Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby
Kilka danych o wyprawie
Kategoria zgłoszeania: Legalna wyprawa Offroadowa
Ilość dni: 17
Ilość kilometrów: 3700
Ilość uczestników: 11
Ilość krajów: 1
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: Ktm 690
Rok wyprawy: 2026
Kanał Youtube: https://youtube.com/shorts/xC3udw2uepo?si=PfXidhh2o0iiAfwT
Instagram:
Facebook: https://www.facebook.com/share/1H8kk4ZAS9/
Blog:
Pełen opis
Wybraliśmy się na Islandię, by z perspektywy motocykla doznawać zachwytów urzekająco pięknym krajobrazem oraz naprzemiennie wychodzić i wchodzić ze strefy komfortu, balansując zimno i fatygę kąpielami w gorących źródłach. Nie ma drugiego takiego miejsca na Ziemi gdzie nagromadzenie “niezwykłości” jest tak wysokie.
Jeśli do tego wszystkiego dodać, że wyspę zwiedzasz pojazdem offroadowym, którym możesz dotrzeć w bardzo wiele zakątków wnętrza wyspy to plan wydaje się być absolutnie doskonały. “Chwila, chwila! Offroad na Islandii jest zakazany!” – zakrzyknie czytelnik, mając całkowitą rację. Należy to jednak wyjaśnić, nim smutni panowie zapukają o 6 rano do namiotów 11 członków wyprawy. Islandczycy zupełnie inaczej definiują “offroad”. Podczas gdy na kontynencie wielu ludzi offroadem nazywa jazdę najzwyklejszą szutrówką, na wyspie ten termin określa jazdę zupełnie na przełaj, zakładanie śladu w dziewiczym terenie. To fizycznie dość proste, bo wnętrze wyspy to arktyczna pustynia bez roślinności. Szczęśliwie dróg nieutwardzonych jest bez liku i potrafią swoją trudnością dać solidnie w kość nawet doświadczonym motocyklistom- nazywane sa f-roadami. Co więcej – Islandczycy wprost kochają jazdę terenową i co rusz spotykasz monstrualne samochody modyfikowane wyłącznie pod surowe arktyczne warunki.
Wszyscy wiemy jednak, że zwiedzanie świata zza kierownicy motocykla to zupełnie inny wymiar podróży, gdy bierzesz na siebie przygody z całym dobrodziejstwem pogodowo podróżniczego inwentarza. Byłem na Islandii wielokrotnie ale nigdy na dwóch kołach i bardzo chciałem to zrobić. Do tego uwielbiam pustynię, chociaż arktyczna to coś zupełnie nowego.
Przygotowania pojazdów robimy inaczej niż w ciepłe miejsca. Na kierownice trafiają duże handbary i grzane manetki.
Spodziewana wilgoć wymusza przejrzenie instalacji elektrycznej i zabezpieczenie jej przed wodą. Szczególnie ważna jest nawigacja odporna na warunki atmosferyczne – jedziemy w formule rajdu i każdy musi mieć ślad i mapę niezawodnie dostępną przed oczami. Dobór opon to balansowanie między wystarczajaco miękką, by w razie kapcia dała się zdjąć z obręczy w temperaturach bliskich zera.
Jednocześnie musi być dostatecznie twarda by wytrzymała ok 4000 km jazdy bo bardzo ostrej wulkanicznej skale.
Każdy motocykl ma powiększony bak lub inne rozwiązanie by mieć zasięg minimum 400 km- we wnętrzu wyspy nie ma osad ludzkich ani stacji benzynowych.
Wreszcie ekwipunek – namioty, które będą naszym domem przez 17 dni, muszą radzić sobie z silnym wiatrem i deszczem, wersje utralight mogą tego nie wytrzymać. Strój to rozwiązania warstwowe – od wełny merino przy ciele, przez izolację z puchu lub wełny, po wiatro- i wodoszczelną warstwę zewnętrzną. Temperatury, jakich się spodziewamy, będą między zerem a 15°C a spotkanie deszczu jest kwestią czasu. Motocyklowe skarpety z membraną wodooporną mają pozwolić zachować komfort nóg i zabezpieczyć je przed “stopą okopową”
Boję się tego wyjazdu. To nie pierwsza moja wizyta na wyspie i wiem że przygoda może łatwo zamienić się w pogodowy koszmar- mgła, wichura i deszcz szybko odbierają chęć do jazdy nawet w tak pięknym miejscu. A jak pech skumuluje się jak dziury w serze to możesz trafić do wieczornych newsów. Do tego musimy przekroczyć wiele rzek, ryzykując utopienie motocykla i przemoczenie kierownika. Lokalsi specjalnie modyfikują swoje samochody pod tym kątem. Na drogach spotykasz specjalne instrukcje, jak “brodzić” możliwie najbezpieczniej.
