Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby
Hej, żaden ze mnie podróżnik, ale staram się robić wszystko, żeby to zmienić i zobaczyć jak najwięcej! Do zobaczenia 😀
Kilka danych o wyprawie
Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 25
Ilość kilometrów: 8 000
Ilość uczestników: 2
Ilość krajów: Polska
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: R1200GS Adventure
Rok wyprawy: 2025
Kanał Youtube:
Instagram:
Facebook:
Blog:
Pełen opis

Nasza podróż do Turcji rozpoczęła się w Warszawie, główny celem była Turcja, a na najbardziej wysuniętym punktem był Dark Canyon – Karanlık Kanyon. Jechaliśmy naszym niezawodnym BMW R1200GS Adventure. Prawdę mówiąc, byłem pełen obaw. Turcja to inny kontynent, inna kultura i ogromna odległość, ale żona skutecznie mnie przekonała.
Ruszyliśmy przez Słowację, Węgry, a potem przez Rumunię, gdzie pokonaliśmy malowniczą Trasę Transalpina – drogę pełną zakrętów, wznoszącą się na nieprawdopodobne wysokości, z widokami zapierającymi dech w piersiach. Pokonywanie kolejnych serpentyn było dla nas czystą przyjemnością, a otaczające krajobrazy, gęste zielone lasy i skaliste szczyty, tworzyły wspaniałą scenerię dla naszej motocyklowej podróży. W Bułgarii zatrzymaliśmy się przy pomniku Buzłudża, który wywarł na nas ogromne wrażenie. Jest to monumentalna konstrukcja, wyglądająca jak betonowy przybysz z innej planety, stanowiąca kiedyś siedzibę władzy i która dziś jest fascynującym świadkiem historii. Przejazd przez turecką granicę był stresującym momentem, ponieważ nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Na szczęście wszystko poszło bezproblemowo, poza ogromną ilością aut oczekujących na wjazd i piekielnym upałem. Krajobraz zaczął się stopniowo zmieniać, stając się bardziej suchy, śródziemnomorski.
Pierwszą noc spędziliśmy w Edirne – dawnej stolicy Imperium Osmańskiego. Przyjazd był późny, więc ograniczyliśmy się do krótkiego spaceru po starówce i kolacji, zanim wróciliśmy do hotelu, by nabrać sił na dalszą drogę.
Kolejnego dnia czekał nas mały problem z motocyklem. Po zatrzymaniu się na stacji paliw i chwili odpoczynku maszyna odmówiła posłuszeństwa, wyświetlając na desce rozdzielczej „choinkę”. Byliśmy oddaleni od Stambułu o 90 kilometrów, bez pojęcia o mechanice. Znaleziony w Istambule serwis motocyklowy stwierdził, że nie przyjedzie tak daleko. Po wymianie zdjęć przez WhatsApp okazało się, że winowajcą jest akumulator. Po kilku próbach odpalenia z „pychu” rozpoczęliśmy poszukiwanie kogoś z kablami i chęcią pomocy. Pomyślałem o zapytaniu policjantów, którzy akurat siedzieli w knajpie, ale nie wykazali entuzjazmu. W końcu znalazł się ktoś bardziej pomocny, ale brakowało mu kabli. Udałem się na stację, próbując pożyczyć kable, niestety sprzedawca stwierdził, że muszę je kupić, a po całej akcji okazało się, że nie mogę ich zwrócić, więc mieliśmy już pamiątkę z Turcji…
Dojechaliśmy do Istambułu, gdzie od razu kupiliśmy nowy akumulator. Chaos na ulicach miasta podczas wjazdu był ogromny, wszędzie słychać było klaksony, sprawiał wrażenie totalnego bezładu. Już pierwsze chwile w mieście potwierdziły, że ruch uliczny to osobne uniwersum. Jednak już po kilku minutach sam zacząłem używać klaksonu w sposób intuicyjny i opanowałem tę uliczną anarchię. Miasto powitało nas z całą swoją energią, z charakterystycznym zapachem spalin przeplatającym się z aromatami jedzenia z ulicznych straganów. Po zameldowaniu w hotelu żona pochwaliła mnie za umiejętne odnalezienie się w tej sytuacji. Co do hotelu, zaskoczyło mnie podejście do parkingu. Zanim dobrze założyłem kask, pracownik szybko wskoczył na miejsce mojej żony i krzycząc „go mister!”, i kazał mi jechać wąskimi uliczkami na parking. W Stambule panował nieustanny gwar, a my zżyliśmy się z tym rytmem miasta.
