Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby
Pochodzę z Podhala, mam 40 lat, od 12 odkrywam świat na motocyklu. Na początku podróżowałam głownie po Polsce, a dziś co raz odważniej i dalej wypuszczam się w nieznane.
Kilka danych o wyprawie
Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 15
Ilość kilometrów: 5500
Ilość uczestników: 2
Ilość krajów: 2
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: Honda CBF 600 SA 2005′
Rok wyprawy: 2025
Kanał Youtube:
Instagram: https://www.instagram.com/baba.z.gor
Facebook:
Blog:
Pełen opis

Dwadzieścia lat – tyle czasu mniej więcej, moje największe marzenie podróżnicze czekało na realizację… Pomysł pojawił się jeszcze w czasach szkoły średniej, kiedy zaczęła fascynować mnie mitologia nordycka i ciężka muzyka metalowa. Wtedy zrodziło się pragnienie, aby kiedyś obrać ten kierunek jako cel podróży… i na marzeniach się kończyło, przecież gdzie ja pojadę do Norwegii? Sama?? Niemożliwe!
I tak mijał rok za rokiem, po drodze marzenie ucichło, poszło w zapomnienie, aż do 2025 r., kiedy to wraz z moim partnerem Grześkiem zaczęliśmy planować kolejne motocyklowe wakacje. Nie jesteśmy wielkimi podróżnikami i chociaż razem jeździmy od dekady, to poza granicę kraju “na poważnie” zaczęliśmy wyjeżdżać dopiero kilka lat temu. W 2024 r. wybraliśmy Rumunię i Ukrainę, więc tym razem “dla równowagi” zupełnie niepoważnie rzuciłam propozycję: kierunek północna Europa!
Nie zastanawialiśmy się długo, choć trochę obawialiśmy się deszczowej pogody, wiadomo jak to jest w tej części kontynentu, ale powiedzieliśmy sobie że zaryzykujemy i w razie bardzo niesprzyjających warunków zmienimy plany. I co? Pomysł zaakceptowany… No to jedziemy! O cholerka!
Obraliśmy termin wyjazdu na połowę lipca, licząc na to, że wstrzelimy się w pogodę. Wcześniej długie zimowe miesiące spędziliśmy na wyszukiwaniu atrakcyjnych miejsc, które chcielibyśmy odwiedzić. Głównie interesowała nas Norwegia, więc ograniczaliśmy się tylko do granic tego kraju. Zapisaliśmy mnóstwo pozycji na liście w Google Maps, sprawdziliśmy rejsy promem do Szwecji, określiliśmy mniej więcej kierunek, w którym chcemy podążać i… to by było tyle planowania…reszta jak zawsze – na bieżąco.
W związku z tym, że mieszkamy na Podhalu, sam tranzyt do granicy szwedzko – norweskiej zajął nam prawie 2 doby (dystans około 1500 km). Pierwszy dzień wyprawy nie rozpieszczał i zaskoczył deszczem… Padało praktycznie cały czas z małymi przerwami, a w głowie już krążyła myśl: “miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle, cudownie się zaczyna”… Po przejechaniu prawie 700 km dotarliśmy na nocleg do rodziny, w okolicy Szczecina. Przemoknięci, zmęczeni i lekko zniechęceni… na szczęście udało się odpocząć, wysuszyć ciuchy, trochę poprawić nastroje i następnego dnia wyruszyliśmy dalej. Przed południem dojechaliśmy do Świnoujścia gdzie mieliśmy zaplanowany rejs do Ystad w Szwecji. Oczekiwanie i widok samego promu były dla mnie mocno stresujące, gdyż z całego planu wyprawy chyba najbardziej obawiałam się przepłynięcia przez Bałtyk, a wszystko to przez lęk przed otwartym morzem i ogólnie głęboką wodą. Miałam też nadzieję, że nie będzie mocno bujało gdy już wypłyniemy z portu, ale na szczęście prom tylko delikatnie kołysał, a stres powoli puszczał w miarę upływu czasu. Po około 8h dotarliśmy do Szwecji, gdzie przywitał nas deszcz – tak jak się spodziewaliśmy – ale wtedy już mi to nie przeszkadzało, przecież byłam o krok od spełnienia marzenia, Norwegia była “tuż za rogiem”.