Motocykl łatwiej ożywić niż terenówkę po utopieniu, jeśli wiesz co robić. Do bagażu trafia zapasowy olej silnikowy, świece i filtry. W suchych workach mamy zmianę odzieży i grzejki chemiczne na ciało.
Odbieramy jednoślady w byłej amerykańskiej bazie wojskowej.
Wizyta na samoobsługowej stacji oraz zakupy.. Zaskoczeni odbijamy się od zamkniętych drzwi, bo minęła 22. Słońce jeszcze sporo na horyzontem a my straciliśmy rachubę czasu.
Na biwak jedziemy mijając elektrownie geotermalną i miasteczko Grindavik. W trakcie niedawnej erupcji pobliskiego wulkanu Sundhnúkagígar ogromnym wysiłkiem udało się je uratować przed zalaniem lawą. Budowano na szybko ogromny wał ziemny lub polewano lawę wodą, by ta, krzepnąc, kierowała nowe dostawy w innym kierunku. Płynna skała dotarła jednak na rogatki miasteczka, paląc 2 domy. Kolejna erupcja jest kwestią czasu bo półwysep wszedł w kolejny cykl erupcji zwany Sundhnúkur. Mieszkańcy nie mogą wrócić do swoich domów a Grindavik jest prawdziwym post-apo miasteczkiem otoczonym czarną skorupą zastygłej materii.
Dalej mijamy nieco starszy wulkan – Fagradalsfjall – który w 2022 roku utworzył lawowy wodospad. Takie rzeczy tylko w Islandii.
Nocleg opuszczamy kierując się do Krysuvik – pole geotermalne pełne wyziewów siarki, dymu oraz kociołków pełnych wrzącego błota. Zapach zgniłych jaj będziemy spotykać jeszcze wiele razy.
Chwilę później, rozkoszując się słoneczną pogodą, mój KTM zatrzymuje się bez życia. Znam swój motocykl dobrze, więc przyczynę odkrywam po nietypowym dźwięku pompy paliwa – przewód paliwowy pękł i nie ma odpowiedniego ciśnienia. Zaniedbałem wymianę przestarzałego przewodu. Wymiar kary jest łagodny, usterkę łatwo naprawić, gonię ekipę. Ta odwiedza gejzer Strokkur oraz gejzer.. Geysir, który dał nazwę wszystkim gejzerom na świecie.
Po drodze odwiedzamy gorący strumień w dolinie Reykiadalur – w przepięknej scenerii, gdzie powstał jedynie mały pomost, zanurzasz się w potoku rozkoszując się widokiem na dolinę oraz kwitnące kwiaty wełnianki podświetlone niskim słońcem.
Na biwak dojeżdżam koło północy, jadąc wiele kilometrów wzdłuż grzbietu górskiego zalanego różowym światłem słońca schowanego płytko pod horyzontem. Cisza dookoła namiotów jest absolutna. Nasz F-road wiedzie wzdłuż linii wysokiego napięcia. Wieje od niego lodowaty i suchy wiatr i, mimo słońca, jest zimno. Na domiar droga kończy się rzeką, którą trzeba przejechać. Jesteśmy umówieni by nikt nie pokonywał wody bez obserwatora – w razie upadku sprawy mogą przybrać bardzo zły obrót. Najspokojniejszy nurt i najgładsze dno jest zazwyczaj w najszerszym miejscu brodu. Mateusz skuszony węższym przejazdem próbuje jechać pozornie łatwiejszą linią. Zupełnie znienacka trafia na ukryty pod wodą głaz. Kąpiel jest kompletna, Tenera i kierownik nikną na chwilę pod wodą. Szczęśliwie silnik nie wciąga wody i motocykl szybciej udaje się wysuszyć niż właściciela.
