Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby
Droga jest dla mnie celem. Doświadczanie każdego kilometra z motocyklowej kanapy jest ekscytujące i sprawia, że przemierzana odległość staje się przygodą. W podróżach towarzyszy mi żonka Ula z którą jestem już od przeszło ćwierć wieku, dlatego też jest najlepszą towarzyszką moich wypraw.
Kilka danych o wyprawie
Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 13
Ilość kilometrów: 3900
Ilość uczestników: 2
Ilość krajów: 9
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: Triumph Tiger 800
Rok wyprawy: 2025
Kanał Youtube: https://www.youtube.com/@Rados%C5%82awChuchla-n1b
Instagram: https://www.instagram.com/motocyklovedrozki/#
Facebook: https://www.facebook.com/zadzioras/directory_links?locale=pl_PL
Blog: https://motocyklovedrozki.blogspot.com
Pełen opis
Bałkany były w mojej głowie od lat, ale to właśnie podczas tej wyprawy moje marzenia podsycane oglądanymi relacjami i opowieściami moich przyjaciół miały się spełnić.
Dzień przed wyjazdem spakowaliśmy motocykl, by rankiem wyruszyć na południe. Szybko pokonaliśmy początkowy dystans do Lubawki. Podczas tankowania zaniepokojeni czarnymi chmurami założyliśmy przeciwdeszczówki. Tuż po przekroczeniu granicy zaczął padać deszcz. W tej nieprzyjemnej aurze, bazując na nawigacji pomyliłem drogę i trasa do pierwszego noclegu w Wiedniu niestety trochę się przeciągnęła. Trasa ok. 500 km zajęła nam ok. 8 godzin, więc prędkość przelotowa nie powalała. Na pocieszenie – bardziej poznaliśmy rolnicze regiony Czech, które pewnie nigdy byśmy nie odwiedzili. Nocleg udało nam się znaleźć w okolicy stacji metra Oberlaa. Po zameldowaniu i przebraniu się w suche ciuchy ruszyliśmy na podbój Wiednia. Kilka przystanków metra i znaleźliśmy się na Stephanplatz. Ze względu na późną godzinę musieliśmy zrezygnować z wizyty w wiedeńskich muzeach i zaspokoić naszą ciekawość, jedynie podziwiając architekturę budynków, które stolica Austrii ma w obfitości. Idąc przez centrum Wiednia byliśmy pod wrażeniem przepychu budynków, które mijaliśmy. Budynek Opery Wiedeńskiej, kompleks pałacowy Hofburg, mnóstwo przepięknych kamienic mieszczących galerie sztuki, kawiarnie, restauracje czy butiki znanych projektantów. Miasto ma swój klimat, który podczas tego krótkiego spaceru udało nam się poczuć i niewątpliwie mamy zamiar tu wrócić.
Rankiem intensywnie padało, lecz mimo ulewy spakowaliśmy motocykl i chwilę później byliśmy już na autostradzie w kierunku Słowenii. Pusta droga, na której dwójka wariatów w rzęsistym deszczu jechała w stronę wymarzonych krajobrazów. Było chłodno, więc włączyłem podgrzewanie kanapy i manetek. W miarę pokonywania drogi deszcz stracił na intensywności. Po drodze odwiedziliśmy muzeum motocykli we Vransku. Kolekcja obejmuje ciekawe, zabytkowe pojazdy pamiętające czasy początków motoryzacji. Po obejrzeniu ekspozycji wyruszyliśmy w dalszą drogę i po niecałej godzinie dojechaliśmy do stolicy i zakwaterowaliśmy się w hotelu, a następnie udaliśmy się na zwiedzanie starówki. Lublana odbiega swoim wyglądem od oglądanego dzień wcześniej Wiednia. Miasto liczy ok. 300 tys. mieszkańców i ma bardzo kameralny charakter. Obiad zjedliśmy w restauracji serwującej regionalne dania. Tego dnia zaliczyliśmy kilka istotnych punktów na mapie Lublany: m.in. zamek oraz stare miasto. Do hostelu dotarliśmy wieczorem, by jeszcze przed snem ustalić plan kolejnego dnia. Kolejny dzień rozpoczął się deszczem – tym razem była to delikatna mżawka. W tym rejonie cały dzień wg prognozy pogody miał być mokry, więc zaraz po śniadaniu spakowaliśmy majdan i ruszyliśmy w trasę. Po opuszczeniu centrum wjechaliśmy na autostradę, by niemal od razu utknąć w korku. Na szczęście zauważyłem zjazd na Lublanę więc niewiele myśląc przemknąłem między autami w tym kierunku. Chwilę później ponownie wbiłem w nawigację