Pierwszy nocleg na ziemi Wikingów spędziliśmy na polu namiotowym niedaleko centrum – tak też mieliśmy zamiar nocować codziennie na tej wyprawie, zresztą jak na każdej – tylko pod namiotem. Niestety nazajutrz pojawiła się pierwsza usterka w motocyklu Grześka, więc jak najszybciej musiał ją usunąć, co prawda nie było to nic poważnego, ale wyjazd lekko się przez to opóźnił, do tego od rana delikatnie padało więc nastroje już były kiepskie. Spakowaliśmy się i zaczęliśmy naszą nordycką przygodę z nadzieją, że będzie już tylko lepiej.
Droga przez Szwecję była dosyć monotonna i nużąca, do tego jechało się niepewnie z lekkim stresem i obawą przed nieznanym. Dopiero kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zaczęły pojawiać się skaliste wzniesienia zapowiadające ten upragniony, niesamowity norweski krajobraz, a potem było już tylko piękniej – ekscytacja rosła, a kiedy dojechaliśmy do punktu granicznego emocje wzięły górę i moje oczy trochę się zaszkliły… Wciąż nie do końca docierało do mnie, że naprawdę tu jestem. A jednak! Witaj Norwegio!
Zwiedzanie zaczęliśmy od najważniejszego dla mnie obiektu – największego kościoła klepkowego znajdującego się w miejscowości Notodden – Heddal Stavkirke – jest to jedna z 28 świątyń tego typu w Norwegii, wybudowana w całości bez użycia ani jednego gwoździa. Oczywiście nie mogłam sobie odmówić wejścia do środka więc zakupiliśmy bilety i zaczęliśmy zwiedzanie. Kościół robi niesamowite wrażenie zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz, mogliśmy podziwiać spektakularne, unikalne zdobienia, które według mnie są majstersztykiem architektury staro-nordyckiej. Kolejny na liście był Borgund Stavkirke- ten najbardziej popularny, smolisto-czarny, który znajdziecie chyba w każdym przewodniku, ale tam dojedziemy następnego dnia. Napiszę tylko, że na zdjęciach w internecie wydają się one dużo większe, ale absolutnie nie byłam rozczarowana. Oba były zachwycające. Na nocleg wybraliśmy Seim Camping Roldal, który słynie z przepysznych cynamonowych drożdżówek wypiekanych na terenie kempingu, nie mogliśmy ich nie spróbować, dlatego do porannej kawy obowiązkowo zakupiliśmy kilka. Były obłędne w smaku!
Po drodze do Borgund mijaliśmy wodospad Latefossen, który znajduje się niedaleko miejscowości Odda, jest jednym z najbardziej charakterystycznych i największych w tym rejonie. Przystanęliśmy na chwilę, zrobiliśmy zdjęcia i kontynuowaliśmy jazdę. Kawałek dalej można było w oddali dojrzeć majestatyczny lodowiec Folgefonna, który również uwieczniliśmy na fotkach. Kolejnymi zaplanowanymi atrakcjami były Wioska Wikingów w Gundvangen – miejsce mocno komercyjne, ale warto wejść do środka i poznać życie i zwyczaje Wikingów. Następnie przejazd przez najdłuższy tunel na świecie mierzący aż 25 km (ciekawe przeżycie, aczkolwiek przejazd przez niego był dość monotonny) i wcześniej wspomniany kościół klepkowy. Po południu podziwialiśmy już na spokojnie fiordy na plaży, na campingu Amlasanden – były nieziemskie – ale gdzie by nie spojrzeć – wszędzie widoki były przecudowne.
Nie mam pojęcia ile razy na tej wycieczce z moich ust padły słowa zachwytu i ile razy łzy napływały do oczu ze wzruszenia, a pod koniec dnia szyja bolała od kręcenia głową to w lewo to w prawo aby zobaczyć jak najwięcej, nie sądziłam że zwiedzanie tego kraju będzie tak emocjonujące, a to były dopiero początki. Nie będę rozpisywać się o wszystkich atrakcjach, które udało nam się zobaczyć bo było ich sporo, a każda ciekawsza od poprzedniej, zachwycaliśmy się nawet pojedynczymi domkami zauważonymi gdzieś na skalistych, surowych wzgórzach, czy przydrożnymi ozdobionymi motywami ludowymi, jak również tymi najbardziej charakterystycznymi dla Norwegii w kolorach czerwonym, żółtym i białym.