Ma chwile opuszczamy offa i podjeżdżamy pod wodospad Gullfoss, który toczy monstrualne ilości wody – 110m3 na sekundę! Potem jeszcze wodospad Haifoss, 3 najwyższy na Islandii, który ma aż 128 m wysokości. W międzyczasie pojawiają się pierwsze awarie motocykli Kove, których aż 4 sztuki jadą w ekipie. Mocowanie tylnego baku ewidentnie nie radzi sobie z agresywną jazdą z bagażem i puszczają śruby mocujące go do ramy.
Wjeżdżamy na zbocza aktywnego wulkanu Hekla, jadąc przez żużlową pustynię i przecinając pole zastygłej lawy. Koledzy ze Śląska żartują że jest identycznie jak u nich na hałdach.
Nie wszędzie da się wjechać motocyklem, nie wszędzie można. Na końcu drogi przebieramy buty na turystyczne i ruszamy na szczyt. Hekla znana jest z bardzo gwałtownych erupcji, które zapowiadają trzęsienia ziemi ledwie pół godziny wcześniej. Mimo że wulkan od 1970 wybuchał równo co 10 lat to od 2000r zwleka z kolejną erupcją
To już 26 lat. Mamy nadzieję że to jeszcze nie dzisiaj..
Na czarnym żużlu po erupcji w pierwszej kolejności wyrasta fluorescencyjnie zielony mech. Dodaj do tego pomarańczowo-różowe światło zachodzącego słońca oraz tęczę pośród czarnych wulkanów i zaczynasz rozglądać się za pląsającym po krajobrazie jednorożcem. Czujemy jakby nasza wrażliwość wróciła do czasów gdy byliśmy dziećmi. Co chwila zatrzymujemy się, by zwyczajnie popatrzeć dookoła. Zamiast konia z rogiem na głowie na końcu tęczy dostrzegamy.. owce.
Landmannalaugar nazywany jest tęczowymi górami – bogate w minerały zbocza mają kolory żółte, zielone, rdzawe, czarne i wszystko pomiędzy. Mając w sakwach jedynie buty turystyczne i przekąski jedziemy na początek szlaku – namioty i sprzęt zostały na biwaku. Motocykle z ekwipunkiem zostają na parkingu a my ruszamy na całodzienną wycieczkę. Nie boimy się o nasz dobytek – Islandia to miejsce wyjątkowo bezpieczne, gdzie ludzie do lat 2000 rzadko zamykali swoje domy.
Trekking po górach z widokiem na pola lawowe, ogromny lodowiec i rozległe doliny przebiega początkowo spokojnie. Wybraliśmy mało uczęszczany wariant. W trakcie przerwy na posiłek zza pleców dobiega ogromny grzmot, niczym piorun. Zadrżała również ziemia. Nieco później, od rangera dowiadujemy się, że to trzęsienie ziemi w mocy 3 stopni Richtera. Pan w mundurze na ebiku sprawdza czy nie doszło do osunięć kamieni na szlak turystyczny. Zmarznięci i lekko przewiani kończymy kończymy trekking w najlepszy możliwy sposób – na połączeniu gorącego i lodowatego potoku, gdzie każdy znajduje odpowiednią dla siebie temperaturę.
Koło gorącego źródła spotykam islandzkiego przewodnika grupy motocyklowej i pytam o warunki na dalszej trasie. Jeśli człowiek żyjący w tym klimacie od urodzenia mówi ci, żeby mieć się na baczności i opowiada o tym, jak “unosił się” z motocyklem w rzece Holmsa to znaczy że sprawa jest poważna. Wymieniamy się kontaktami, ma przesłać mi aktualne informacje
o stanie rzeki, gdy je zdobędzie.
Powrotne 25 km na biwak to istna rozkosz dla oczu – nawet jeśli za dnia jest pochmurno, to niskie słońce zazwyczaj znajduje drogę dla promieni między chmurami, pięknie podkreślając rzeźbę terenu. Do tego wzniecony kołami kurz czyni scenerię fotograficznym graalem.
Drogą F208 jedziemy na południowy wschód. Przekraczane strumienie okazują się łatwe a my zdobywamy doświadczenie. Kluczowa okazuje się właściwa prędkość i trzymanie motocykla kolanami – zawieszenie robi resztę, o ile dasz maszynie nieco swobody.