W Istambule, pośród licznych zabytków, zobaczyliśmy między innymi Akwedukt Walensa, który świadczy o potędze dawnego Cesarstwa Rzymskiego, gdzie ponad 1600 lat temu przepływała tu woda dla miasta. Meczet Sulejmana – niesamowite dzieło osmańskiej architektury, imponujące swą wielkością i harmonią, wybudowany przez jednego z najwybitniejszych architektów imperium, Mimara Sinana. Odwiedziliśmy też tętniące życiem Grand Bazaar, jedno z największych i najstarszych zadaszonych centrów handlu na świecie, gdzie można się zgubić wśród tysięcy sklepików i straganów. Nieopodal bazaru znajduje się Bazar Egipski, pachnący przyprawami, słodyczami i herbatą. Spacerowaliśmy po moście Galata, z którego rozpościera się piękny widok na Bosfor, oddzielający Europę od Azji. Wrażenie zrobiła też na nas ogromna ilość wszędobylskich kotów, które towarzyszyły nam podczas zwiedzania miasta, czując się jak u siebie – można powiedzieć, że są prawdziwymi gospodarzami miasta, zasługującymi na oddzielne galerie zdjęć! Jedyne co nas denerwowało to to, że na każdym kroku mylono nas z Rosjanami, a tego naprawdę nie cierpię.
Po dwóch dniach w Stambule ruszyliśmy na wschód, w kierunku azjatyckiej części Turcji. Krajobraz zaczął się zmieniać – pustynne pustkowia mieszały się z żyznymi dolinami, a nasze oczy cieszyły się coraz szerszymi horyzontami. Naszą uwagę przykuło Osiedle Burj Al Babas, przez które przejechaliśmy – kiedyś planowane jako ekskluzywne osiedle, dziś przypomina trochę bajkowe, zamkowe osady, trochę opuszczony plan filmowy, z pewnością niepowtarzalny widok, który przyciąga turystów swoim surrealistycznym charakterem. Po noclegu w Ankarze, stolicy Turcji, która w porównaniu do Stambułu wydawała się znacznie bardziej uporządkowana, obraliśmy kurs na zapierający dech w piersiach Karanlık Kanyon, czyli Dark Canyon. Jego głębokość robi ogromne wrażenie – strome ściany skalne schodzą do malowniczej, turkusowej rzeki. Sam przejazd przez kanion zajmuje około 20 minut, ale my, zatrzymując się co 70 metrów, by zrobić setki zdjęć i krótkie filmy, wydłużyliśmy go znacznie. To miejsce to kwintesencja surowej piękności i potęgi natury, której siła tworzyła ten spektakularny kanion przez miliony lat. Po wyjeździe z Dark Canyon nastała chwila nostalgii i mieszanka zadowolenia ze smutkiem – oto zdobyliśmy najdalej wysunięty punkt naszejbwyprawy, od tej pory zaczynamy wracać do domu. Ale nie tak od razu 😀
Moje marzenie zostało spełnione. Teraz ruszyliśmy spełnić kolejne marzenie związane z Turcją: zobaczyć balony na gorące powietrze w Kapadocji. Obraliśmy kurs na Göreme. Do miasta dotarliśmy wieczorem, gdy słońce chyliło się ku zachodowi. Wjazd do Göreme sprawił wrażenie, jakbyśmy wjechali do jakiegoś mini Las Vegas – pełno ludzi, świateł, szyldów i starych amerykańskich aut, najczęściej kabrioletów, co dawało poczucie niepowtarzalnego klimatu. Znaleźliśmy fantastyczny hotelik kilka minut spacerem od centrum, z basenem, restauracją i super sympatycznym właścicielem.
Właściciel zaproponował nam lot balonem w promocyjnej cenie – oczywiście wszyscy tam mają promocje! 😉 Ceny w internecie były absurdalne, więc od razu się zgodziliśmy. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Absolutnie niesamowite wrażenia! Delikatny stres podczas nadmuchiwania balonów i startu, a potem przepiękne widoki. Wschód słońca nad Kapadocją, widok ponad stu balonów wznoszących się jednocześnie zapiera dech w piersiach! Widoki były nieziemskie. Coś pięknego! Widok setek kolorowych balonów unoszących się o poranku nad księżycowym krajobrazem Kapadocji to widok jak z innego świata. Stanowczo POLECAMY! Czytaliśmy w necie, że wiele zależy od miejsca startu i pilota – zdarzają się narzekający piloci i późne starty. Nam się udało i było rewelacyjnie! Na sam koniec małe zaskoczenie: pilot postanowił wylądować na niewielkiej przyczepie. Widok przerażenia w oczach pasażerów był dosyć ciekawy, ale lądowanie było bezpieczne, co uczciliśmy lampką bezalkoholowego wina musującego. Ogólnie – petarda! W samym Göreme warto zobaczyć też Sword Valley, Zelve Open Air Museum, czyli starożytne wykute w skałach kościoły i osady, oraz wdrapać się na Cappadocia sunset point, skąd roztacza się wspaniały widok na całe miasto i okoliczne doliny, które o zachodzie słońca mienią się w różnych odcieniach czerwieni i złota.
