Szukaj
Pustynia Gorafe, Atlantyk i droga, która nauczyła nas odwagi (Sylwia Zielińska)

Pustynia Gorafe, Atlantyk i droga, która nauczyła nas odwagi (Sylwia Zielińska)

konkurs zgloszenie

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Paul & Sylwia. Jeden motocykl. Dwa serca. Razem tam, gdzie prowadzi droga.

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 19
Ilość kilometrów: 11200
Ilość uczestników: 2
Ilość krajów: 10
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: Honda Africa Twin ADV
Rok wyprawy: 2026
Kanał Youtube:
Instagram:
Facebook:
Blog:

Pełen opis

Są podróże, które kończą się w chwili powrotu do domu, i są takie, które jeszcze długo później wracają w rozmowach, zdjęciach i wspomnieniach. Nasza czerwcowa wyprawa motocyklowa przez Europę zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
19 dni. Ponad 11 000 kilometrów. Około 28 tankowań i blisko 560 litrów paliwa. Polska, Czechy, Austria, Włochy, Monako, Francja, Hiszpania, Gibraltar, Portugalia, ponownie Francja, Belgia, Niemcy i wreszcie Polska.
Na mapie wygląda to jak długa niebieska linia prowadząca przez sporą część Europy. Dla nas każdy jej fragment oznacza jednak coś zupełnie innego: konkretną drogę, pogodę, zapach, widok, zmęczenie, śmiech albo moment, w którym zatrzymywaliśmy motocykl i przez chwilę po prostu patrzyliśmy przed siebie.
Nie była to wyprawa polegająca na jak najszybszym dotarciu z Polski do Portugalii i z powrotem. Chcieliśmy zobaczyć Europę z motocyklowej perspektywy. Jechać drogami, które same w sobie są celem. Zatrzymywać się tam, gdzie widok jest wart więcej niż kolejne sto kilometrów autostrady. Zobaczyć Alpy, południe Francji, Andaluzję, Gibraltar i Atlantyk. I pojechać w miejsce, które ostatecznie stało się jednym z najmocniejszych wspomnień całej podróży – na pustynię Gorafe w Andaluzji.
Każda długa podróż zaczyna się dużo wcześniej niż w dniu wyjazdu. Najpierw pojawia się pomysł. Potem mapa. Na niej pierwsze punkty. Następnie kolejne, bo przecież skoro będziemy już „tak blisko”, to grzechem byłoby czegoś nie zobaczyć. I tak trasa zaczyna rosnąć.
Francja? Oczywiście. Hiszpania? Koniecznie. Portugalia? Skoro jedziemy już tak daleko, to musimy. Gibraltar? Przecież będziemy obok. Gorafe? Na początku wyglądało jak kolejny punkt na mapie. Później okazało się czymś zupełnie innym.
W dniu wyjazdu cała teoria skończyła się w chwili odpalenia motocykla. Kufry spakowane, dokumenty sprawdzone, nawigacja ustawiona. Przed nami ponad jedenaście tysięcy kilometrów.
Pierwsze kilometry długiego wyjazdu są zawsze trochę dziwne. Fizycznie już jedziesz, ale głową jeszcze przez jakiś czas jesteś w domu. Zastanawiasz się, czy wszystko zostało zabrane, czy czegoś nie zapomniałeś, czy trasa rzeczywiście jest dobrze zaplanowana. Potem następuje moment, w którym codzienność gdzieś znika. Zostaje droga.
I chyba właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa wyprawa.
Pierwsza część podróży prowadziła nas na południe przez Czechy i Austrię. Krajobraz stopniowo się zmieniał. Pojawiały się góry, droga robiła się ciekawsza, a długie przejazdy coraz częściej ustępowały zakrętom.
Na motocyklu zmianę otoczenia odczuwa się dużo bardziej niż w samochodzie. Nie oddziela nas szyba, klimatyzacja i zamknięta kabina. Czujemy chłodniejsze powietrze, kiedy zaczynamy zdobywać wysokość. Czujemy zapach lasu, wilgoć po deszczu i nagrzany asfalt. Czasami temperaturę można rozpoznać bez patrzenia na wyświetlacz motocykla – wystarczy uchylić wizjer.
Im bardziej zbliżaliśmy się do Alp, tym większą przyjemność dawała sama jazda. Właśnie po to jedzie się motocyklem przez Europę. Nie po to, aby tylko dotrzeć. Po to, żeby jechać.