Mijamy stada islandzkich koni przeganianych na nowe pastwiska przez jadących wierzchem opiekunów. To niezwykła rasa, której właściwości były wzmacniane przez stulecia. Wprawdzie nie są największe wśród wierzchowców, ale mają niezwykłe zdolności. Są bardzo odporne na surowe warunki a zamieć śnieżną przeczekują zetknięte bokami stojąc tyłem do wiatru. Ich zimowa sierść jest tak gruba, że śnieg nie topi się na ich grzbiecie.
Wizytę na wybrzeżu mamy krótką, bo wracamy w interior – Maelifellsandur to czarna pustynia w sąsiedztwie ogromnego lodowca Mýrdalsjökull. Żeby było bardziej baśniowo – trzeba pokonać rzekę Bláfjallakvísl tuż nad.. wodospadem. Niskie chmury, siąpiący deszcz budują niezwykły klimat. Czarne podłoże i jasne niebo- chwilami ciężko dostrzec drogę przez ogromny kontrast. Musimy przejechać kilkukilometrowe rozlewisko wody wypływającej z topiącego się lodowca. Dziesiątki korytek w grząskim piachu wypełnione mętną wodą koloru cappuccino. Trzymasz prędkość i gaz, gotowy do odkręcenia na maksa – czasami podłoże jest wyjątkowo podstępne. Pióropusze wody nakrywają człowieka raz po raz.
Wieczorny spacer do oddalonego o kilka kilometrów gorącego źródła, z którego obserwujemy wschodzący na zielonymi zboczami księżyc w pełni. Przebiegające
w okolicy elfy dostrzec trudno tylko dlatego że już dość ciemno.
“Uważajcie na śliskie głazy w korycie!” -mówi Islandczyk z pickupa wielkosci malego domu. Rwący nurt bardzo utrudnia trzymanie linii po nierównym dnie. Wielu z nas decyduje się przeprowadzić motocykl na jedynce by nie utopić maszyn.
Kolejna wizyta na wybrzeżu, by zatankować. We wnętrzu wyspy nie ma ani osad ludzkich ani infrastruktury. Huraganowe wiatry, niskie temperatury i śnieg topiący się dopiero w lipcu to powody, dla których Islandczycy nie zasiedlili wnętrza wyspy, mimo że mieli na to 1000lat. W stronę gór Kerlingarfjöll zmierzamy mało używaną “starą” F35. Niewinna szutrówka zamienia się szybko w kręta i bardzo nierówną górską drogę. Podjazdy złożone z luźnych okrągłych kamieni wielkości pięści nie dają żadnego podparcia dla koła i każda kolejna próba (po glebie) jest trudniejsza. Do tego wzmaga się wichura, która w pewnym momencie zaczyna spychać nas z drogi. Zatrzymuję maszynę pod wiatr i sprawdzam prognozę – jazda przy mocniejszych podmuchach będzie już niemożliwa. Szczęśliwie wygląda na to że nie będzie gorzej. Trzeba zagryźć zęby, zaufać zewnętrznemu rzędowi kostek w oponie i głęboko pochylić maszynę by utrzymać tor jazdy. Po twarzach siecze piachem i chłodem, współczuję kolegom którzy mają otwarte kaski.
Zagłębiony w płaskowyżu biwak w Hveravelir daje wytchnienie od wichury. Dojeżdżam widząc lampkę rezerwy paliwa, sporo za wcześnie! Rekordowe wartości spalania, wyższe niż w mauretańskich piachach, to efekt walki z wiatrem i lawirowania na jedynce. Trzeba policzyć czy starczy nam do kolejnej stacji.
Okrążamy lodowiec Langjökull trasą, która z wygodnej szutrówy, przeszła w “dirttrack”. Od rangera dowiedziałem się że to trasa używana tylko przez ekipy na endurówkach i buggy. Droga kręci się po polu zastygłej lawy i daje solidny wycisk. Ciągły slalom na stojąco między ostrym bazaltem i poletkami bomb wulkanicznych.
Wieczorne słońce znów nadaje kolorów. W dolinie wypełnionej zastygła lawą wchodzimy do wielkich jak tunele metra korytarzy, którymi płynna skała przemieszczała się dalej i dalej. I wreszcie gwóźdź programu na dziś – wizyta na skraju lodowca.
Na dojazdówce obserwujemy znaczniki wskazujące miejsce sięgania lodu w poprzednich latach. Uderzające jest tempo znikania, od 2020 cofnął się o dobre 400m!