cel naszej podróży z pominięciem autostrad. Trasa stała się zdecydowanie przyjemniejsza. Do deszczu zdążyliśmy się przyzwyczaić, a boczne drogi dają więcej frajdy z jazdy. Śmigając nimi można bardziej poznać kraj, w którym jesteśmy. Po ok. godzinnej przejażdżce dotarliśmy do twierdzy Predjamski Grad. Zamek ten robi niesamowite wrażenie, zbudowany jest pod ponad 100-metrową skałą zasłaniając swymi murami wejście do jaskini. Zwiedzanie zajęło nam więcej czasu niż zakładaliśmy, ale dzięki temu rozpogodziło się więc oświetleni nieśmiałymi promieniami słońca ruszyliśmy w dalszą drogę. Z każdym pokonywanym kilometrem robiło się cieplej, czuć było, że zbliżamy się do cieplejszych rejonów Europy. Na pograniczu słoweńsko-chorwackim trafiliśmy na utrudnienia w ruchu, które trochę nas spowolniły więc postanowiliśmy odpuścić sobie pizzę w Trieście i udaliśmy się od razu w kierunku Puli. Nocleg znaleźliśmy w miejscowości Pješčana Uvala. Powitał nas bardzo sympatyczny gospodarz, który na dzień dobry poczęstował nas schłodzonym piwkiem i wodą. Kąpielowy reset spłukał z nas upał i zmęczenie. Wskoczyliśmy w luźniejsze ubrania i za moment zajadaliśmy się już lokalnymi potrawami w miejscowej restauracji z widokiem na morze. Popołudnie i wieczór spędziliśmy na spacerach po okolicy i wylegiwaniu się na nabrzeżu. Następny dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie Puli. Postanowiliśmy wybrać miejscowy środek lokomocji czyli podmiejski autobus. Moim zdaniem jest to bardzo fajna opcja poruszania się będąc za granicą. Pozwala przypatrzeć się miejscowym ludziom, którzy głównie są pasażerami tego typu transportu. Niestety spóźniliśmy się, a kolejny miał być dopiero za ok godzinę nie musieliśmy jednak na niego czekać gdyż zatrzymał się koło nas samochód. Starszy mężczyzna kierujący autem spytał nas gdzie się wybieramy i czy nas podrzucić. Dzięki niemu w ekspresowym tempie dotarliśmy przed wejście do amfiteatru, a za ten miły gest nie chciał od nas przyjąć żadnych pieniędzy. Amfiteatr, będący niemym świadkiem walk gladiatorów oraz turniejów rycerskich jest jednym z najlepiej zachowanych tego typu obiektów i z pewnością warto je zwiedzić. Po obejrzeniu opuszczeniu amfiteatru udaliśmy się na nadbrzeże oraz starówkę. To największe na półwyspie Istria miasteczko ma niesamowity klimat, zabytki, knajpki oraz sklepiki z pamiątkami. Zmęczeni zwiedzaniem udaliśmy się na plażę Hawaii Beach. Popołudnie upłynęło nam na beztroskim plażowaniu i kąpielach w morzu. Wracając do hotelu odwiedziliśmy jeszcze kanion Verudela znajdujący się niedaleko Hawajskiej plaży. Miejsce przypomina ukrytą zatokę piratów. Z urwiska prowadzi na dno kanionu stroma ścieżka, istnieje też szybsza droga czyli skok z klifu. Mieliśmy okazję zobaczyć jak kilku śmiałków wybrało ten rodzaj ekstremalnej rozrywki skacząc do wody w głąb ok. 20 m przepaści. Wieczorem ponownie przyszliśmy z butelką wina na upatrzony wcześniej skalisty brzeg w pobliżu mariny. Z tego miejsca był niesamowity widok na zakotwiczone jachty oraz podświetloną Pješčaną Uvalę, w której toczyło się nocne turystyczne życie.
Rankiem udaliśmy się na Przylądek Kamenjak, który jest najbardziej na południe wysuniętym punktem półwyspu Istria. Puste drogi i optymalna temperatura to wystarczająca nagroda za wcześniejszą pobudkę. Po kilkunastu minutach dojechaliśmy do wioseczki Prementura, będącej ostatnią osadą na przylądku Kamenjak. Chwilę później asfaltowa droga zmieniła się w szutrową. Początek trasy wiedzie przez zalesiony obszar parku, który po chwili zmienia się w otwartą przestrzeń. Po obu stronach dróżki od czasu do czasu pojawiają się malownicze zatoczki. Wczesna godzina sprawiła, że byliśmy jednymi z niewielu turystów, którzy odwiedzili to miejsce. Dzięki temu mogliśmy jechać niespiesznie, wchłaniając wszystkimi zmysłami przyrodę rezerwatu. Otwarta