Powód był prosty, Algieria stała się naprawdę niebezpiecznym miejscem. Masowe ataki i porwania turystów, które zaczęły się na przełomie wieków i osiągnęły apogeum w 2013 roku, tak naprawdę nigdy się nie skończyły. W efekcie ruch overlanderów w Algierii niemal całkowicie zamarł. Najpierw zdobycie wizy stało się praktycznie niemożliwe, a później – ekstremalnie trudne. Podróżowanie po kraju stało się natomiast w zasadzie ograniczone do zorganizowanych wypraw, zabezpieczanych przez przewodników i żandarmerię.
Aż do całkiem niedawna…
Przygotowania zajęły ponad rok. Po drodze nie obyło się bez problemów i niepowodzeń, ale w końcu czekała na nas nagroda – algierska wiza. Zrobiłem wszystko, co tylko mogłem, żeby pomóc szczęściu. Przygotowywałem wszystko bardzo pieczołowicie, zarówno pod kątem samej trasy, jak i zwiększenia naszych szans na podróżowanie na własnych zasadach, bez eskorty i bez przewodnika. Miałem najlepszych doradców, podróżników którzy na Saharze byli po kilkadziesiąt razy. Pozostało już tylko sprawdzić, jak właściwie smakuje to spełnione marzenie?
Krótko mówiąc, nieprzyzwoicie dobrze! Zrealizowaliśmy plan dokładnie tak, jak go sobie założyliśmy, docierając daleko na południe, do jednych z najbardziej odległych i legendarnych zakątków Sahary. Nie, my nie przejechaliśmy po prostu przez Algierię, zrobiliśmy to w 100% off-roadowo, bez eskorty i bez przewodnika. Można powiedzieć, że podróżowaliśmy tak, jak robiło się to w starych, dobrych czasach. Dokładnie w naszym stylu.
Cały nasz pomysł polegał na tym, żeby naprawdę zanurzyć się w pustyni. Wjeżdżaliśmy do miasta, uzupełnialiśmy zapasy, a potem hyc!, bocznymi drogami kierowaliśmy się prosto w dzicz, nie zwracając na siebie większej uwagi. Wyłączaliśmy nawet światła, dokładnie tak jak miejscowi. A potem, kilkaset kilometrów dalej, po prostu znowu pojawialiśmy się na powierzchni. Szczerze mówiąc, nikt tak naprawdę nie wiedział, dokąd jedziemy, gdzie jesteśmy ani skąd przyjechaliśmy. Wymyśliliśmy nawet dla siebie nazwę: Desert Divers 🙂
Jechaliśmy śladem, który przygotowałem wcześniej, wyznaczając go bezpośrednio na podstawie zdjęć satelitarnych. Wiele, wiele wieczórów ciezkiej pracy. Dzięki temu mogliśmy pokonywać absolutnie unikalne trasy, w tym legendarne pisty, którymi prawdopodobnie od wielu lat nie przejechał żaden podróżnik.
Niektóre odcinki przez pustynię miały nawet 650 km i prowadziły przez prawdziwie baśniowe krajobrazy. Na przykład przez liczące 250 kilometrów aleje seifów – wydm o typowym, podłużnym kształcie, które od podstawy miewają nawet 300m wysokości.
Ponieważ zawsze podróżujemy całkowicie samowystarczalnie, bez samochodu wsparcia, musieliśmy być przygotowani na pokonywanie takich dystansów. Oznaczało to odpowiedni zapas paliwa, wody i jedzenia. Stąd, momentami, mieliśmy przytrokowanie nawet po 3 worki z paliwem i wodą, wieźlismy nawet po 50 litrów paliwa i 10 litrów wody.
Momentami pustynia fundowała nam naprawdę paskudne warunki pogodowe, włącznie z potężną burzą w samym środku Sahary. I jeszcze, całkiem przypadkiem, właśnie dzięki tej burzy odkryliśmy prehistoryczne cmentarzysko skamieniałych drzew…
Było nas czterech. Znamy się dobrze z wielu wcześniejszych wypraw do Afryki, wiemy, że możemy na sobie polegać i mamy bardzo podobny podróżniczy vibe. Śpimy tylko na biwakach, które rozkładamy w najpiękniejszych miejscach jakie znajdziemy, oraz unikamy asfaltu niczym szaleńcy. Nasze motocykle to przygotowana do rajdowej jazdy Husqvarna 701, dwa oldschoolowe “thumpery” Suzuki DR650 oraz zadziorny KTM EXC.
