Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby
Na codzień nudny facet od klikania w komputer. Po pracy głównie tata.
Sporadycznie spanikowany offroadowy amator.
Kilka danych o wyprawie
Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 1
Ilość kilometrów: Nie pamietam
Ilość uczestników: 1
Ilość krajów: 1
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: KTM 640 Adventure R
Rok wyprawy: 2026
Kanał Youtube:
Instagram:
Facebook: https://www.facebook.com/lajza161
Blog:
Pełen opis
Dobra, opowiem wam, jak jechałem na RATsCamp 2026. No więc miało ze mną jechać kilka osób, ale ostatecznie na miejscu zbiórki byłem sam, przy czym specjalnie wybierałem start z Ojcowa, bo to ładna trasa i miejsce, także fajnie mi się startowało. No i cisnąłem sobie offem, pozdrawiałem ludzi pracujących na polach, mijałem stada saren i zające – pięknie było. Przejechałem drogą w las i dotarłem do ogromnych kolein zostawionych przez harvestera. Szybki zwiad na nogach – generalnie wyglądało to przerażająco, ale do zrobienia. No to cisnę, wspinam się po tych górkach, jedzie się ciężko, ale znośnie i nagle błoto. Zakopałem się mocno, ale spoko, spoko – widziałem tyle filmów z techniki jazdy, że wiedziałem, że jak trochę pobujam, pchnę i dam gazu, to się wyrwę. Wyrwałem się, ale pojawiła się myśl, że może jednak trzeba zawrócić. Przy czym po obu stronach koleiny 30–40 centymetrów, więc moim klockiem z bagażem bym się nie wspiął bez wywrotki. No to myślę: „Cisnę dalej, aż się wypłaszczy i tam zawrócę”. Po jakichś 10–15 metrach widzę kałużę. No i może nie wyglądała zbyt okazale, ale za to śmierdziała jak duża i generalnie jakoś tak nieciekawie. Wbijam na spokojnie i dobrze, bo jakbym poszedł pełnym piecem, to bym poleciał na ryj. Tak się zakopałem, mniej więcej do połowy koła, że motocykl stał sam w błocie. No to kombinuję, próbuję go targać, pcham go z gazem, tarmoszę na boki – nic się nie udaje, nawet o kawałeczek ruszyć. Ściągnąłem więc cały bagaż i znowu próbuję – ani drgnie krowa jedna. No to nic, ubieram plecak i idę do wsi, 2 km dalej popitalam w tych moich cichobiegach („10 000 kroków – gratulacje” – mówi zegarek), aż spotkałem jakiegoś ziomka. Szybka konsultacja skończona na „O kurwa, stary, wszyscy w robocie”, na szczęście poparta „Czekaj, nie zostawię Cię” i już biegamy we dwóch po wsi i pytamy, czy kto nie pomoże. W końcu jedna osoba mówi: „Dobra, idźcie tam, zaraz będę”. No i idziemy na miejsce mojego wymuszonego postoju. Ja to już ledwo, ledwo, bo buty enduro to są, żeby od motocykla przejść do Żabki, a nie sobie rajdy po wsiach urządzać, i słyszę – coś pyrka wesoło za nami… CIĄGNIK! Przyjechał potężny Ursus a ja to chyba nigdy tak się nie cieszyłem na widok PRLowskiego cudu techniki. Kierownik wysiada, patrzy na koleiny i wydaje głębokie westchnięcie: „O chuj, chłopie, gdzie żeś się ty wpakował…”. No i nie ma rady, koleiny takie, że nawet John Deere by się rozpłakał, także idziemy drogą na nogach z optymizmem, myśląc, że jakoś to będzie – trzech chłopa to już jakoś da radę. No, daliśmy! Godzinę wyciągania z błota, z zastosowaniem dźwigni i zaklęć polskiej szkoły magii, potem wytaczanie tego klocka do lasu, żeby się nie pchać tymi koleinami, i pchanie przez las do drogi. Dopchaliśmy do drogi, pomogli mi przytargać bagaże no i pytanie: „Dasz sobie dalej radę?”