przestrzeń i skaliste podłoże sprawiły, że z czasem robiło się coraz goręcej. Tego dnia postanowiliśmy, że zrobimy sobie dzień odpoczynku, czyli jedziemy do kwatery i idziemy na plażę. Trasa wiodła drogą D66, która biegnie wzdłuż wschodniego wybrzeża półwyspu Istria. Początkowo mijamy wioseczki i jakieś remonty dróg więc nie za wiele się działo, ale po pokonaniu ok 70km wjeżdżamy na odcinek, który obfituje w punkty widokowe. Każdy mijany kilometr był ucztą dla oczu. Droga wynosiła nas na wzgórza, z których roztaczał się przepiękny krajobraz, by za chwilę zjechać w dół do samej plaży i kolejnego turystycznego miasteczka z masą wczasowiczów. Jechaliśmy niespiesznie, delektując się piękną panoramą. Na nocleg wybraliśmy niewielkie miasteczko na wyspie Krk o nazwie Njivice. Dość wcześnie dojechaliśmy do miejsca noclegu. Pensjonat, który znaleźliśmy oferował dwupokojowy apartament z klimatyzacją i łazienką oraz dostęp do basenu. Wiedzieliśmy, że wybrany hotelik nie był nad samym morzem, ale skusił nas korzystnym stosunkiem ceny do jakości. Na miejscu okazało się, że znajduje się na wzniesieniu, a zejście nad wodę zajmuje około pół godziny w upalnym słońcu. Posiłkując się mapą i trochę na “czuja” udało się namierzyć sklep spożywczy znajdujący się mniej więcej w połowie drogi. Był niestety zamknięty. W ustach pustynia, pełne słońce… Można było zabrać ze sobą bidon z odrobiną wody, która w nim została… Do miasteczka wpadliśmy z jedyną myślą – PIĆ!!! W sercu miasteczka stał warzywniak i lodówka z wodą kupiliśmy dwie butelki w dość wygórowanej cenie. Po opróżnieniu połowy zawartości okazało się, że niedaleko jest mały market z bardziej atrakcyjnymi cenami. Tam zresztą zaopatrzyliśmy się w piwko na plażę i wodę na powrót. Do wieczora odpoczywaliśmy i ładowaliśmy baterie przed kolejnym dniem, w którym mieliśmy oddalić się nieco od wybrzeża do kolejnej atrakcji Chorwacji czyli Plitvickich Jezior.
Poranki mieliśmy coraz bardziej ogarnięte: wczesna pobudka, śniadanie, pakowanie i w drogę. Jedyne, co nie było tak dograne to szczegóły trasy, którą ustalaliśmy na bieżąco i modyfikowaliśmy ją jeżeli była taka potrzeba. Tego dnia wbiłem w nawigację wybrany pensjonat we wsi Jezerce, który znajduje się dość blisko wejścia do Plitvickich Jezior. Początkowo droga wiła się wzdłuż wybrzeża oferując przepiękne widoki na morze, a następnie przez górzysty teren Parku Narodowego Velebit. Po kilkunastu kilometrach byliśmy już kilkaset metrów nad poziomem morza, które mogliśmy podziwiać z wysokości. Kolejne kilometry nie były już tak fascynujące. Teren zrobił się bardziej płaski, góry zmniejszyły, mimo wszystko fajnie było zagłębić się w spokojniejsze okolice Chorwacji z daleka od turystycznego zgiełku wybrzeża. Do hotelu dojechaliśmy ok. 11. Przebrani w wygodniejsze ubrania ruszyliśmy na podbój Plitvickich Jezior. Po półgodzinnym spacerze dotarliśmy do bram najstarszego i jednocześnie największego parku narodowego Chorwacji. Idąc drewnianymi kładkami można obserwować podwodne życie skrywające się pod lustrem turkusowo-szmaragdowej wody. Słyszeliśmy o tym miejscu wielokrotnie, ale żadne zdjęcia i filmy nie są w stanie oddać piękna tego kawałka ziemi. Wodospady, roślinność oraz układ terenu wprawia człowieka w stan, w którym człowiek chciałby fotografować każdy skrawek tego rajskiego zakątka. Wizyta w Parku Narodowym Plitvickich Jezior zajęła nam ok. 5 godzin. Na koniec dnia usiedliśmy na ławeczce przy naszym pensjonacie, aby ustalić plan działania i trasę jutrzejszej podróży. Wieczór zrobił się dość chłodny, co po całym dniu w słonecznej aurze było dość zaskakujące. Po chwili zjawił się nasz gospodarz z kieliszkami miejscowej rakiji, która skutecznie nas rozgrzała. Tutejsi ludzie są bardzo gościnni, o czym mogliśmy przekonać się jeszcze wielokrotnie podczas naszej wycieczki.