Włochy oznaczały zmianę tempa i charakteru trasy. Góry zaczęły dominować nad krajobrazem. Drogi zwężały się, pojawiały się tunele, przełęcze i serpentyny.
To właśnie tutaj motocykl zaczyna mieć ogromną przewagę nad każdym innym środkiem transportu. W samochodzie zakręt jest elementem drogi. Na motocyklu zakręt jest częścią podróży.
Jeden przechodzi w kolejny, potem następny. Rytm jazdy staje się niemal automatyczny. Człowiek przestaje myśleć o kilometrach, które pozostały do celu. Na chwilę przestaje istnieć plan wyprawy. Jest tylko droga przed przednim kołem.
Co jakiś czas trzeba się jednak zatrzymać. Nie z powodu zmęczenia, lecz z powodu widoku. Są miejsca, w których zwyczajnie nie da się przejechać dalej bez zdjęcia rękawic, wyjęcia telefonu i spojrzenia jeszcze raz na to, co znajduje się przed nami.
Motocykl na tle gór. Droga wijąca się kilkaset metrów poniżej. I świadomość, że jeszcze rano byliśmy kilkaset kilometrów stąd.
Po górskich drogach dotarcie w okolice Monako i Lazurowego Wybrzeża było prawdziwą zmianą dekoracji. Nagle zamiast górskiej przestrzeni pojawiło się Morze Śródziemne, miasta przyklejone do skalistych zboczy, palmy, eleganckie samochody, jachty i zupełnie inny klimat.
Monako na motocyklu ma swoją specyfikę. Po tysiącach zakrętów i górskich dróg nagle znajdujemy się w jednym z najbardziej luksusowych miejsc Europy, a przed nami ruch miejski, ronda, tunele i ulice znane z transmisji Formuły 1.
To był kolejny kontrast tej podróży. I właśnie takie kontrasty sprawiały, że każdy dzień był inny.
Francja dała nam jedno z tych miejsc, które trudno oddać na zdjęciu – Gorges du Verdon.
Przepaść, turkusowa woda i droga biegnąca wysoko nad kanionem. Zatrzymujesz motocykl przy punkcie widokowym, podchodzisz do krawędzi i dopiero wtedy widzisz skalę tego miejsca.
Na zdjęciu wygląda pięknie. Na żywo człowiek przez chwilę milczy.
Po kilku dniach wyprawy zaczęliśmy już przyzwyczajać się do tego, że każdy kolejny etap oferuje coś wyjątkowego. Mimo wszystko Verdon ponownie ustawił poprzeczkę wysoko. Nie wiedzieliśmy wtedy, że kilka dni później znajdziemy się w miejscu zupełnie innym, ale robiącym równie ogromne wrażenie.
Przekroczenie granicy Hiszpanii było dla nas symbolicznym momentem. Do Francji z Polski da się dojechać stosunkowo szybko. Hiszpania oznaczała już coś więcej. Byliśmy naprawdę daleko od domu.
Z każdym kilometrem krajobraz stawał się coraz bardziej południowy. Temperatura rosła, roślinność się zmieniała, pojawiały się wielkie otwarte przestrzenie.
Hiszpania okazała się fantastycznym krajem do podróżowania motocyklem. Dobre drogi, ogromna różnorodność krajobrazów i ten szczególny rodzaj przestrzeni, w której droga przez wiele kilometrów potrafi ciągnąć się przed nami niemal bez końca.
Były momenty, kiedy jechaliśmy i wydawało się, że dookoła nie ma nic. Żadnych dużych miejscowości. Niewiele samochodów. Tylko droga, góry i ogromne niebo.
Im bardziej przesuwaliśmy się na południe, tym bardziej czuliśmy Andaluzję. I właśnie tam znajdował się jeden z najważniejszych punktów naszej podróży.
Gorafe – miejsce, którego baliśmy się najbardziej.
Gorafe było miejscem, na które czekaliśmy z ogromną ciekawością, ale jednocześnie z dużym strachem. I nie ma sensu tego upiększać. Baliśmy się naprawdę.
Nie jesteśmy doświadczonymi motocyklistami off-roadowymi. Nasze doświadczenie to przede wszystkim asfalt, górskie serpentyny, długie trasy turystyczne i zwykłe drogi. Jazda po luźnej nawierzchni, kamieniach, piachu i szutrze nadal była dla nas czymś nowym.
Tymczasem mieliśmy wjechać ciężkim motocyklem adventure, do tego obciążonym bagażami, na pustynne drogi Andaluzji.