Kolejnym celem podróży było miasto Side. Szczerze mówiąc, gdybym wiedział, jaki jest vibe tego miejsca, ominęlibyśmy je szerokim łukiem. Tłumy turystów, zapach olejku do opalania i dymu papierosowego, stanowczo uprzykrzyły nam pobyt. Postanowiliśmy obejrzeć jedynie amfiteatr oraz malownicze ruiny Świątyni Apollina, zbudowanej z białego marmuru. Życie zweryfikowało nasze plany i z powodu remontu amfiteatru, udaliśmy się bezpośrednio na kraniec półwyspu, by zobaczyć pozostałości świątyni. Zachód słońca i pięknie oświetlone korynckie kolumny nieco zatarły słabe wrażenie ze spaceru w ciągu dnia. Cóż, być może po prostu szukamy czegoś innego niż inni ludzie. No nic, byliśmy, zobaczyliśmy i pojechaliśmy dalej.
Kolejny przystanek – Antalya, a dokładniej magiczny wodospad Duden (dolny). Wodospad ma około 45 metrów wysokości i wpada bezpośrednio do Morza Śródziemnego. Przy wodospadzie zameldowaliśmy się dokładnie w południe, więc temperatura była, delikatnie mówiąc piekielna, ale widok na wodospad i statki pływające po morzu Śródziemnym były warte poświęcenia 😅. Na szczęście na miejscu można napić się zimnej kawy i zjeść loda, co nieco łagodziło upał.
Z Antalyi musieliśmy dosyć żwawo kierować się w stronę Cesme, ponieważ mieliśmy zarezerwowane miejsce na promie do Grecji. Droga wiodła przez górzyste tereny, urozmaicone plantacjami oliwnymi i cytrusowymi. Po drodze zanocowaliśmy jeszcze w ciekawym hotelu, który został wzniesiony w 1708 roku i przypominał zamek lub warownię – nocleg w murach o tak długiej historii to, jak podróż w czasie. Oczywiście, jak to w Turcji przypałętał się do nas mały kociak. Nie wiele brakowało i pewnie byśmy go zabrali 😉
Kolejnego dnia dojechaliśmy do Cesme, gdzie po małych problemach na odprawie zaparkowaliśmy motocykl na promie. Problemy nie wynikały z powodu dokumentów czy stanu motocykla, ale miałem wrażenie, że trafiliśmy na „świeżych” pracowników, którzy sami nie do końca wiedzieli, co mają robić. Biegaliśmy od okienka do okienka, od funkcjonariusza do funkcjonariusza, odbijając się jak piłka od ściany, próbując ustalić, gdzie mam się udać. Nerwy, nerwy, nerwy… ale udało się. Pierwsza podróż promem trwała zaledwie około 30 minut. Dotarliśmy na wyspę Chios, skąd po kilku godzinach ruszyliśmy innym promem już do Grecji kontynentalnej.
Po 8-godzinnym rejsie wylądowaliśmy w Atenach. Po przepysznym śniadaniu ruszyliśmy na północ, zahaczając o Greckie Meteory. Nazywane “kościelnymi miastami zawieszonymi w powietrzu”, to niesamowite formacje skalne z wykutymi na ich szczytach klasztorami. Niektóre z nich sięgają XI wieku! Zbudowane w miejscach tak niedostępnych, że stanowią dowód niezwykłej wytrwałości i wiary. Widok jest spektakularny, a wnętrza kryją cenne freski i pokazują, jak wyglądało codzienne życie mnichów. Do Czarnogóry dotarliśmy, jadąc widokową trasą SH8, która prowadzi wzdłuż albańskiego wybrzeża, oferując znakomite wrażenia dla każdego motocyklisty – zatoczki z turkusową wodą i surowe góry tworzą iście rajski krajobraz. W Czarnogórze czekał nas kilkudniowy odpoczynek nad samym brzegiem Adriatyku, gdzie spędziliśmy resztę naszego urlopu, popijając wino i jedząc lody, delektując się ciepłą wodą i promieniami zachodzącego słońca.
Podczas powrotu mieliśmy jeszcze jedną drobną awarie Chorwacji. Mianowicie urwała się część dźwigni zmiany biegów. Na szczęście power tape i trytytki pomogły. W serwisie BMW, który znaleźliśmy po drodze, okazało się, że to integralna część dźwigni i nie można jej kupić oddzielnie, a sama dźwignia kosztuje 200 Euro. I tak power tape i trytytki jechały z nami dalej, spełniając swoją funkcję, pokazując siłę improwizacji.
Podczas naszej prawie 3-tygodniowej wyprawy przejechaliśmy około 8 tysięcy kilometrów. Było kilka nerwowych chwil na drodze, ale dojechaliśmy bezpiecznie do domu. Ten kraj okazał się pięknym miejscem, do którego na pewno wrócimy! Jesteśmy absolutnie zachwyceni tym krajem.