Poranek oraz pierwsze kilometry pokonane tego dnia orzeźwiały bardziej niż kawa. Puste drogi i przestrzenie sprawiały, że jazda dawała nieopisaną radość. Jadąc drogą D1 podziwialiśmy rozległy teren z górzystym krajobrazem, co jakiś czas mijając niewielkie miasteczka i wioski. Nie ma tu spektakularnych zakrętów, ale jadąc tą trasą fascynowała mnie jej malowniczość i spokój. Rzadko mijane auta potęgowały poczucie odosobnienia. Plenery niczym z powieści Karola Maya, nie dziwi więc fakt, że sceneria pasma Velebit była wykorzystana przy kręceniu w latach 60. filmów o Winnetou. Jadąc na motocyklu w takich okolicznościach przyrody można wczuć się w rolę współczesnego kowboja przemierzającego prerię na stalowym rumaku. W miarę pokonywania kolejnych kilometrów i zbliżania się do wybrzeża robiło się coraz cieplej. Zatrzymywaliśmy się co jakiś czas w cieniu, aby się chwilę schłodzić i nawodnić. Podczas jednego z takich postojów na stację benzynową podjechał pickup i zatrzymał się przy wejściu do budynku. Wysiadło z niego dwóch facetów w kamizelkach klubu motocyklowego. Kiwnęliśmy do siebie na powitanie. Po wyjściu z obiektu jeden z nich podszedł do nas, spojrzał na rejestrację, przybił piątkę i spytał, skąd jesteśmy i dokąd się wybieramy. Z uznaniem pokiwał głową i zawołał do swojego kolegi: „Oni przyjechali z Polski!”. Tamten uniósł kciuk w górę i machnął do nas. Nasz rozmówca na odchodnym podarował nam naszywkę i naklejki swojego klubu, odwdzięczyłem się, dając mu nasze wlepy. Był to bardzo sympatyczny gest, potwierdzający gościnność mieszkańców Bałkanów i tzw. motocyklowe braterstwo nieznające barier kraju czy języka. Przed samym Splitem zrobiło się naprawdę gorąco, do tego dwupasmówka była bardzo zatłoczona i trzeba było lawirować między autami, aby nie stać w tym ukropie. Na szczęście dość szybko pokonaliśmy korek i wjechaliśmy do miasta. Przyjemnie było ściągnąć z siebie ubranie motocyklowe i wskoczyć pod prysznic. Po obiedzie zwiedziliśmy zabytkowe, nadbrzeżne miasto, w tym Pałac Dioklecjana, który stanowi wizytówkę miasta. Liczne restauracje i bary wtopione w zabytkową część miasta oraz zakotwiczone w porcie statki dopełniają śródziemnomorski klimat tego miejsca. Wieczorem wróciliśmy do hotelu. Mijając motocykl zauważyłem, że zapomniałem zdjąć kamery, która pomimo tego, że parking znajdował się przy ulicy, nadal tkwiła w uchwycie. Szczęście czy inna mentalność ludzi… Sam nie wiem.
Wczesnym rankiem, bez korków, na spokojnie, opuściliśmy budzące się do życia miasto dzięki temu już przed 9 rano zaparkowaliśmy motocykl na płatnym parkingu w okolicy kamiennego mostu, będącego wizytówką Mostaru. Po dwóch stronach rzeki znajdują się zabudowania starego miasta, z kolorowymi sklepikami, restauracjami oraz kawiarniami. Spacerując wąskimi uliczkami starego miasta w Mostarze, zanurzyliśmy się w prawdziwie orientalnym bazarze. Sklepowe wystawy pulsowały feerią barw i blaskiem miedzianego rękodzieła. W powietrzu unosił się klimat osmańskiego dziedzictwa, a lady uginające się od kolorowych lamp mozaikowych i misternie tkanych kilimów sprawiały, że czuliśmy się bardziej jak w Stambule niż w sercu Europy Miejsce to jest tak malownicze, że nie sposób przejść, nie wyciągając aparatu fotograficznego. Usiedliśmy na chwilę w kawiarence, zamawiając kawę po bośniacku oraz baklavę, która mimo że występuje chyba we wszystkich regionach półwyspu, w każdym miejscu smakuje inaczej. Trochę żałowaliśmy, że nocleg został już zarezerwowany, ponieważ chcielibyśmy zobaczyć to miasto wieczorem, kiedy zapalają się lampy, a ich światło rozlewa się po ulicach dodając budynkom inny, bardziej tajemniczy charakter. Czas był jednak ruszać w dalszą drogę. Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy tego dnia było Medjugorie. Motocykl zostawiliśmy niedaleko kościoła św. Jakuba, wokół którego koncentruje się religijne życie. W świątyni trwało nabożeństwo, więc po chwili, by nie zakłócać ceremonii, wyszliśmy na zewnątrz. Plac przed kościołem, w przeciwieństwie do skupionego wnętrza, tętnił życiem i słońcem, rozlewając się szeroko jasną, kamienną kostką. Ruszyliśmy w stronę parkingu, a po chwili byliśmy już znowu w drodze, gotowi na kolejne kilometry naszej podróży. Dość szybko udało się opuścić trochę zatłoczoną już o tej godzinie Medjugorie. Jechaliśmy niespiesznie bocznymi drogami od czasu do czasu, mijając niewielkie miasteczka i wioski. Po przyjemnych zakrętach teren stał się bardziej płaski, a widoki skryły się za krzewami. Chwilę później otworzyła się przed nami Adriatycka panorama oraz nadmorski kurort położony w głębokiej, osłoniętej zatoce. Zjazd w stronę wybrzeża dostarcza naszym zmysłom czystej, motocyklowej adrenaliny. Tutaj nie tylko można zobaczyć błękit – tu się po prostu w niego wjeżdża, czując każdą zmianę temperatury i zapach morskiej soli na twarzy. Neum przywitało nas typowym dla kurortu gwarem: zapachem grillowanych ryb, widokiem turystów w klapkach z dmuchanymi gadżetami przecinających jezdnię w drodze na plażę i ciasną zabudową, która wymuszała na nas baczniejszą uwagę. Manewrując między zaparkowanymi samochodami a kolorowymi straganami, poczuliśmy, że surowa przygoda na trasie właśnie zmienia się w zasłużony, nadmorski relaks. Przed hotelem, jakby czekając na nasze przybycie, siedział gospodarz, który, gdy tylko nas zobaczył poderwał się z fotela i podszedł się przywitać. Po powitaniu zaproponował pomoc przy wniesieniu naszych gratów, dzięki czemu wystarczył jeden kurs, aby cały majdan znalazł się w naszym pokoju. Z balkonu rozpościerał się przepiękny widok na zatokę, w której po obiedzie pławiliśmy się do wieczora.