Im bliżej byliśmy Gorafe, tym częściej wracało pytanie:
„Czy na pewno damy radę?”
Na zdjęciach wszystko wyglądało pięknie. Czerwone wzgórza, szerokie szutrowe drogi, niesamowita przestrzeń. Ale zdjęcie nie pokazuje nachylenia. Nie pokazuje luźnych kamieni, kolein, piachu ani tego, jak głęboki jest fragment nawierzchni, który z daleka wygląda niewinnie.
Nie pokazuje też tego, że jedziesz motocyklem ważącym setki kilogramów, z bagażami, kilka tysięcy kilometrów od domu i doskonale wiesz, że jedna głupia decyzja może skończyć się wywrotką, uszkodzeniem motocykla albo po prostu koniecznością zawrócenia.
Do tego Gorafe nie było dla nas zwykłą atrakcją przy drodze. Chcieliśmy zjechać z asfaltu i naprawdę wjechać w pustynny krajobraz. To oznaczało wyjście ze strefy komfortu.
Kiedy skończył się asfalt, emocje wzrosły natychmiast.
Pierwsze metry jechaliśmy bardzo ostrożnie. Każdy luźniejszy fragment nawierzchni powodował większe napięcie. Kierownica zaczęła lekko pracować w dłoniach, motocykl poruszał się pod nami inaczej niż na asfalcie, a tylne koło chwilami szukało własnej drogi.
Na początku odruchowo chciało się wszystko kontrolować – każde drgnięcie, każdy uślizg, każdy kamień. Szybko okazało się jednak, że im bardziej człowiek się usztywnia, tym gorzej.
Trzeba było zacząć ufać motocyklowi, patrzeć dalej przed siebie i pozwolić mu trochę pracować pod sobą. Łatwo powiedzieć. Znacznie trudniej zrobić, kiedy nie ma się dużego doświadczenia w terenie.
Nie było tu miejsca na brawurę. Prędkość przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Liczyło się tylko jedno: jechać spokojnie, patrzeć przed siebie i nie spanikować.
Były momenty, kiedy przed kolejnym odcinkiem zwalnialiśmy prawie do zera i zastanawialiśmy się, czy jedziemy dalej. Z jednej strony ogromna chęć zobaczenia tego miejsca. Z drugiej świadomość własnych ograniczeń.
I właśnie dlatego Gorafe było dla nas czymś znacznie więcej niż kolejną atrakcją na trasie. To była mała walka z własnym strachem.
Każdy przejechany trudniejszy fragment dawał odrobinę więcej pewności siebie. Początkowe napięcie powoli zmieniało się w koncentrację, a potem w prawdziwą radość.
W pewnym momencie zaczęliśmy nawet zapominać, że jeszcze kilkadziesiąt minut wcześniej zastanawialiśmy się, czy w ogóle powinniśmy tam wjeżdżać.
A potem przed nami otworzył się krajobraz, który sprawił, że na chwilę zapomnieliśmy o wszystkim.
Gorafe wyglądało tak, jakby ktoś przeniósł fragment innego kontynentu do Europy. Czerwone i pomarańczowe ściany wąwozów. Suche doliny. Poszarpane grzbiety. Ogromne niebo. I prawie całkowity brak zieleni.
Miejscami bardziej przypominało nam to Maroko albo krajobraz z filmu science fiction niż Hiszpanię.
Kurz unosił się za motocyklem. Słońce odbijało się od jasnych skał. Powietrze było suche, a przestrzeń wydawała się nie mieć końca.
W pewnym momencie zatrzymaliśmy motocykl. Nie dlatego, że trzeba było. Po prostu nie dało się jechać dalej bez zatrzymania.
Zgasiliśmy silnik.
I nagle zapadła cisza.
Po wielu dniach podróży, po szumie wiatru w kasku, dźwięku silnika, ruchu ulicznym, stacjach benzynowych, autostradach i miastach znaleźliśmy się w miejscu, gdzie po zgaszeniu motocykla prawie nic nie było słychać.
Tylko wiatr.
Przed nami rozciągał się ogromny pustynny krajobraz. Czerwone i pomarańczowe zbocza opadały w doliny. Cienie podkreślały każdy załom terenu. W oddali kolejne wzgórza nakładały się na siebie aż po horyzont.
Spojrzeliśmy na drogę, którą właśnie przejechaliśmy, potem na siebie i właściwie nie trzeba było nic mówić.
Oboje wiedzieliśmy, co znaczyło to spojrzenie.
Baliśmy się. Ale daliśmy radę.