Wszystko zaczyna się dość klasycznie jak na wyprawę do Algierii, przekraczamy granicę, a chwilę później dostajemy własną, osobistą eskortę policyjną. Mieliśmy jechać po swojemu, a tymczasem ciągniemy się w konwoju w tempie śpiącego żółwia. Negocjacje, kolejni policjanci, kolejni “opiekunowie”, wspólna wizyta na plaży i atmosfera trochę jak w filmie Louisa de Funesa. W końcu, po półtora dnia, najwyższy rangą oficer macha ręką: jedźcie. I nagle okazuje się, że nie wiedzieliśmy jak smakuje wolność. Teraz wiemy. Ruszamy przez zieloną, górzystą północ, gdzie DR-y wspinają się po stromych kamienistych ścieżkach z gracja maszyn parowych, a potem trafiamy do Constantine, Timgad i świata rzymskich ruin. Po drodze jest jeszcze ulewa, mgła, zimno, dziki teren i drobny warsztatowy tuning db-killera robiony szlifierką na ulicy. Czyli Algieria zaczyna się dokładnie tak, jak powinna.
Docieramy do Ghoufi Canyon, niesamowite skalne krajobrazy i poczucie, że właśnie otworzyły się drzwi do zupełnie innej Algierii. Po kolejnej eskorcie, na którą wpadliśmy wspaniałomyślnie ignorując druty kolczaste i dawane nam przez wszechświat ostrzeżenia w postaci choćby wieżyczek obserwacyjnych, kierujemy się do doliny M’Zab i zaczyna się prawdziwe “Desert Divers”. Przez Biskrę znikamy na dobre w hamadzie, jadąc po ledwo widocznych śladach wygrzebanych wcześniej z satelitarnych zdjęć. Oczywiście niemal natychmiast zaczynają się przygody, a jeden z worków na paliwo postanawia opróżnić się sam, zabierając ze sobą około 20 litrów naszego świętego zapasu. Idealny moment na refleksję nad jakością sprzętu. W Ghardaia odkrywamy niezwykły świat Mozabitów i ich ufortyfikowanych miast, a potem śpimy w ogromnym korycie rzeki, przy ognisku, gdzieś pośrodku absolutnego niczego.
Czas na nasz królewski odcinek, liczący sobie ponad 600 kilometrów, wiodący z Ouargla do Bordj Omar Driss. Zajmie nam 3 dni. W Ouargla pakujemy paliwo dosłownie do wszystkiego, co może je utrzymać w stanie ciekłym, worki, butelki PET, nawet pięciolitrowy potwór po wodzie mineralnej, po czym ruszamy w pustynię. Przez pierwsze kilometry jeszcze jakieś ślady cywilizacji, potem już kompletnie nic. Tylko hamada, wyschnięte jeziora, wielkie połacie piachu i my, próbujący nie spalić całego paliwa na jednym miękkim odcinku. Wreszcie pojawiają się seify, gigantyczne, ciągnące się setkami kilometrów łańcuchy wydm. W tym momencie wiemy już dobrze, docieramy do tzw. “point of no return”, zastanawiamy się czy wracać, to ostatnia szansa zważywszy na paliwo. Nie zawracamy. Przejeżdżamy przez ogromne gassi między wydmami, praktycznie sami na całym tym obszarze, z wiatrem w plecy i burzowymi chmurami nad głową. A wieczorem patrzymy na pustynię skąpaną w złotym świetle i chyba każdy z nas wie, że właśnie wydarzyło się coś naprawdę wyjątkowego.
Następny etap to Graveyard Piste, ponad 450 kilometrów do Illizi, stare grobowce, wraki porzuconych samochodów i świadomość, że dokładnie w tej okolicy w 2003r zaczęły się porwania, terroryści pojmali wtedy 32 europejskich turystów. To jeden z tych momentów, kiedy piękny krajobraz przestaje być tylko pięknym krajobrazem, a ty myślisz o sensie tego wszystkiego co dzieje się dookoła. Jedziemy jednak dalej, przez Erg Issaouane i okolice Tassili, praktycznie bez kontaktu z ludźmi. Zamiast starej, zapomnianej trasy trafiamy na nową szeroką pistę, dzięki której połykamy kolejne kilometry z niebywała łatwością. Pustynia robi się wręcz bajkowa, wielbłądy, kozy, zieleń, tumany pyłu i ogromne ergi w tle. Do Illizi wjeżdżamy dyskretnie, najlepszą metodą jest po prostu nie rzucać się w oczy. Tankujemy, robimy zakupy i nocą serwisujemy motocykle przy pełni księżyca gdzieś w kanionie za miastem. Skoro dotarliśmy tak daleko, następnego dnia plan jest już kompletnie absurdalny: Djanet, Tassili, własna trasa przez pustynię, Hoggar i Tamanrasset. Czyli wszystko! Oczywiście.