Wczesne śniadanie zjedliśmy na tarasie, upajając się panoramą zatoki. Opuszczając Neum, mijaliśmy puste uliczki, które jeszcze wczoraj tętniły życiem. O tej godzinie miasteczko dopiero zaczynało budzić się do kolejnego dnia pełnego słońca i turystycznego zgiełku. Wjechaliśmy na Magistralę Adriatycką, która po kilku kilometrach zaprowadziła nas do granicy z Chorwacją. Odprawa na opustoszałym przejściu okazała się czystą formalnością. Jadąc tą trasą widokową nie można narzekać na brak bodźców wizualnych. Z lewej strony surowe, skalne zbocze, przetykane krzewami, natomiast z prawej strony drogi, w dole, lśniły wody Adriatyku, usiane wysepkami. Dojeżdżając do starego miasta w Dubrowniku, zatrzymaliśmy się na światłach. Podjechał do nas mężczyzna na skuterze i spytał, gdzie jedziemy, po czym kiwnął ręką zachęcając do podążenia za nim. Niewiele myśląc pojechałem jego śladem i po przejechaniu kilkuset metrów wjechaliśmy na parking tuż przy murach miejskich. Powiedział, że ten parking jest bezpłatny dla motocykli (o czym zresztą świadczyły postawione tam znaki). Chwilę porozmawialiśmy i pożegnaliśmy się z sympatycznym Chorwatem. Starówka powitała nas chłodem kamiennych murów, który przyjemnie odświeżył nas po motocyklowej jeździe w dość ciepły, słoneczny poranek. Zabytkowe miasto zrobiło na nas ogromne wrażenie, a poranna pora pozwoliła nam uniknąć tłumów dzięki czemu mogliśmy w spokoju eksplorować to miejsce. Z czasem deptak zdążył się już wypełnić głośnym tłumem turystów więc pożegnaliśmy kamienne miasto i wróciliśmy do naszego motocykla, gotowi na kolejny etap przygody. Ruszyliśmy w stronę granicy z Czarnogórą. Droga pięła się w górę, by za chwilę ukazać nam panoramę Dubrownika – z tej perspektywy pomarańczowa barwa dachówek przepięknie kontrastowała z morskim błękitem. Morska bryza niosła ze sobą nie tylko zapach nagrzanego, słonego powietrza, ale też aromat roślinności, która okalała zewsząd mijaną trasę. To dla takich chwil każdy motocyklista przyjeżdża w te strony, aby nie tylko zobaczyć, ale poczuć to każdym kawałkiem siebie. Dojeżdżając do granicy, zjechałem na pobocze, aby wyłączyć dane mobilne w naszych telefonach i uniknąć wysokich opłat za roaming. W tym momencie minął nas motocykl, a para jadąca na nim pozdrowiła nas serdecznym machnięciem ręki. Gdy dotarliśmy do przejścia granicznego, zauważyliśmy ich kilka pojazdów przed nami. Zachęcili nas, gestykulując, abyśmy przecisnęli się przez dzielące nas auta i dołączyliśmy do nich w oczekiwaniu na odprawę. Po chwili stanęliśmy obok, witając się serdecznie. Okazało się, że Paweł i Magda przyjechali tu z Małopolski, by podobnie jak my eksplorować Bałkany. Stojąc w kolejce, nie mogliśmy się nagadać, więc Paweł zaproponował wspólną kawę już w Czarnogórze, na co bez wahania się zgodziliśmy. Pijąc ożywczy napój, rozmawialiśmy o życiu, drodze i planach na przyszłość. Czas upływał nam błyskawicznie, więc wkrótce nadeszła chwila pożegnania, po której każdy z nas ruszył we własnym kierunku. Kręta droga zaprowadziła nas do promu, który sprawnie przetransportował nas na drugą stronę Zatoki Kotorskiej. Jadąc dalej wzdłuż samego wybrzeża, mijaliśmy wiekowe, kamienne zabudowania po jednej stronie drogi oraz spokojną taflę wody z kołyszącymi się łodziami na tle monumentalnych gór po drugiej. Poruszaliśmy się niemal na poziomie lustra wody, drogą tak wąską, że mijające się auta miały problem, by sprawnie wykonać manewr. Czasami i my musieliśmy się zatrzymać, by ustąpić miejsca większemu pojazdowi. Po chwili zatrzymaliśmy się przed naszym apartamentem, gdzie mogliśmy się w końcu odświeżyć i przebrać. Następnie ruszyliśmy spacerem wzdłuż brzegu w stronę Kotoru. Półgodzinna wędrówka została nagrodzona smacznym obiadem w restauracji serwującej dania z grilla, z których zresztą słyną całe Bałkany. Kolejnym punktem tego dnia było zwiedzanie starego miasta. Tutejsza zabudowa, z wąskimi uliczkami skrywającymi sklepiki i kawiarenki, ma niesamowity urok. Na