Szukaj
Kirgistan – Chiny – Nepal (Aleksander Poniewierski)

Kirgistan – Chiny – Nepal (Aleksander Poniewierski)

Zgłoszenia w konkursie Adventure Rider 2026

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Po ekscytującej karierze w biznesie i odwiedzeniu 99% krajów na świecie w taksówkach jezdząc miedzy hotelem – biurem i restauracjami czas na prawdziwa przygodę. W kolejne 9 lat mam zamiar odwiedzić wszystkie najwspanialsze trasy motocyklowe na świecie. Namówiłem do tego mojego syna i żonę. Działamy. Mamy już po pierwszych 18 miesiącach na swoim koncie Chile, Argentynę, Maroko, Kirgistan, Kazachstan, Chiny, Tybet, Nepal i 1/2 Polski. Plany na ten rok to Korsyka, Sardynia, Alpy, Tybet, Nepal i Chiny ponownie, Laos, Tajlandia, RPA, Namibia, Botswana, Zambia, Zimbabwe, Tanzania i Kenia.

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: Długa Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 27
Ilość kilometrów: 6500
Ilość uczestników: 10
Ilość krajów: 5
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Tak
Motocykla na którym podbijano świat: GS1300 , Kawasaki 650 (A2)
Rok wyprawy: 2025
Kanał Youtube:
Instagram: https://www.instagram.com/aleksanderponiewierski/
Facebook: https://www.facebook.com/aleksander.poniewierski.7
Blog:

Pełen opis

Aleksander Poniewierski

30 lat w korporacji. W ciągu ostatnich 10 lat miałem rolę globalnego lidera nowych technologii. W tym czasie zrobiłem ponad 5 milionów kilometrów… w samolocie. W niektórych miejscach czułem się swobodniej niż w domu. Jest już kiepsko, kiedy stewardesy nie tylko rozpoznają cię w samolocie, ale bez pytania wiedzą, co pijesz i jakie masz alergie.


Gdy przeszedłem na emeryturę (korporacyjną), którą niektórzy nazywają zakończeniem pewnego etapu w życiu, a jeszcze inni rentierstwem, postanowiłem, że zrobię prawo jazdy na motocykl. Zawsze marzyłem o jednośladzie. Początkowo moi rodzice nie pozwolili mi, bo się bali, potem jakoś nie było czasu, no i wygoda w klimatyzowanej limuzynie. Ale udało się (dosłownie, bo zdałem za czwartym razem) zdobyć prawo jazdy kategorii A. Namówiłem swojego syna (studenta), aby też zrobił. On oczywiście za pierwszym razem. Wstyd? A może i okazja do wypraw jak równy z równym, bez patosu ojciec–syn, mistrz–uczeń i ciągłego powtarzania: zrób tak, nie rób tak. Dwie świeżynki.


Postanowiliśmy, że nasza pierwsza wyprawa motocyklowa będzie w Patagonii. A jak. Przecież mamy już na koncie przejechane z 2000 kilometrów, z czego z 500 na placu manewrowym. Wybór motocykli – oczywisty. Zawsze chciałem mieć Kawasaki. Jakoś kojarzyło mi się z motocyklami. Ładny, zielony i szybki. Poszliśmy do salonu i wybraliśmy dwa rumaki – dla mnie Versys 1000, dla mojego syna Versys 650 (A2). Trasa w Patagonii to jakieś 6500 km, więc musimy od razu zmienić koła na szutrowe, dokupić gmole i koniecznie halogeny.


Wyprawę zamówiliśmy u Krzysztofa Samborskiego w ADVFactory. Kiedy zrobiliśmy pierwsze spotkanie, na ulicach był już śnieg. W kawiarni w Jankach popatrzył na mnie i mojego syna, Iwo, i powiedział: „Ale wy, chłopaki, już kiedyś jeździliście… nie?”. My spojrzeliśmy na siebie i zgodnie powiedzieliśmy: „No nie”.


Sambor chyba przez całe to spotkanie myślał, że jesteśmy stuknięci. Pytał, jakie mamy kaski, jakie buty. Iwo notował rekomendacje naszego guru. Zrobiła się z tego całkiem długa lista. Nawet znalazł się na niej namiot. Kurczę, na co my się porywamy.


Zakupy zrobione, motocykle na lawecie przewiezione do bazy ADVFactory. My jeszcze dokupiliśmy kilka fatałaszków, apaszek, bluz z napisami i setki gadżetów. Po dwie latarki, no bo jakby się miały baterie wyczerpać, to trzeba mieć zapasową. Pompka do kół koniecznie na baterie i zapasowa do zapalniczki. Samych pierdół mieliśmy 40-litrową Kriegę. Jak pakowałem płatki mydlane, aby prać odzież, moja żona powiedziała, że jesteśmy nienormalni. W sumie to te płatki gdzieś zostawiłem. A takie były fajne… amerykańskie.