Dla doświadczonego motocyklisty off-roadowego ta droga być może nie byłaby niczym szczególnym.
Dla nas była.
I właśnie dlatego ten dzień zapamiętamy tak dobrze.
Nie dlatego, że zrobiliśmy coś ekstremalnego. Nie dlatego, że chcieliśmy komukolwiek coś udowodnić. Ale dlatego, że zrobiliśmy coś, czego naprawdę się baliśmy.
To jest bardzo ważna różnica.
Na Gorafe nie jechaliśmy po rekord. Nie jechaliśmy po to, żeby później opowiadać, jak trudną trasę pokonaliśmy. Chcieliśmy po prostu zobaczyć miejsce, które nas fascynowało. Tyle że droga do niego wymagała od nas pokonania własnego braku doświadczenia.
I chyba właśnie dlatego satysfakcja była tak ogromna.
Africa Twin na pustyni wyglądała, jakby znalazła się w swoim naturalnym środowisku. Przez większość wyjazdu pokonywaliśmy asfalt – szybkie drogi, serpentyny, autostrady, miasta. Tutaj pojawił się szuter, kurz, kamienie, nierówności i pustynna droga biegnąca pomiędzy wzgórzami.
Motocykl adventure nagle pokazał drugą stronę swojego charakteru.
A my razem z nim.
Oczywiście nie oznaczało to, że nagle staliśmy się ekspertami od jazdy w terenie. Wręcz przeciwnie. Nadal każdy luźniejszy fragment wymagał koncentracji. Nadal piach budził respekt. Nadal na bardziej nierównych odcinkach serce potrafiło zabić szybciej.
Ale strach przestał nas blokować. Zaczął być po prostu częścią przygody.
To właśnie było chyba najważniejsze doświadczenie tego dnia: czasem człowiek nie musi przestać się bać, żeby coś zrobić. Wystarczy, że mimo strachu pojedzie dalej.
Był też jeszcze jeden moment, który dobrze pamiętamy. Kiedy człowiek jest niedoświadczony w off-roadzie, każdy większy zjazd wygląda z góry dużo bardziej stromo, niż być może jest w rzeczywistości. Każdy kamienisty odcinek od razu uruchamia wyobraźnię. W głowie pojawiają się wszystkie możliwe scenariusze: co, jeśli motocykl się położy, co, jeśli zabraknie przyczepności, co, jeśli nie damy rady zawrócić?
Wtedy trzeba było wyłączyć wyobraźnię, która podpowiadała najgorsze, i skupić się na najbliższych kilku metrach.
Nie na całej drodze.
Nie na tym, co będzie za zakrętem.
Tylko na tym, co jest przed kołem.
Kilka metrów.
Potem następne.
I jeszcze następne.
Tak właśnie przejechaliśmy Gorafe.
Nie jako bohaterowie off-roadu.
Jako ludzie, którzy bardzo chcieli zobaczyć to miejsce i postanowili nie pozwolić, żeby strach podjął decyzję za nich.
Było w tym coś niezwykle satysfakcjonującego. Im głębiej wjeżdżaliśmy w pustynny krajobraz, tym mniej myśleliśmy o tym, czego nie umiemy, a bardziej o tym, jak niesamowite jest miejsce, w którym się znaleźliśmy.
Wtedy pojawia się najpiękniejsza część podróżowania – moment, gdy cały wysiłek, stres i zmęczenie nagle przestają mieć znaczenie, bo widok przed tobą odpowiada na pytanie, po co w ogóle tu przyjechałeś.
Gorafe było też miejscem, które kompletnie nie mieściło się w kadrze aparatu. Robiliśmy zdjęcia, oczywiście. W takich miejscach telefon wyciąga się właściwie automatycznie.
Problem w tym, że później patrzysz na zdjęcie i myślisz:
„To przecież wcale tak nie wyglądało”.
Na zdjęciu nie ma temperatury.
Nie ma suchego powietrza.
Nie ma kurzu na motocyklu.
Nie słychać kamieni uderzających o osłony.
Nie czuć przestrzeni.
Nie czuć też tego napięcia z pierwszych kilometrów i tej ogromnej ulgi oraz satysfakcji, kiedy po kolejnych odcinkach zaczynasz rozumieć, że jednak dasz radę.
Dlatego Gorafe zostało bardziej w pamięci niż w galerii telefonu.
Kiedy w końcu wróciliśmy na asfalt, uczucia były mieszane.
Z jednej strony ulga. Po kilku godzinach koncentracji na luźnej nawierzchni równy asfalt wydawał się wręcz luksusem.
