Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby
44-letni emeryt na wakacjach. Obiecał sobie 8 lat temu miesięczny wyjazd i dotrzymał słowa.
Kilka danych o wyprawie
Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 25
Ilość kilometrów: 7000
Ilość uczestników: 1
Ilość krajów: 12
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: BMW R1200RT
Rok wyprawy: 2024
Kanał Youtube: https://youtube.com/@brygadarr2025?si=qF1VOvda9rh5G_U4
Instagram: https://www.facebook.com/share/v/17SR8j5gvV/
Facebook: https://www.facebook.com/share/1BCdgq51nx/
Blog:
Pełen opis
Osiem lat temu obiecałem sobie, że jeśli dotrwam do emerytury, wyjadę na minimum miesiąc.
Dotrwałem.
Mam 44 lata i jestem emerytem.
Przez osiem lat powtarzałem sobie, że gdy nadejdzie ten moment, ruszę w drogę. Kiedy w końcu nadszedł, nie pozostało mi nic innego, jak dotrzymać danego sobie słowa.
Plan był prosty. Wsiąść na motocykl, pojechać na Bałkany i przez miesiąc zobaczyć kilka ciekawych miejsc. Rumunia, może Balaton, kilka atrakcji po drodze i spokojny powrót do domu.
Ta podróż miała być rozsądna.
Naprawdę.
Problem w tym, że plan przestał istnieć szybciej, niż zdążyłem się do niego przywiązać.
Silny wiatr wygonił mnie z chorwackiej wyspy Krk. To właśnie wtedy zaczęła się prawdziwa przygoda. Zamknięte drogi, spontaniczne decyzje, przypadkowe noclegi i źle ustawiona nawigacja zaczęły pisać własny scenariusz tej podróży.
Zamiast realizować przygotowaną trasę, zacząłem po prostu jechać tam, gdzie prowadziła ciekawość albo pozwalała pogoda.
Tak trafiłem do Bośni, nad rzekę Unę, czy do pięknego miasta z wodospadem w centrum Jajce. Kiedy po drodze do Mostaru zauważyłem niesamowite miejsce. Postanowiłem, że kawałek podjadę, asfalt się skończył. Jednak miejsce było tak cudowne, że przyciągało mnie jak największy na świecie magnez. I wiecie co ? Warto było dojść ostatnie 3km. “Pukli klis” miejsce tak dzikie, że na google maps miało tylko jedną opinię. Ja napisałem drugą ( sprawdźcie ) . Chociażbym napisał 1000 słów, żadne nie opisze tego widoku. Na szczęście miałem drona i on zrobił mega robotę.
Kanion Pivy, który okazał się jednym z piękniejszych miejsc całego wyjazdu. Następnie był Durmitor, który przez zasypane drogi śniegiem nie pokazał całego piękna. Kosowo, wąwóz Rugova, Albania, Macedonia, aż pod Grecję, Serbię i dziesiątki miejsc, których nie było w żadnym pierwotnym planie.
Najbardziej zapamiętałem jednak nie znane atrakcje, lecz miejsca odnalezione przypadkiem. Wodospady Niagara czy Sopotnica, gdzie przez długi czas byłem praktycznie sam. Dziki nocleg na punkcie widokowym w Albani, do którego trafiłem zamiast do wcześniej zarezerwowanego hotelu. Wąskie drogi prowadzące przez góry, gdzie częściej spotykałem pasterzy niż turystów.
Jednak największym zaskoczeniem tej podróży nie były góry, kaniony ani drogi. Byli nim ludzie.
Przed wyjazdem wydawało mi się, że jadę oglądać krajobrazy. Wróciłem z przekonaniem, że to właśnie spotkani po drodze ludzie tworzą prawdziwą wartość podróży.
W Mostarze poznałem bezdomnego Chińczyka. Człowieka niezwykle inteligentnego, władającego kilkoma językami. Opowiedział mi historię swojej rodziny, prześladowań, obozu, tortur i życia, które zostało brutalnie wywrócone do góry nogami. Najbardziej rozwaliła mnie wiadomość, że ma dokładnie 44 lata czyli tyle co ja. Spotkanie, które miało trwać kilka minut, zostało ze mną do dziś i cały czas myślę jak mu pomóc.
W Serbii na ruinach zamku zagadnął mnie człowiek, którego początkowo wziąłem za lokalnego pijaczka. Trzydzieści sekund później rozmawialiśmy jak starzy znajomi. Kilka minut później zapraszał mnie wraz z żoną na wakacje do Turcji.
W Macedonii wystarczyło jedno czerwone światło. Motocyklista stojący obok spojrzał na polskie tablice i zamiast przywitania zaśpiewał: „Robert Lewandowski!”. Po kilku zdaniach okazało się, że mieszka dokładnie tam, dokąd zmierzałem ( Theth ) . Zaprosił mnie do swojej restauracji, zapłacił za przejazd bramkami, postawił kawę, dał swój numer telefonu i powiedział, że jeśli kiedykolwiek będę miał jakikolwiek problem w jego kraju, mam do niego dzwonić o każdej porze.
W Kosowie właściciel wypożyczonego motocykla postanowił nie tylko wydać mi kluczyki. Wsiadł na swój motocykl i razem ze znajomymi zabrał mnie na całodniowy przejazd na TET Kosowo. Dzień zakończyliśmy przy pieczonym jagnięciu, a za całą tę gościnność nie dał sobie zapłacić nawet jednej złotówki.
Były też mniej spektakularne sytuacje jak nocleg u Prokuratora Generalnego w jego domu w Peje. Tankowanie motocykla, które zamieniło się w testowanie nowego motocykla pracownika stacji, kiedy on biegał z moim dronem za plecami . Wspólne kawy z ludźmi poznanymi przypadkiem. Rozmowy, które zaczynały się od jednego pytania i kończyły wymianą numerów telefonów.
Bałkany zachwyciły mnie widokami. Ale najbardziej zapamiętam ludzi. Otwartych, serdecznych, ciekawych świata i gotowych pomóc człowiekowi, którego poznali dosłownie minutę wcześniej.
Podczas tej wyprawy wielokrotnie okazywało się, że najlepsze decyzje były efektem pomyłki. Brak gotówki zmieniał miejsce noclegu. Zamknięta droga zmieniała kierunek jazdy. Nawigacja potrafiła doprowadzić mnie do zupełnie innego miasta niż planowałem odwiedzić. Raz miałem dojechać do Belgradu. Wydawało mi się, że dojechałem. Sprawdzam w nawigacji , bo jakiś mały ten Belgrad , a ja jestem 70 kilometrów dalej w Šabacu i do dziś nie jestem pewien, kiedy dokładnie ten plan się zmienił.
I właśnie dlatego ta podróż była tak wyjątkowa.
Nie była próbą zaliczenia jak największej liczby atrakcji. Była przypomnieniem, że przygoda zaczyna się tam, gdzie kończy się kontrola nad planem.
Po tysiącach kilometrów, jedenastu krajach, dzikich noclegach, niezliczonych serpentynach i niespodziewanych zwrotach akcji wróciłem do domu bogatszy nie o zdjęcia, ale o historie.
Bo najciekawsze miejsca na mapie bardzo często nie są zaznaczone żadną gwiazdką.