Ale jest i dobra wiadomość – operator turystyczny wysypał żwirem linię wyjazdu na grzbiet lodowca bo ten nie jest już pokryty śniegiem jak dawniej. Śnieżne autobusy nawet mimo kolców w oponach zaczęły się ślizgać. Ciężko mi powstrzymać się przed sprawdzeniem przyczepności na lodzie. Ot, tylko z ciekawości, czy opony trzymają na brzeżku.. Chwilę później jadę lodowcem w stronę grzbietu nie wierząc w to, co robię.
Poranek jest pełen odkryć. Marek odkrywa awarię rozrusznika, Mariusz spostrzega, ze tylnej opony nie starczy do końca wyjazdu a Dawid orientuje się że zębów w tylnej zębatce zabrakło już teraz. Klej dwuskładnikowy naprawia rozrusznik, kamień, a później pożyczona kątówka ratuje tymczasowo zębatkę a wizyta w Reykjaviku rozwiązuje temat opony (I zębatki) Może i drogo ale za to czasochłonnie.
Półwysep Snæfellsnes to dla wielu sposób na “Islandię na weekend”. Wulkan pokryty lodowcem, zjawiskowe wodospady, miejsca obserwacji fok, wydeptane miejscówki, gdzie każdy musi uwiecznić ten sam kadr na Instagram. Ciężko jednak odmówić uroku temu miejscu. Dzisiejszy dzień ma być głównie odpoczynkowy i krajoznawczy ale, na ile to możliwe, zahaczamy o nieutwardzone drogi. Lodowaty wiatr, gdy siedzisz bez ruchu, potrafi okrutnie wychłodzić – najlepiej wiedzą to motocykliści. Możemy sobie na to pozwolić, bo dzień kończymy wchodząc do gorącego stawu na łące. Rozkoszne ciepło obejmuje nas kompletnie – od zewnątrz i od żołądka.
Pogoda w drugiej części wyspy wreszcie się poprawia – zmierzamy na północny wschód. Zwiedzamy okolice jeziora Myvatn – krainy jezior i rozkosznych małych kraterków. Pomarańczowe światło, długie cienie, soczyste kolory, krajobrazy jak z powieści fantasy. Zamiast przelatujących na lekkich skrzydłach wróżek z różdżką są.. meszki. Miliony. Determinacja tych małych owadów mogłaby inspirować polską reprezentację futbolu. Na biwaku nie da się nic zrobić bez kapelusza z moskitierą.
Wjazd w “highlands” od północy narzuca linia lodowcowych rzek – wiele z nich jest nie do pokonania przez swój rozmiar. Okolice wulkanu Askja nie mają w zasadzie kolorów – żużel, czarne skały, brak roślin.. Dopiero patrząc na swój motocykl upewniam się że Matrix nie ma poważnej awarii. Silny wiatr wznosi w powietrze ogromne ilości mąki skalnej z wyschniętej wody lodowcowej – z daleka wygląda jak pożar. Z tej okazji rangerzy właśnie przenoszą drogę nieco dalej. Ta lawiruje między ostrymi jak noże kawałkami zastygłej lawy i ma mnóstwo kolein w grząskim piachu. Musimy trzymać się drogi a motocykle dociążone zapasem paliwa nie współpracują. Co rusz ktoś musi podnosić maszynę. Jazda jest surrealistyczna a uczucie wizyty na innej planecie nieodparte.
Gdy zwykłe gorące źródło to za mało możesz wygrzać się.. w gorącym wodospadzie. To mało znane i trudno dostępne miejsce, do którego docieramy we mgle. Jesteśmy sami w dolinie i towarzyszy nam tylko szum wodospadu. Elfy kradną mi woreczek z kablami do ładowania i ciepłe rękawice. Jedno i drugie bardzo cenne, gdy jesteś w arktyce. Poranny powrót w to miejsce dowodzi, że karma wraca.
Pomoc w naprawie kapcia i dokręceniu ośki koła pewnej ekipie z południa Europy skutkuje zwróceniem przez magiczne istoty mojej własności w to samo miejsce. I wykluczam fakt że wczoraj pakowałem sakwy we mgle i o zmroku.