Z drugiej strony żal, że ten fragment się kończy.
Odwracasz się jeszcze raz. Widzisz czerwone wzgórza, kurz i pustynną drogę, którą przed chwilą jechałeś.
I już wtedy wiesz, że to był jeden z tych dni, które będą wracały jeszcze przez wiele lat.
Po ponad jedenastu tysiącach kilometrów można zapomnieć, na której stacji tankowaliśmy. Można pomylić kolejność niektórych miast.
Ale dnia na pustyni Gorafe raczej się nie zapomina.
Andaluzja nie skończyła się jednak na Gorafe.
Kolejne miejsca pokazywały zupełnie inne oblicze południowej Hiszpanii. Jednym z nich było Caminito del Rey.
Po pustynnym krajobrazie Gorafe nagle znaleźliśmy się pośród skalnych ścian i głębokich wąwozów. I właśnie na tym polegało piękno tej części podróży.
Jednego dnia pustynia.
Drugiego monumentalny kanion.
Później Morze Śródziemne.
Każdego ranka mogliśmy mieć wrażenie, że zaczynamy zupełnie nową podróż.
Po suchym wnętrzu Andaluzji zjazd w stronę wybrzeża był następną ogromną zmianą.
Nagle pojawiło się morze, palmy, kurorty i znacznie więcej ludzi. Po pustynnej samotności Gorafe okolice Malagi i Marbelli wydawały się wręcz zatłoczone.
Ale było w tym coś przyjemnego.
Po dniach pokonywania kilometrów można było na moment zwolnić, spojrzeć na Morze Śródziemne i zdać sobie sprawę, jak daleko już jesteśmy od Polski.
A przecież nadal nie dotarliśmy do najbardziej południowego punktu naszej trasy.
Gibraltar był kolejnym symbolicznym miejscem.
Nie chodziło tylko o samą Skałę Gibraltarską. Największe wrażenie robi świadomość położenia.
Stoisz na samym południu Europy.
Po drugiej stronie wody znajduje się Afryka.
I nagle człowiek zaczyna w głowie przewijać trasę.
Polska.
Czechy.
Austria.
Włochy.
Francja.
Hiszpania.
I teraz stoimy tutaj.
Przyjechaliśmy motocyklem.
To jest właśnie jeden z momentów, kiedy liczba kilometrów zaczyna nabierać znaczenia.
Jeszcze bardziej symboliczna była Tarifa. To jedno z tych miejsc, w których geografia przestaje być czymś z podręcznika.
Atlantyk i Morze Śródziemne.
Europa i Afryka.
Wiatr, ocean i ogromna przestrzeń.
Stojąc tam, trudno nie poczuć, że dotarło się naprawdę daleko.
Tyle że dla nas to nadal nie był koniec.
Przed nami była Portugalia.
Po Andaluzji skierowaliśmy się na zachód. Granica Portugalii była kolejnym małym świętem.
Następny kraj.
Kolejny etap.
Kolejne marzenie z mapy zamienione w rzeczywistość.
Pierwsze kilometry Portugalii od razu pokazały, że choć geograficznie jesteśmy bardzo blisko Hiszpanii, atmosfera jest trochę inna.
A potem pojawił się Atlantyk.
Trudno opisać uczucie, kiedy po kilku tysiącach kilometrów od domu staje się przy oceanie obok motocykla.
Właściwie nie trzeba nic mówić.
Patrzysz na wodę.
Potem na motocykl.
I jeszcze raz na ocean.
Przyjechaliśmy tutaj z Polski.
To jedno zdanie wystarcza.
Algarve było kolejnym miejscem, które długo pozostaje w pamięci. Potężne klify, skalne zatoki i Atlantyk.
Po Gorafe nie spodziewaliśmy się, że podczas jednej wyprawy jakiś krajobraz może zrobić na nas równie wielkie wrażenie, ale Portugalia zrobiła to w zupełnie inny sposób.
Gorafe zachwyca pustką.
Algarve przestrzenią oceanu.
W jednym miejscu patrzyliśmy na suche wąwozy, w drugim na wodę ciągnącą się aż po horyzont.
Dwa zupełnie odmienne światy oddalone od siebie o zaledwie kilkaset kilometrów.
Nie chcieliśmy ograniczyć Portugalii do jej południowego wybrzeża. Ruszyliśmy dalej na północ.