Po przylocie do Santiago de Chile zrobiliśmy sobie 3-dniowy rajd po winnicach w wynajętym samochodzie. Ostatniego dnia przyjechaliśmy do magazynu celnego i odebraliśmy nasze rumaki. Ubrani w nowiutkie kombinezony mieliśmy do zrobienia 400 km autostradą na południe. Ciepło było. Dojechaliśmy do hotelu jako ostatni, co było wiadome. Padłem. Nawet nie miałem siły nic zjeść.
Rano pierwszy poważny dzień i pierwsze szutry. Nigdy wcześniej nie jechałem po szutrze. 150 km lekkiego szutru, a my na tych naszych drogowych maszynach. Niepewność i strach przed poślizgiem paraliżowały nas całkowicie. Maksymalna prędkość 30 km/h. Pod koniec dnia odważyliśmy się już jechać ponad 50 km/h.


Kolejnego dnia pył i szuter ponownie. No cóż, do przejechania było z 400 km, więc musieliśmy przyspieszyć. Nasi towarzysze podróży dawali dobre rady: stań na podnóżkach, nie trzymaj tak ciasno kierownicy, załóż gogle. Po tym dniu była pierwsza noc pod namiotem. Wodospad, cisza i twardy materac. O północy wyniosłem z namiotu buty swoje i syna. No i założyłem zatyczki do uszu.
Kolejne dni to już była radość podziwiania widoków. Gdzieś przed pierwszym przekroczeniem granicy Chile–Argentyna oderwała mi się tablica rejestracyjna. Schowałem ją do kufra. Przejechałem jeszcze 7 razy przejścia graniczne i nigdy jej nie wyciągnąłem.


Miejsca, w których byliśmy, były wspaniałe. Lasy, góry, jeziora. Świetna pogoda i niesamowity wiatr na Ziemi Ognistej. Z każdym kilometrem czuliśmy się coraz pewniej na motocyklu. Nawet grząskie piaski na odcinkach, gdzie były roboty drogowe, nie robiły już na nas wrażenia.


Pewnego dnia, pod koniec wyprawy, złapałem gumę. Zakorkowaliśmy oponę. Niestety powietrze uchodziło, więc co 20 km musiałem stawać i dopompowywać. Przejechaliśmy tak ponad 400 km. W ostatnim industrialnym mieście Argentyny – Rio Grande – polowaliśmy od rana na zakład wulkanizacyjny. Okazało się to niemałym wyzwaniem, bo nikt nie chciał wymienić opony z kutych felg. W końcu trafiliśmy do takiego „warsztatu świrów”.


Miejsce, w którym spotykali się lokalni off-roadowcy. Zmienili koło, zawulkanizowali a wszystko to w atmosferze piwa i trawy. Oczywiście oni, nie my. Zakład ten okazał się zbawienny, albowiem w Ushuaia nalali nam złej benzyny (z gliceryną), co zatrzymało nas na drodze (świece spalone). W niedzielę Iwo załatwił lawetę, która przewiozła nas i motocykle 150 km. Chłopaki czekali w swoim zakładzie do północy. Następnego dnia rozkręcili, wyczyścili i wypuścili nas do dalszej drogi.


Patagonia jest kosmiczna, szczególnie na motocykl. Ale trzeba mieć odpowiedni – na asfalt i szuter. Na strumyki i piasek. Taki, który wytrzyma wiatr boczny 70 km/h i nie będzie przenoszony z pasa na pas. Nasze nie były perfekcyjnym wyborem, ale na pewno robiły furorę wśród miejscowych.
Już na wyprawie postanowiliśmy, że odpoczniemy kilka miesięcy i jedziemy w Himalaje. I tak zrobiliśmy. Telefon do Sambora. Kierunek: Kirgistan, Chiny, Tybet i Nepal. Iwo niestety musiał mieć ten sam motocykl. Ja zamieniłem na GS 1300.


Na miesiąc przed wyprawą okazało się, że przejście graniczne między Tybetem i Nepalem zostało zniszczone przez powódź. Była obawa, że nie pojedziemy. Pojechaliśmy. W Kirgistanie kolejna niespodzianka – nie możemy jechać wzdłuż Pakistanu, lecz musimy zrobić koło przez Kazachstan i przy granicy z Mongolią. Ale co tam – będzie zabawa. I była.


Na granicy kazachsko-chińskiej spotkaliśmy się z naszą grupą: Grecy, Kanadyjczycy, Austriacy, Niemcy, Nowa Zelandia i USA. Skład na medal. Jeden z uczestników – 76 lat. Para influencerów na motocyklu z lat 90. No i my. Już nie świeżynki, ale jeszcze 6000 km przed nami.