Gdy wjeżdżaliśmy do większych miast zaskakujący był brak kiczu i tandety wylewający się zza każdego rogu w centrach – do czego jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce – a kupowanie pamiątek w regionalnych sklepikach czy na miejskich targach to była sama przyjemność. Wszędobylskiej chińszczyzny tam nie znajdziesz, zamiast tego – np. całą masę przeuroczych trolli oraz skórzanych i drewnianych rękodzielniczych wyrobów. Oczywiście nie mogłam wrócić z pustymi rękami do domu i kilka małych włochatych stworków pojechało ze mną.
Następnego dnia mieliśmy w planie przejazd Drogą Trolli – był to dla mnie drugi stresujący etap wycieczki z powodu lęku przestrzennego. Chociaż muszę przyznać, że całkiem inaczej ją sobie wyobrażałam – jako bardziej przerażającą – to pokonanie drogi z góry na dół okazało się nie takie straszne. Ruch był dość duży więc powolutku przejechaliśmy tę trasę, Grzesiek nawet dwukrotnie. Mieliśmy wielkie szczęście bo dwa dni później droga została zamknięta z powodu osuwiska skalnego.
Trolle towarzyszyły nam praktycznie na całej wyprawie, gdyż jest to ważny element norweskich legend i wierzeń. Według miejscowych opowieści zamieszkują góry i lasy, a światło słoneczne zamienia je w kamień, co podobno tłumaczy niezwykłe formacje skalne spotykane w wielu miejscach. Są nieodzowną częścią krajobrazu, a figurki mniejsze i większe można napotkać przy drogach, w miastach… Były też na Trollstigen Camping. Gdy zbliżaliśmy się do tego obiektu, wielkie trolle umiejscowione na dachach zabudowań witały nas już z daleka, gdyż one same miały po kilka metrów wysokości.
Obszar na kempingu był ogromny, a dookoła niego roztaczał się widok na strzeliste, malownicze góry wyżłobione przez prastare lodowce. Mieliśmy dla siebie dużo przestrzeni i prywatności, ilość ludzi wokół znikoma. Było tak praktycznie za każdym razem, brak tłoku, ścisku, za to cisza i spokój. Tutaj pola namiotowe rządzą się innymi prawami, wymagana jest konkretna minimalna odległość między namiotami, dlatego nigdzie nie potykaliśmy się o sznurki u sąsiadów.
Gdy popołudniami docieraliśmy na miejsce noclegu, mieliśmy jeszcze sporo czasu dla siebie, odpoczynek i zwiedzanie okolic, ponieważ nowym i ciekawym zjawiskiem, którego doświadczyliśmy podróżując po Norwegii były tzw. “białe noce”. Ciężko opisać to uczucie, gdy zegarek pokazuje już późne godziny, a noc nie nadchodzi, tak jakby czas zatrzymywał się w miejscu… Na Półwyspie Skandynawskim panują one od czerwca do lipca więc było tak codziennie. Dopiero ostatniej nocy w Szwecji zapadł zmrok.
W drugim tygodniu zaczęliśmy powoli kierować się na południe kraju, aby dotrzeć na powrotny prom do Polski. Widoki nadal zapierały dech w piersiach, podziwialiśmy fiordy, przepływaliśmy między nimi małymi promami, co było bardzo wygodne i oszczędzało sporo czasu oraz drogi. Odwiedziliśmy urocze, malownicze miasteczko portowe Bergen, zakupiliśmy kolejne pamiątki i kosztowaliśmy lokalnych smakołyków na tamtejszym targu żywności. Nigdy nie mieliśmy okazji spróbować jak smakuje mięso z renifera, łosia czy wieloryba więc chętnie je degustowaliśmy za namową jednego ze sprzedawców. Niestety nie pamiętam jak miał na imię, ale był to typowej urody nordycki, młody mężczyzna, blondyn z długą brodą, taki współczesny wiking. Zaciekawiony skąd jesteśmy porozmawiał z nami dłuższą chwilę i oczywiście okazało się że Polska nie jest mu obca, a Kraków odwiedził już kilka razy.