moment zatraciliśmy się w labiryncie przejść i zakamarków, pachnących kawą i przyprawami. Sceneria wprost zachęca do wyciągnięcia aparatu i uchwycenia w fotograficznym kadrze turystycznego zgiełku. Dzień zakończyliśmy na tarasie naszego apartamentu, obserwując, jak mury obronne Kotoru rozświetlają się na zboczu góry, tworząc świetlistą wstęgę nad zatoką. Kolejny dzień spędziliśmy oglądając zatokę z zupełnie innej perspektywy. Motorówka przez kilka godzin zakotwiczyła w kilku ciekawych miejscach, do których nie dostalibyśmy się motocyklem. Poza Błękitną Jaskinią zobaczyliśmy jeszcze schron jugosłowiańskiej marynarki wojennej oraz wyspę Gospa od Škrpjela (Matka Boska na Skale). Po powrocie do portu udaliśmy się ponownie na Stare Miasto. Chcieliśmy choć przez chwilę raz jeszcze wtopić się w jego unikalny klimat oraz rozejrzeć za pamiątkami. Wieczór upłynął nam na celebrowaniu tego dnia podczas kolacji w miejscowej restauracji. Ekscytacja czekającymi nas przygodami nie pozwoliła nam długo wylegiwać się w łóżkach. Trasa P1 to kultowy motocyklowy „Święty Graal”, łączący Kotor z Cetynią przez pasmo gór Lovćen. Na odcinku zaledwie 20 km droga pnie się stromo w górę, osiągając wysokość blisko 900 m n.p.m. Słynie z 25 ponumerowanych, niezwykle wąskich serpentyn (tzw. Kotor Serpentine) oraz licznych punktów widokowych, z których roztacza się spektakularna panorama na całą Zatokę Kotorską. Im wyżej się wspinaliśmy, tym bardziej zdumiewająca stawała się perspektywa. Widziane jeszcze przed chwilą w porcie sporej wielkości jednostki, w tym potężny wycieczkowiec, teraz wyglądały niczym zabaweczki na tle błękitnego lustra Boki Kotorskiej. Zamiast piąć się dalej w górę Lovćen, obraliśmy kurs na Monastyr Ostrog. Unikaliśmy głównych dróg, dzięki czemu mogliśmy poznawać ten kraj ‘od kuchni’, prosto z motocyklowego siodełka. W jednym z mijanych miasteczek zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek. Podczas stawiania motocykla popełniłem błąd – albo zbyt słabo wysunąłem stopkę, albo lekki pochył terenu w połączeniu z brakiem wbitego biegu zrobił swoje. Fakt jest taki, że maszyna nagle zaczęła lecieć na moją stronę. Instynktownie ją złapałem, ratując przed upadkiem, ale przy tym potężnym szarpnięciu boleśnie nadwyrężyłem prawą rękę. Przez głowę przemknęła mi czarna myśl, że to może być koniec naszej wyprawy. Jednak zaciskając zęby z bólu, chwyciłem kierownicę i uśmiechnąłem się do Uli. Zapewniłem ją, że nic poważnego się nie stało i dam radę jechać dalej. Jednak mimo robienia dobrej miny do złej gry, ból nie dawał o sobie zapomnieć. Przy pierwszej okazji zatrzymaliśmy się pod apteką, gdzie zaopatrzyłem się w maść na urazy mięśni. Od razu solidnie nasmarowałem nadwyrężoną rękę, licząc na to, że chłodząca ulga pozwoli mi bezpiecznie kontynuować podróż. Cudu nie było – ból wcale nie minął, za to od tej pory przynajmniej intensywnie śmierdziałem kamforą. Zbliżając się do celu, dostrzegliśmy go już z oddali. Surowa, pionowa ściana skalna, a na jej tle wyraźnie odcinający się, niemal nierealny klasztor. Dojazd do tej świątyni prowadzi przez kolejne serpentyny, niestety tutaj ruch był już trochę większy niż w Kotorze. Mimo wszystko dość sprawnie dojechaliśmy do miejsca, w którym drogę zagrodził nam szlaban i dwóch strażników. Kiwnęli tylko, że nie wpuszczą nas bezpośrednio na górny parking i mamy jechać dalej prosto. Niefortunne połączenie sporego nachylenia terenu i mojego wcześniejszego urazu sprawiło, że przy próbie ruszenia nie utrzymałem ciężaru maszyny – tym razem grawitacja ostatecznie mnie pokonała. Szybko jednak poderwaliśmy się z asfaltu i z pomocą strażników postawiliśmy motocykl do pionu. Gdy tylko poczułem grunt pod kołami, podjechałem kawałek na bardziej płaski teren i rzuciłem do Uli: „Wsiadaj szybko, nie mamy całego dnia na obijanie się!” Trzeba było przecież w końcu zobaczyć ten klasztor. Bez chwili wahania wskoczyła na tylną kanapę i z czułością poklepała mnie po ramieniu, jakby