Po drodze zmieniał się krajobraz, miasta, roślinność i temperatura. Portugalia miała zupełnie inny rytm niż południowa Hiszpania. Po dniach intensywnej jazdy coraz częściej łapaliśmy się na tym, że zamiast gonić do kolejnego punktu, chcemy po prostu usiąść na chwilę, wypić kawę i popatrzeć.
To także była część wyprawy.
Nauczyć się, że nie każdy dzień musi być rekordem.
Że czasem najlepsze wspomnienie powstaje nie wtedy, gdy przejedziesz najwięcej, lecz wtedy, gdy pozwolisz sobie zatrzymać się dłużej.
Z każdym kolejnym kilometrem coraz częściej pojawiała się jednak świadomość, że południowy etap podróży powoli przechodzi w drogę powrotną.
To dziwne uczucie.
Przez pierwszą połowę wyprawy każdy dzień oddala od domu. Każdy kolejny drogowskaz prowadzi do miejsca, które brzmi bardziej egzotycznie. Jedziesz coraz dalej na południe i zachód. Masz wrażenie, że cała przygoda jest jeszcze przed tobą.
A potem przychodzi moment, kiedy kierunek zaczyna się odwracać.
Jeszcze jedziemy.
Jeszcze zwiedzamy.
Jeszcze każdego ranka pakujemy motocykl.
Ale gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl:
„Teraz już wracamy”.
I właśnie wtedy zaczyna się zauważać rzeczy, które wcześniej były oczywiste. Codzienny rytuał pakowania. Sprawdzenie kufrów. Kask odkładany zawsze w to samo miejsce. Rękawice, które trzeba znaleźć rano. Ładowanie interkomów. Woda na drogę. Nawigacja. Sprawdzenie paliwa.
Po kilkunastu dniach te czynności stają się częścią życia, a nie przygotowaniem do podróży.
Bo przez te 19 dni podróż nie była czymś, co robiliśmy.
Była po prostu naszym codziennym życiem.
Droga powrotna prowadziła nas ponownie przez Francję.
Inny krajobraz niż na południu, kolejne setki kilometrów, Paryż i stopniowe przesuwanie się na północ i wschód.
Każdego dnia byliśmy trochę bliżej domu, ale motocyklowa codzienność nadal wyglądała podobnie.
Rano pakowanie.
Sprawdzenie trasy.
Kask.
Rękawice.
Start.
Potem paliwo.
Kawa.
Kolejne kilometry.
Następne tankowanie.
Wieczorem zmęczenie.
I pytanie:
„Ile jutro?”
Po kilkunastu dniach zaczyna się funkcjonować w tym rytmie zupełnie naturalnie.
Nie liczy się już poniedziałek, wtorek czy środa.
Dni nazywają się inaczej.
„Dzień Gorafe”.
„Dzień Gibraltaru”.
„Dzień Algarve”.
„Dzień Paryża”.
Belgia i Niemcy oznaczały, że pętla na mapie zaczyna się zamykać.
Temperatura była już inna.
Krajobraz coraz bardziej znajomy.
Drogi coraz częściej przypominały te, które znamy z bliższych wyjazdów.
I nagle coś, co przez ponad dwa tygodnie wydawało się bardzo daleko, zaczęło być osiągalne w ciągu jednego czy dwóch dni.
Polska.
Dom.
Z jednej strony ogromna radość. Po tysiącach kilometrów własne łóżko brzmi naprawdę dobrze.
Z drugiej pojawia się coś zaskakującego.
Trochę żalu.
Bo przez 19 dni życie było niezwykle proste.
Nie było dziesiątek codziennych spraw.
Był motocykl, droga, paliwo, pogoda, nocleg i pytanie, co zobaczymy jutro.
To właśnie w takiej podróży człowiek odkrywa, jak niewiele rzeczy naprawdę potrzebuje. Wszystko musi zmieścić się w kufrach. Nie ma miejsca na przypadkowe przedmioty. Każda rzecz ma swoje zastosowanie, a po kilku dniach dokładnie wiesz, co było potrzebne, a co tylko niepotrzebnie woziłeś przez pół Europy.
Długa wyprawa uczy też pokory wobec kilometrów.
Pierwszego dnia 500 kilometrów brzmi jak bardzo długi odcinek.
Po dwóch tygodniach patrzysz na mapę i mówisz:
„Dzisiaj tylko pięćset”.
Ale jednocześnie szybko okazuje się, że liczba kilometrów wcale nie mówi, czy dzień był dobry.
Czasem najlepszy dzień ma dwieście kilometrów, bo zatrzymujesz się co chwilę. Bo droga jest tak piękna, że nie chcesz jej kończyć. Bo każdy zakręt pokazuje nowy widok. Bo trafiasz na miejsce, którego nie było w planie.