. Co mam nie dać, jak dam! Twardy jestem, enduro to nie rurki z kremem, trzeba jechać dalej. Zapakowałem jakoś ten mój cały szpej, siadam na motorek, przekręcam kluczyk, naciskam, a on: „ekhu, ekhu” i tyle. No dobra, dlatego sobie człowiek sprawił hardkorowe, stare enduro, żeby było wyjście z takich sytuacji – jest kopa, można drania pierdyknąć z pięty. Tylko do tej pory to ja kopałem w laczkach, w garażu, jak sobie stał na centralnej, a nie w lesie, uwalany błotem, z bagażem i wypompowany jak po maratonie. No to kopię i kopię, coś tam niby zagadał, po czym śmiesznie pyrknął i zdechł. Pełen desperacji pomyślałem, że może go popcham – tam dalej jest z górki, to może go odpalę, ale nierówna leśna droga szybko mnie zweryfikowała. No to siedzę na tym moim królu bezdroży, napiłem się wody, zjadłem batonika i kombinuję. Wpadłem w końcu na pomysł: odpalę, od razu gaz i będę go tak trzymać na wysokich obrotach, wbiję bieg i jadę. Udało się, wyrwałem się z lasu. Szczęśliwy jadę, przejechałem wioskę, na skrzyżowaniu redukcja i obroty spadły, silnik zdechł. Siłą rozpędu dotoczyłem się na parking pod kościołem, postawiłem motocykl i próbuję go odpalić. Zmęczenie wzięło górę i po kolejnym kopie wywaliłem cały ten mój majdan, usiadłem obok i wyciągnąłem telefon. Dzwonię do znajomka, który oferował pomoc – będzie za godzinę. Sam już nie mam siły. Chodzę po wsi, udało się zatrzymać jakieś auto, pomogli mi podnieść tego klocka, no to myślę: niech stoi, obeschnie gaźnik, spróbuję za dwadzieścia minut. Akurat o 15:00 otworzył się lokalny sklep, to uzupełniłem zapas wody, zimne bezalkoholowe i jakiś cukier. Usiadłem sobie i tak patrzę przed siebie – chillerka. Patrzę, a tam drogą do sklepu drepta sobie mój wcześniejszy wybawca. Jak mnie zobaczył, to prawie się wywrócił ze śmiechu. Pomachałem mu, podszedłem, wyjaśniłem sytuację i zaproponowałem, że postawię piwo za ten poprzedni ratunek. Ziomek okazał miłosierdzie, stwierdził, że poczeka na kolegę razem ze mną, no i sobie tak siedzimy i rozmawiamy. Czas miło płynie, ale ten stojący motocykl to mnie drażni jak bolący ząb. Niby wiadomo, że trzeba iść do specjalisty, ale będziesz go tykał językiem, żeby sprawdzić, jak bardzo boli i czy może już przestało. No to kopię drania, ale on tylko chwilę pogada i gaśnie. Ale, ale! Człowiek nie na próżno uczył się z czatem gie pe te, żeby siedzieć bezczynnie. Mówię więc do koleżki: „Słuchaj, wiesz, gdzie jest w gaźniku śruba od jałowych obrotów?”. Widząc brak zrozumienia w oczach mojego towarzysza, mówię: „Dobra, trzymaj gaz pomiędzy 2 a 3 tysiące obrotów”. Sam zlazłem, podkręciłem obroty, przestał gasnąć. Ucieszony pozwoliłem, żeby silnik sobie chwilę popyrkał, zgasiłem go i czekam. Przyjechał mój towarzysz podróży, ale urwała mu się śruba trzymająca osłonę kolektora, więc po przywitaniu się padło: „Chłopy, a macie jakiś drut?”. Znalazł się, były i kombinerki. Zaczepione, wszystko gitara, możemy jechać. Zbiliśmy pionę z moimi wybawcami (w międzyczasie przyszedł drugi), ustawiliśmy nawigację na OW Lotnik w Staszowie i jedziemy. Ujechaliśmy może kilkanaście kilometrów i nagle na zakręcie zablokowało mi się tylne koło. Jeszcze kilka lat temu, jak jeździłem tylko na asfalcie, to uślizg tylnego koła pewnie by wyrzucił mnie z drogi i zabił, ale teraz na spokojnie wyprowadziłem motocykl, wyhamowałem go i zatrzymałem. Źle zamontowana torba przytarła się o koło, wysypały się moje ubrania, spodnie strzaskały mi osłonę łańcucha, wkręciły się w łańcuch i zablokowały tylne koło. No to przesunęliśmy jakoś motocykl na pobocze, pochylamy się nad problemem i nagle jedzie sobie patrol policji. Szybka weryfikacja, czy wszystko z nami OK, zablokowali pas, żeby nikt w nas nie wjechał, no i jeden z policjantów próbuje targać z nami te spodnie, drugi siedzi wyraźnie zniesmaczony sytuacją w radiowozie i się nie wychyla. Trzech nas targa tę szmatę, a ten nagle się wychyla: „PAN CAŁĄ DROGĘ Z TAKĄ TABLICĄ JEŹDZI?!”, bo wiecie, brudna od błota. Ja na to: „Nie no, dopiero z błota wyjechałem, nie było kiedy wyczyścić”. Ziomek podszedł i bez słowa przetarł łokciem. Jakoś się udało wyciągnąć smutne wspomnienie po moich spodniach, zjechać do zatoczki i stanąć przed problemem wielkiej dziury w mojej torbie. Powertape odpowiedzią na wszystko – taki specjalny, żółty, fliziarski. Rana zaklejona, bagaż poprawiony, dojechaliśmy na miejsce już bez przygód, a reszta wyjazdu?
Reszta wyjazdu to już inna historia