chciała powiedzieć: „Spokojnie, nic się nie stało, jedziemy dalej”. Przez te wszystkie nasze wyprawy stała się naprawdę twarda. Mimo niedogodności, które czasem funduje nam droga, potrafi w takich sytuacjach – mimo własnego bólu po upadku – po prostu wstać, zacisnąć zęby i działać dalej. Taka partnerka na motocyklu to największe wsparcie, jakie można sobie wymarzyć. Zaparkowaliśmy w cieniu drzew i ruszyliśmy kamienistą ścieżką, która wiła się stromo pod górę. Monastyr Ostrog to najważniejsze miejsce sakralne w Czarnogórze, więc będąc w okolicy warto go zwiedzić. Chwilę później znów przemierzaliśmy kręte, czarnogórskie drogi, zmierzając do naszej dzisiejszej celu. Planowaliśmy dotrzeć w okolice Durmitoru jeszcze wieczorem, by z samego rana, bez korków i pośpiechu, wjechać w góry i cieszyć się widokami. Trasa wciąż potrafiła zaskoczyć – w pewnym momencie, wychodząc z zakrętu, musiałem gwałtownie skorygować tor jazdy. Środkiem asfaltu, zupełnie niezrażony ruchem, maszerował… żółw. Na szczęście refleks mnie nie zawiódł i bez problemu udało mi się go ominąć. Przed samym Plużine trafiliśmy na kolejny poważny test dla moich umiejętności i nadwyrężonej ręki. Na odcinku kilkudziesięciu kilometrów trwał remont drogi. Zerwana nawierzchnia i różnej wielkości kamienie na szutrowej trasie sprawiły, że nasza prędkość spadła do 20 km/h. Każdy metr wymagał precyzji, a każdy większy kamień pod kołami boleśnie przypominał mi o kontuzji. Na szczęście bez kolejnych przygód pokonaliśmy ten trudny odcinek i wjechaliśmy w kanion rzeki Piva. Gdy tylko zobaczyliśmy tę niesamowitą panoramę i turkusową, niemal nierealną wodę, natychmiast zapomnieliśmy o zmęczeniu i wszelkich niedogodnościach. Zafascynowani widokami, przejechaliśmy jeszcze kilka kilometrów wzdłuż kanionu, chłonąc krajobraz, który wynagrodził nam każdy przebyty w trudzie kilometr. Po chwili zawróciliśmy, aby ogarnąć bardziej przyziemne tematy, takie jak nocleg i obiad. Gospodarzem wynajętego apartamentu był Dragan – starszy mężczyzna, który od pierwszej chwili ujął nas swoją gościnnością. Po trudach drogi takie serdeczne przyjęcie sprawiło, że poczuliśmy się u niego jak w rodzinie. Gdy piliśmy kawę i zajadaliśmy się ciastem, Dragan dosiadł się do nas. Pomimo barier językowych próbowaliśmy rozmawiać – trochę po angielsku, trochę na migi, wspierając się słowiańskim podobieństwem naszych języków. I jakoś daliśmy radę. W tej prostej wymianie zdań i gestów była niesamowita autentyczność, która pozwala zbliżyć do siebie ludzi, nawet jeśli pochodzą z zupełnie różnych światów. To właśnie te chwile sprawiają, że trudy podróży nabierają głębszego sensu, a obcy człowiek w kilka minut staje się nam bliski. Rankiem kolejnego dnia pożegnaliśmy się z przemiłym gospodarzem i ruszyliśmy na słynną drogę P14, która przecina pasmo Durmitoru. Tuż po zjeździe z trasy wiodącej wzdłuż Kanionu Rzeki Piva, wjechaliśmy w tunele wydrążone prosto w skałach. Początkowy odcinek to niesamowity rytm: na przemian ciemne jaskinie i otwarta nasłoneczniona przestrzeń, a wszystko to poprzecinane ostrymi zakrętami oraz punktami widokowymi na kanion, który z każdą minutą zostawał coraz dalej w dole. W pewnym momencie droga zaczęła jednak oddalać się od krawędzi, rozpoczął się mniej widowiskowy odcinek wiodący przez gęsty, lesisty teren. Skończyły się również ostre zakręty i strome podjazdy, dzięki czemu mogłem nieco odsapnąć przed czekającym nas kolejnym etapem drogi. Mimo spokojniejszego tempa, wczorajsza kontuzja skutecznie studziła moją ekscytację z jazdy – ból był obecny przy każdym ruchu, nie pozwalając o sobie zapomnieć nawet na chwilę. W końcu las przerzedził się i nagle przed nami ukazała się ogromna, otwarta przestrzeń. W tle wyłoniło się majestatyczne pasmo górskie – surowe, skaliste szczyty, do których właśnie zmierzaliśmy. Wąska nitka asfaltu stawała się coraz bardziej kręta i mijając kolejne wzniesienia, prowadziła nas w stronę upragnionych szczytów. Imponujący