A czasem przejeżdżasz osiemset i pamiętasz głównie stacje benzynowe.
Dlatego po tej wyprawie przestaliśmy patrzeć na trasę wyłącznie przez liczby.
11 000 kilometrów robi wrażenie, ale nie one są najważniejsze.
Najważniejsze są te kilometry, na których coś poczuliśmy.
Zachwyt.
Strach.
Zmęczenie.
Radość.
Dumę.
Czasem ulgę.
Powrót do Polski nie miał w sobie wielkiego filmowego finału.
Po prostu któregoś dnia znajome nazwy miejscowości zaczęły pojawiać się coraz częściej.
Kilometry do domu znikały.
I w końcu zatrzymaliśmy motocykl.
Tym razem nie na pięć minut.
Nie po zdjęcie.
Nie po paliwo.
Podróż się skończyła.
19 dni wcześniej ruszaliśmy pełni ciekawości tego, co będzie przed nami.
Teraz mieliśmy za sobą ponad 11 000 kilometrów.
Za nami były Czechy, Austria, włoskie i alpejskie drogi, Monako, Lazurowe Wybrzeże, Gorges du Verdon, Hiszpania, Andaluzja, pustynia Gorafe, Caminito del Rey, Malaga, Gibraltar, Tarifa, Portugalia, Atlantyk, Francja, Belgia i Niemcy.
Ale najważniejszych rzeczy nie da się zaznaczyć na mapie.
Nie da się zaznaczyć momentu, kiedy po wyjściu z zakrętu nagle otwiera się widok, który zmusza do zatrzymania.
Nie da się zaznaczyć kawy wypitej na przypadkowej stacji gdzieś w Hiszpanii.
Nie da się zaznaczyć rozmów w interkomie, żartów powtarzanych tylko dlatego, że po wielu godzinach jazdy wszystko wydaje się śmieszniejsze, ani ciszy, kiedy oboje patrzycie na ten sam widok i żadne z was nie musi nic mówić.
Nie da się zaznaczyć zmęczenia po długim dniu jazdy ani tej satysfakcji, kiedy po zdjęciu kasku patrzysz na motocykl i myślisz:
„Ale to był dzień”.
Nie da się też zaznaczyć strachu.
A właśnie strach okazał się jednym z najważniejszych elementów naszej wyprawy.
Gorafe nauczyło nas, że czasami najlepsze wspomnienia zaczynają się dokładnie tam, gdzie kończy się komfort.
Na początku naprawdę chcieliśmy zawrócić. Byliśmy niedoświadczeni w off-roadzie i dobrze wiedzieliśmy, że nie mamy umiejętności ludzi, którzy regularnie jeżdżą po szutrze i piachu.
Może właśnie dlatego nie próbowaliśmy niczego udowadniać.
Jechaliśmy wolno.
Ostrożnie.
Z pokorą.
I dzięki temu dotarliśmy tam, gdzie chcieliśmy.
Dla kogoś innego to mogła być zwykła szutrowa droga.
Dla nas była małym zwycięstwem.
Po całej wyprawie właśnie takie momenty zostają najmocniej.
Nie te, w których wszystko idzie łatwo.
Te, w których najpierw pojawia się wątpliwość, później strach, potem decyzja, żeby spróbować, a na końcu satysfakcja.
Dlatego gdy ktoś pyta nas dzisiaj o najpiękniejsze miejsce tej podróży, trudno wskazać jedno.
Alpy były spektakularne.
Gorges du Verdon monumentalne.
Gibraltar symboliczny.
Algarve zachwycało oceanem.
Ale Gorafe miało coś jeszcze.
Emocje.
To właśnie tam najbardziej czuliśmy, że jesteśmy na prawdziwej wyprawie.
Nie na wakacjach.
Nie na wycieczce od atrakcji do atrakcji.
Na wyprawie.
Z kurzem, niepewnością, ciężkim motocyklem, własnym strachem i wielkim „uff”, kiedy wróciliśmy na asfalt.
Było też w tej wyprawie coś jeszcze, czego nie da się zaplanować w arkuszu ani na mapie: poczucie wspólnoty.
Długa podróż we dwoje oznacza, że przez wiele godzin dziennie dzieli się nie tylko piękne widoki, ale też zmęczenie, gorszy humor, upał, niewygodę i chwile niepewności.