Do Djanet prowadzi nas Fadnoun Plateau, krajobraz zupełnie księżycowy. Kiedy spadamy w dół płaskowyżu, Kondzio zgłasza problemy z oddychaniem, ból w klatce i bardzo wysoki puls. Konsultacja z lekarzami w Polsce przez Garmina brzmi jednoznacznie: możliwy zawał, szpital natychmiast. Kondzio odpowiada mniej więcej: “Nie.” I jedziemy dalej. Po drodze przelatujemy przez skalne kaniony i głęboki piasek Essendilene, tempo mamy iście rajdowe. “Nieźle jak na zawałowca”. Niestety, objawy się nasilają. Pędzimy do Djanet. Szpital okazuje się nieco trudniejszy do znalezienia niż przewidywaliśmy, zamiast oczywistego wejścia mamy mur, stragany i trzech gości z dredami. Ostatecznie jednak, otrzymana pomoc jest świetna. Zawału nie ma, jest zapalenie mięśnia oddechowego po wcześniejszym wychłodzeniu. A na dokładkę, poznany dozorca szpitalny, Hicham, zabiera nas do swojego ogrodu, gdzie dostajemy nocleg, barbecue i prywatny koncert berberyjskiego bluesa. Algieria, wersja all-inclusive.
Tassili n’Ajjer to moment, na który czekaliśmy od początku. Tankujemy 150 litrów paliwa, dzięki Hichamowi omijamy kilkusetmetrową kolejkę na stacji i znikamy w skalnym labiryncie Tassili. Czarne klify, złoty piasek, naturalne mosty, tunele, gigantyczne skalne katedry i tysiące prehistorycznych malowideł. Jednego dnia robię prawie 400 zdjęć, obłęd. W pewnym momencie pustynia szybko przypomina nam o całej swojej surowości. Tomek odpuszcza trudniejszy fragment, a później znika gdzieś w górach. My próbujemy skrócić trasę przez gigantyczne wydmy, spalając przy tym paliwo w tempie, którego zdecydowanie nie lubimy. W końcu rozbijamy obóz przy wraku starego Peugeota, który później okazuje się być jednak Toyotą. Jego bagażnik robi za kuchnię polową, gotujemy makaron z bakłażanem i tuńczykiem, a Tomka nadal nie ma. Zostajemy więc w trójkę, z ograniczonym paliwem i świadomością, że jutro trzeba jechać dalej. Klasyczny wieczór na pustyni.
Wreszcie przychodzi Hoggar, moje marzenie i powód który zaciągnął mnie tutaj w pierwszej kolejności. Najpierw jednak musimy znaleźć Tomka i paliwo. Tomek pojawia się o poranku, niczym duch pustyni, po czym każdy rusza swoją drogą. Docieramy do Idles, gdzie stacja benzynowa okazuje się właściwie eksponatem muzealnym, paliwa nie ma, za to jest tłum, dziwne samochody i przypadkowy facet mówiący do mnie po rosyjsku o tym, jak wspaniały jest Putin. Trudno o bardziej absurdalny moment w środku Sahary. Po kolejnych negocjacjach z żandarmerią ruszamy dalej praktycznie na oparach. I wtedy, niemal filmowo, na drodze pojawia się Tomek. Wspólnie wjeżdżamy w Hoggar. Na końcu Kuba odkrywa, że jego świeżo zamontowany łańcuch DID właśnie umiera, więc ja z Kondziem robimy poranny summit push na Assekrem. Przez starą, rozpadającą się pistę docieramy do bazaltowych iglic Hoggaru i na przełęcz Assekrem, do miejsca, które kiedyś wydawało mi się kompletnie nieosiągalnym marzeniem. Oczywiście na szczycie czeka sobie… “gendarmerie”. Nie mamy już na to ochoty, odbijamy do Tamanrasset. Romantyczna pustynia spotyka administrację.
A potem pozostaje już tylko powrót, prawie 1900 kilometrów asfaltu do Algieru. Teoretycznie najnudniejsza część wyprawy, praktycznie Sahara postanawia jeszcze raz dorzucić coś od siebie, burzę piaskową. Wiatr, jazda w pochyle, piach wciskający się wszędzie i motocykle wyglądające, jakby ktoś je wypiaskował. Po drodze moja maszyna potrzebuje nowych łożysk, więc lokalni ludzie prowadzą nas do warsztatu i pozwalają korzystać z narzędzi. Właśnie takie momenty najlepiej pokazują Algierię, ogromna pustynia, rzeczywiste problemy, a gdzieś na środku tego wszystkiego ktoś po prostu mówi „roulement” i jedzie skuterem po łożyska. W końcu docieramy do Algieru, włóczymy się po Kasbie, chłoniemy ostatnie godziny tej wspaniałej podróży. Następnego dnia ruszamy do portu.
Trzy tygodnie wcześniej wjechaliśmy do Algierii, nie wiedząc nawet, czy uda nam się przebić na południe. Teraz kończymy naszą przygodę. Była wspaniała, warta każdej chwili. Jeszcze na granicy, drzemiąc na ziemi w kolejce samochodów, rozmyślam nad powrotem. Sahara uwodzi i zostawia w nas swoje odbicie, niezwykłą ciszę, która wypełniała każdą noc pod gwiazdami, bezkres, w którym człowiek czuje się jednocześnie maleńki i w pełni obecny. Ona nie krzyczy o uwagę, po prostu czeka, cierpliwie, aż wrócisz.