widok, który sięgał po horyzont, zapierał dech w piersiach. W pewnym momencie chyba przestałem nawet czuć ból. Stałem się jednością z maszyną i otaczającym nas pięknem krajobrazu. Po drodze spotykaliśmy stada krów i owiec, które beztrosko spacerowały asfaltem. Dojechaliśmy do punktu widokowego na szczyt Prutaš (2393 m n.p.m.), gdzie na tle charakterystycznej konstrukcji przypominającej ramkę do zdjęć uwieczniliśmy to miejsce na fotografii. Kilka kilometrów dalej przy kolejnej konstrukcji, ustawionej w taki sposób, by w jej świetle idealnie prezentował się nasz kolejny cel – Przełęcz Sedlo (1907 m n.p.m.), najwyżej położonej przełęczy drogowej w Czarnogórze. W tym miejscu poczuliśmy już wyraźny powrót do cywilizacji; na parkingu stało sporo aut, a pracownik parku narodowego pobierał opłaty za wstęp na teren chroniony. Zatrzymaliśmy się na chwilę na przełęczy, by w spokoju doświadczyć otaczającego nas górskiego majestatu. Ruszyliśmy w dalszą drogę, która od tej pory prowadziła już w dół, w stronę Žabljaka. Trasa nie przestawała nas zachwycać – nadal wiła się krętymi serpentynami, prezentując majestat pasma Durmitoru i otaczający nas alpejski krajobraz. Surowy, górski masyw powoli zaczął ustępować miejsca łagodniejszym, zielonym halom, a w motocyklowym lusterku skaliste wierchy stawały się z każdą chwilą coraz mniejsze. W serduchu nadal czułem radość i jednocześnie dumę, że mimo kontuzji udało mi się pokonać ten wymagający, kręty odcinek. Z żalem opuszczaliśmy tę magiczną krainę, ale chcieliśmy pokonać jeszcze kawałek drogi w stronę domu – wciąż niepokoiłem się, czy z moim urazem dam radę kontynuować dalszą podróż. Miałem nadzieję, że odwiedzimy jeszcze Park Narodowy Tara, jednak widząc na mapie, jak kręta trasa wiedzie przez te tereny, stwierdziłem, że tym razem odpuszczę. Postanowiłem skupić się na bezpiecznym powrocie; w końcu mieliśmy do pokonania jeszcze prawie 1500 kilometrów. Najbardziej żałowałem chyba słynnego mostu na rzece Tara, który spina brzegi najgłębszego kanionu w Europie – drugiego na świecie, zaraz po Wielkim Kanionie w USA. Byłem przekonany, że znajduje się on we wspomnianym Parku Narodowym w Serbii, więc jakież było moje zdziwienie, gdy nagle zza zakrętu wyłoniła się ta potężna, betonowa konstrukcja! Sądziłem, że po pokonaniu drogi P14 nic mnie już dzisiaj nie zachwyci, jednak to miejsce potrafi „wysadzić z kapci” nawet najbardziej doświadczonych globtroterów. Widok był obłędny: ciągnące się po horyzont pasma górskie, porośnięte dzikimi, gęstymi lasami, a setki metrów w dole – wzburzona rzeka, która z tej perspektywy wyglądała jedynie jak skromny, błękitny potok. Po przejechaniu mostu zatrzymaliśmy się na parkingu. Tuż obok zaparkowała ekipa motocyklistów z Polski, z którymi spędziliśmy dłuższą chwilę, wymieniając się opowieściami o dotychczasowych wojażach i planach na dalszą eksplorację Bałkanów. Następnie weszliśmy na most, by z ogromnej wysokości zajrzeć w głąb wąwozu. W pewnym momencie zauważyłem parę machającą do nas z nadjeżdżającego motocykla. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że to Magda i Paweł, których kilka dni wcześniej żegnaliśmy pod Kotorem! To było całkowicie spontaniczne i niespodziewane ponowne spotkanie. Zaparkowali tuż obok naszej maszyny. Z ogromną radością, a jednocześnie w całkowitym niedowierzaniu, rzuciliśmy się sobie w objęcia. To nieprawdopodobne, że pośród tylu krętych dróg i setek kilometrów, nasze ścieżki przecięły się ponownie w tak spektakularnym miejscu. Niezwykle miło było znów chwilę pogadać, jednak niepokojące prognozy zapowiadające nagłą zmianę pogody – co w wysokich górach bywa szczególnie niebezpieczne – zmusiły nas do pożegnania i wyruszenia w dalszą drogę. Tego dnia dojechaliśmy do Zlaiboru, gdzie w bardzo przyjemnym apartamencie mogliśmy wypocząć przed dalszą podróżą. Kolejne dwa dni to tranzyt przez Węgry i Słowację, by po przejechaniu blisko 4 tysięcy kilometrów ponownie wjechać do własnego garażu.