Pierwsze kilka dni to przebijanie się po autostradach. Super jakość, brak samochodów i jedynie co kilka kilometrów flesze z radarów. Musieliśmy zarejestrować motocykle na chińskie numery i odebrać chińskie prawo jazdy. Miało to swój koloryt i było to ciekawe doświadczenie. Chiny nie są często odwiedzane przez motocyklistów. Grupy z przewodnikiem i bardzo kontrolowana trasa przejazdu.
Bardzo sympatyczni ludzie po drodze i każdy chciał z nami robić sobie zdjęcia. Co oczywiste, bo jesteśmy przystojni. Benzyny nie da się nalać ot tak z dystrybutora. Trzeba nalewać do konewki i przenosić za stację benzynową. Ciekawe, ale czy bezpieczniejsze?


Centralne Chiny są specyficzne. W zasadzie nie ma tu turystów. Miasteczka, te mniejsze i średniej wielkości (oczywiście każde po kilka milionów mieszkańców), oferują tradycję. Życie biegnie powoli.
Wjazd na Wyżynę Tybetańską to już coś zupełnie innego. Nie tylko wysokości robią wrażenie. Tam na setkach kilometrów trwają prace budowlane. Wszystkiego: drogi, mosty, tunele. Infrastruktura, jaka powstaje, robi piorunujące wrażenie. Rozmach.


Gdy dojechaliśmy na ok. 4000 m n.p.m., zatrzymaliśmy się w hotelu (jak można go tak nazwać) na noc. Żeby się odpowiednio zaaklimatyzować, postanowiliśmy zrobić wycieczkę na wzgórza. Piękne widoki. W oddali ośnieżone szczyty gór. Po mniej więcej godzinie zostaliśmy aresztowani przez wojsko…
Okazało się, że weszliśmy na teren poligonu. Co więcej, robiliśmy całkiem sporo zdjęć – nieświadomi niczego. Zostaliśmy szybko sprowadzeni do hotelu, gdzie wytłumaczono nam w praktyce, że nie warto chodzić po obiektach wojskowych. Zdjęcia wykasowane i przesłuchania do późnych godzin nocnych.
Co przekonało oficerów o braku zamiaru szpiegostwa? Motocykle. Jako że nie widzieli ich wiele z Europy, doszli do wniosku, że musimy być prawdziwymi podróżnikami.


Sam Tybet i Lhasa (jego stolica) to istna perełka kultury buddyjskiej. Byliśmy z Iwo w Lhasie 12 lat wcześniej. Miejsce całkowicie się zmieniło. Dalej czuć specyficzny klimat, lecz jest on już bardzo zneutralizowany wielkimi inwestycjami chińskimi.


Z Lhasy do Nepalu jechaliśmy legendarną drogą 318. Cudo to mało powiedziane. Pasma górskie, base camp Mount Everest i tysiące winkli. A co najlepsze, drogi są prawie zupełnie puste, więc jedziesz, patrzysz i wzdychasz, że za krótko.


Ostatni dzień to było piekło. Przez 17 godzin zrobiliśmy odcinek 120 km z Chin przez prowizoryczne przejście graniczne z Nepalem. Potem przejazd osuwiskami w dżungli. Drogi zerwane. Błoto, kamienie i dziury. A dziury takie, że całe koło wpada, a niektóre to i cały motocykl. Iwo na tym swoim 45-konnym rumaku, opakowanym kuframi i torbami. Co rusz spadał mu łańcuch. Naciągnął się i z co najmniej trzech ogniw można było go skrócić.


Sam wjazd do Katmandu to też niezły epizod, nadający się na odcinek w Netflixie. Tysiące motocykli poruszających się w rytmicznym tempie. Jedyne, co musisz robić, to płynąć z nurtem. Już po godzinie lub dwóch wiesz, że musisz patrzeć tylko na tych z przodu. I jakoś będzie. Zwiedzanie Katmandu jest urocze. To jedno z tych miejsc, gdzie zegar się zatrzymał. W szczególności gdy skończyłeś wyprawę i potrzebujesz piwa, pizzy i stąpania stopą po ziemi.


Co przed nami? Bo ten rok, czyli 2026, to będą kolejne dwie wyprawy. Ponownie Chiny, ale z Laosem i Tajlandią, oraz Afryka — od RPA przez Namibię, Botswanę, Zambię, Zimbabwe, Tanzanię aż do Kenii.
Nasza ekipa się powiększa. Namówiłem swoją żonę, aby zrobiła prawo jazdy. Jedzie z nami.
Będzie się działo.