Szukaj
Bałkany 2025 (Marek Wiński)

Bałkany 2025 (Marek Wiński)

Zgłoszenie w Konkursie Adventure Rier 2026

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

 

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 14
Ilość kilometrów: 6000
Ilość uczestników: 2
Ilość krajów: 11
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: bmw r1200gs
Rok wyprawy: 2025
Kanał Youtube: https://youtube.com/@motorzysta?si=aX9TDn1dSCc1S5Yt
Instagram: https://www.instagram.com/motorzysta_?igsh=aXliMDNpNHZkNHg1
Facebook:
Blog: https://marekwinski.com

Pełen opis

Marek Winski

Są takie wyjazdy, które planujesz miesiącami. I są takie, które zaczynają się dokładnie tak samo jak każdy inny, od spakowania motocykla pod domem na Podlasiu… tylko kończą się gdzieś zupełnie indziej. Ruszamy na południe. Ja, Budzik i dwa motocykle, które już niejedno widziały. Przed nami Bałkany – czyli wszystko to, co w podróżach najlepsze: góry, chaos, piękne drogi i rzeczy, których nie da się zaplanować.


Pierwsze dni to jeszcze „rozpęd”. Polska, Słowacja, Węgry… kilometry lecą, asfalt się zgadza, ale to jeszcze nie to. Dopiero Rumunia zaczyna coś mieszać – pojawia się deszcz, pierwsze problemy ze sprzętem i to uczucie, że ta podróż nie będzie taka grzeczna, jakby się mogło wydawać. A potem robi się już tylko ciekawiej. Serbia wita nas swoją… bezpośredniością. Psy, krowy, drogi, które nagle przestają być drogami. W pewnym momencie pakujemy się tam, gdzie absolutnie nie powinniśmy być – i szybko okazuje się, że Bałkany nie wybaczają błędów, ale właśnie za to je lubimy. Bośnia i Hercegowina to pierwszy moment, kiedy naprawdę czujesz, że jesteś „tam”. Drogi M18 i M20 wciągają jak dobra historia – a potem Czarnogóra dorzuca swoje trzy grosze. Durmitor. Droga P14. Zachód słońca, który wygląda jak scena z filmu i rakija od starszej kobiety, której nawet nie znasz, ale czujesz, jakbyś był u niej w gościach od lat.


I wtedy przypominasz sobie, po co w ogóle to robisz.

Albania… to już inna liga.

Wjeżdżasz i od razu dostajesz w twarz widokami. SH20 to asfaltowa petarda – zakręt za zakrętem, góry jak z drona i to uczucie, że możesz jechać bez końca.
Ale Albania to też chaos. Drogi w remoncie, port w Komani, gdzie nikt nic nie wie, ale wszystko jakoś działa. Prom, który wygląda jakby zaraz miał się rozpaść… i rejs, który okazuje się jednym z najlepszych momentów całej wyprawy. Później SH75. Droga, która daje Ci wszystko – tempo, widoki i momenty, kiedy robi się naprawdę gorąco. Ułamek sekundy i przypominasz sobie, że tutaj nie ma miejsca na błędy.
A potem nagle… luz.


Wybrzeże, SH8, Morze Adriatyckie. Arbuz kupiony od gościa przy drodze, jedzony na punkcie widokowym. Zero pośpiechu. Zero planu. Dokładnie tak, jak powinno być.
Grecja to zmiana klimatu. Meteory – skały, które wyglądają jakby ktoś je postawił specjalnie dla efektu. Olimp, gdzie asfalt prowadzi coraz wyżej i wyżej. I Morze Egejskie, które zamyka dzień tak, że nie chce się już nigdzie jechać dalej. Ale jedziemy.


Macedonia Północna, kanion Matka, zamknięte drogi, objazdy i wieczory, które kończą się później, niż powinny. Spotkania z ludźmi, których nie znasz, a jednak przez chwilę jedziecie razem, jakby to było coś zupełnie normalnego. I w końcu powrót.


Długie przeloty przez Bałkany, kolejne granice, zmieniające się krajobrazy. Rumunia na koniec dorzuca jeszcze jedną kartę – Transfogaraską. Legendę, która smakuje jeszcze lepiej, kiedy wiesz, że to już ostatni mocny akcent tej podróży.

A potem… już tylko droga do domu.

Satu Mare, Węgry, Słowacja, Lublin i ostatnia noc w trasie. Następnego dnia Podlasie. Niby wszystko wraca do normy. Ale tak naprawdę… nic już nie jest takie samo.
Bo te 14 dni to nie tylko kilometry. To wszystkie momenty pomiędzy – te dobre, te głupie, te nieplanowane. To drogi, które pamiętasz bardziej niż miejsca. I to uczucie, że gdzieś tam jeszcze jest kolejna trasa, która czeka. I prędzej czy później… znowu tam pojedziesz.