I właśnie wtedy bardzo szybko okazuje się, że sukces wyprawy nie zależy wyłącznie od motocykla i dobrej pogody.
Zależy od tego, czy potrafimy działać razem.
Czy kiedy jedno ma gorszy moment, drugie potrafi powiedzieć:
„Spokojnie, damy radę”.
Czy kiedy trzeba zmienić plan, nie traktujemy tego jak porażki.
Czy kiedy po całym dniu jazdy jesteśmy zmęczeni, nadal potrafimy się śmiać.
Na Gorafe miało to szczególne znaczenie.
Strach bardzo łatwo się udziela. Gdy jedno zaczyna wątpić, drugie również może zacząć patrzeć na drogę jak na zagrożenie.
Dlatego największą wartością było wzajemne zaufanie.
Nie musieliśmy udawać, że się nie boimy.
Mogliśmy powiedzieć:
„To wygląda trudno”.
A potem:
„Spróbujmy spokojnie”.
Być może właśnie dlatego wspomnienie pustyni jest dla nas tak silne.
To nie tylko krajobraz.
To wspólne przejście przez coś, co w naszej głowie początkowo było znacznie większe niż w rzeczywistości.
Po Gorafe wiele innych kilometrów jechało się trochę inaczej.
Nie dlatego, że nagle staliśmy się lepszymi motocyklistami.
Ale dlatego, że zyskaliśmy trochę więcej zaufania do siebie.
I chyba właśnie to jest jeden z najpiękniejszych skutków każdej prawdziwej podróży.
Wracasz z niej z tym samym paszportem, tym samym motocyklem i tymi samymi kuframi.
Ale trochę innym człowiekiem.
Ta wyprawa nauczyła nas także, że plan jest potrzebny, ale jeszcze ważniejsza jest gotowość do jego zmiany.
Motocykl pozwala być trochę bardziej spontanicznym.
Widzisz drogę odbijającą w góry?
Jedziemy.
Pojawia się punkt widokowy?
Zatrzymujemy się.
Ktoś mówi, że kilka kilometrów dalej jest piękne miejsce?
Sprawdzamy.
Nie wszystko trzeba zaliczyć. Nie wszędzie trzeba dojechać o konkretnej godzinie.
Czasem największym luksusem podróży jest możliwość powiedzenia:
„Zostańmy tu jeszcze chwilę”.
To właśnie z takich decyzji powstają później najlepsze historie.
Nasza mapa pokazuje 19 dni podróży i ponad 11 000 kilometrów.
Ale gdy na nią patrzymy, nie widzimy liczb.
Widzimy kolejne poranki.
Pamiętamy momenty zakładania kasków, kiedy nie wiedzieliśmy jeszcze, co wydarzy się tego dnia.
Pamiętamy góry.
Pamiętamy morze.
Pamiętamy ocean.
Pamiętamy francuskie kaniony.
Pamiętamy hiszpański upał.
Pamiętamy pustynny kurz Gorafe.
Pamiętamy wiatr w Tarifie.
Pamiętamy Atlantyk w Portugalii.
I pamiętamy drogę do domu.
Są podróże, po których wraca się z ogromną liczbą zdjęć.
My wróciliśmy również z czymś jeszcze – z większą odwagą do planowania kolejnych.
Bo jeśli wcześniej zastanawialiśmy się, czy damy radę przejechać taką trasę, po powrocie już wiedzieliśmy, że możemy.
Jeśli wcześniej szuter budził w nas głównie strach, po Gorafe nadal budzi respekt, ale już nie jest czymś, co automatycznie oznacza „nie”.
To nie znaczy, że następnym razem bez zastanowienia pojedziemy w najtrudniejszy teren.
Wręcz przeciwnie.
Gorafe nauczyło nas pokory.
Ale pokazało też, że granice możliwości czasami znajdują się trochę dalej, niż sami sobie wyobrażamy.
Kiedy wróciliśmy do domu, motocykl był zakurzony, na owiewkach i kufrach widać było ślady tysięcy kilometrów, a my byliśmy porządnie zmęczeni.
Można byłoby pomyśleć, że pierwszą rzeczą po takiej wyprawie będzie obietnica:
„Przez jakiś czas nigdzie nie jedziemy”.
Było dokładnie odwrotnie.
Bo najlepszym dowodem na to, że podróż naprawdę była udana, nie jest liczba zdjęć ani kilometrów.
Jest nim pytanie, które pojawia się jeszcze zanim człowiek zdąży dobrze rozpakować kufry:
„No dobrze… to dokąd jedziemy następnym razem?”