Załamanie pogody depcze nam po piętach, wstajemy bardzo wcześnie by mieć przewagę. Kończymy w zatoce nad oceanem grilując soczystą baraninę. Diety opartej na liofilizatach mamy już po kokardę a wizyta w Bonusie – islandzkim dyskoncie – pozwala na odmianę diety.
Spacerując po plaży mimowolnie rozglądam się czy nie spotkam niedźwiedzia polarnego. To brzmi jak miejska legenda ale na wyspę co jakiś czas dopływają na krze biali drapieżcy z Grenlandii. I zazwyczaj są bardzo głodni i niebezpieczni. Kończą najczęściej zastrzelone przez służby. Gdy jednak misiek dotrze w bezludną część wybrzeża i jest możliwe jego uśpienie na odległość- podejmowane są próby odesłania intruza na duńską wyspę. Obecnie na Islandię dociera sporo mniej niedźwiedzi- bo i lodu pływa mniej w oceanie.
Prognozy są zgodne – kolejny dzień będzie pełen deszczu i trzeba się przebić na południe żeby nie utknąć na dłużej. Do wyboru mamy temperatury bliskie zera w interiorze, mgłę i śnieg lub.. 500 km asfaltem. To jak pytanie skazańca o preferowaną torturę. Rozsądek podpowiada jednak jazdę wybrzeżem, zwłaszcza że obejrzymy Diamond Beach i Jökullsárlón. Ocean wyciąga tu z zatoki kawałki lodu kruszącego się jęzora lodowca i wyrzuca na czarnej plaży jak ogromne diamenty. Jedne przezroczyste, inne turkusowe.
Jest jeszcze plaża Sólheimasandur- tutaj od 1973 stoi wrak samolotu Dakota c-117, który po awaryjnym lądowaniu został tu na zawsze.
Ostatnia wizyta w Interiorze to region Veiðivötn – ogromne podłużne jeziora wypełniające kratery wulkanu szczelinowego. Jazda grzbietem daje widok na kilkadziesiąt kilometrów w każdym kierunku. Powietrze na Islandii jest jednym z najczystszych na Ziemii.
Ostatni trekking robimy na Fimmvorduhals – to przełęcz na 1100m n.p.m. między wulkanami Eyjafjallajökull i Mýrdasjokull. Ten pierwszy jest dobrze znany w całej Europie – choć nikt nie wie jak wymawiać nazwę. Przez jego erupcję w 2010 ruch lotniczy nad Europą zatrzymał się na dobry tydzień. Wycieczka wzdłuż rzeki Skoga, która niemal cały swój spadek pokonuje serią wodospadów, doprowadza nas do kompletnego zobojętnienia na to zjawisko. Tymczasem każdy z tych 25 dzieł natury byłby osobną atrakcją turystyczna poza tą wyspą. Największy jest na samym dole – Skogafoss – to sześćdziesięcio metrowa ściana spadającej wody przy której zawsze jest tęcza. Zahaczamy jeszcze o plaże Reynisfjara, by zobaczyć bazaltowe kolumny oraz urocze ptaki – maskonury. Plaża wygląda jednak inaczej niż kiedyś- w trakcie zimowego sztormu ocean “zabrał” kilkadziesiąt metrów żwiru.
W ciągu 17 dni na wyspie dzień skrócił się o prawie 2 godziny. Ostatnia kąpiel w gorącej rzece i dojazd na biwak robimy o 2 w nocy – już po ciemku. Przyszły chmury a słońce chowa się głębiej pod horyzont. To koniec wyjazdu i trzeba zacząć wracać do codziennej rutyny i rytmu. Dzień polarny pozwolił nam odrealnienie się nie tylko podróżniczo ale i czasowo.
W drodze na lotnisko wchodzę między dwie płyty tektoniczne- północnoamerykańska oddala się tutaj od euroazjatyckiej o 2 cm rocznie, w tempie rosnących paznokci.
Motocykle zdajemy koło lotniska, przed lotem kosztując jeszcze doskonałego smażonego dorsza z porannego połowu. W domu, mimo ledwie 2 godzin różnicy czasowej, mam jetlaga. A może to po prostu reakcja na brak poczucia wszechobecnej magii w krajobrazie. Skoro nawet mieszkańcy tej wyspy czasami wytyczają drogę nieco inaczej, niż wyznaczyli inżynierowie, powołując się na obecność istot wewnątrz góry – czyli huldufólk- to coś musi być na rzeczy.