Z Bergen przywieźliśmy jeszcze jedną pamiątkę – karny bilecik za parkowanie w niedozwolonym miejscu. Przyzwyczajenie, że w ojczyźnie można praktycznie wszędzie zostawić motocykl trochę nas zgubiło, a tam przepisy są bardziej restrykcyjne. Gdy wracaliśmy ze spaceru już z daleka zauważyliśmy żółte tasiemki zawiązane na kierownicy. Wiedzieliśmy że tutaj kary są wysokie, więc serce trochę szybciej zaczęło bić na ich widok. 600 koron norweskich to jeszcze nie tragedia, ale na szczęście do tej pory nikt się o ich zapłatę nie upomniał, dlatego poszło w zapomnienie… hihi.
To była jedyna taka nieprzyjemna sytuacja, choć obawialiśmy się mandatów za przekraczanie prędkości (mimo, że nie szaleliśmy na drogach) to nic takiego nas nie spotkało, a patrole policyjne przez cały nasz pobyt tutaj mijaliśmy może kilka razy… więc nie taki diabeł straszny jak go malują!
Kiedy dotarliśmy na jeden z ostatnich noclegów zaczęliśmy planować drogę powrotną do domu. Zamierzaliśmy wypłynąć z Kristiansand i dotrzeć do Danii i tam kontynuować podróż, ale prognozy pogody zapowiadały ulewy przez najbliższe dni i to w całym kraju, dlatego musieliśmy zmienić plany i zdecydowaliśmy się wrócić do Ystad i tam już promem do Świnoujścia. Tym razem przeprawa przebiegła bez większego stresu, wiedzieliśmy co i jak i czego się spodziewać. Pomimo, że w tę stronę bujało mocniej, odważyłam się pospacerować po pokładzie z Grześkiem, choć momentami utrzymanie równowagi było niemałym wyzwaniem! Kupiliśmy jeszcze trochę pamiątek, słodkości i wyczekiwaliśmy na przybycie do portu, choć trudno nam było się z tym pogodzić, powoli nasza nordycka przygoda zmierzała ku końcowi, jak to mówią – wszystko co dobre, szybko się kończy.
Rankiem, gdy dotarliśmy do Polski niespodziewanie przywitał nas deszcz… Wspomnę jeszcze tylko, że przez praktycznie całą wyprawę w Norwegii świeciło słońce, a temperatury nie spadały poniżej 20 stopni. Pogodowo trafiliśmy idealnie, słyszeliśmy nawet od mieszkańców, że nie było tak ciepło od kilkudziesięciu lat, więc chyba sam Odyn nad nami czuwał!
Pozostało nam tylko wrócić do domu, na ukochane Podhale, odpocząć i planować kolejne wycieczki, a odpoczynek solidny nam się należał bo przez całą wyprawę zrobiliśmy około 5500 km i pod koniec zmęczenie już mocno doskwierało.
Podsumowując – ta podróż okazała się czymś więcej niż tylko kolejnym wyjazdem – była spełnieniem marzenia, które wydawałoby się, że nigdy nie zostanie zrealizowane. Pokazała mi, że czasem największe bariery istnieją tylko w mojej głowie, a odwaga, by zrobić pierwszy krok, potrafi zmienić wszystko. Norwegia zostawiła we mnie ślad, którego nie da się opisać żadnymi zdjęciami ani słowami. Na pewno nie był to nasz ostatni raz na północy. Teraz już wiem, że warto mieć marzenia, niekiedy tylko potrzeba więcej czasu aby je spełnić…i odpowiednich osób, które dodają odwagi by ruszyć w drogę…
Kilka fotek do obejrzenia –> https://drive.google.com/drive/folders/1OSlS3-uf56cZazrVD3Dfyht4jLOKT-PM?usp=sharing



