Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby
Zapalona motocyklistka od ponad 10 lat 🏍️
Capoeiristka z prawie 18-letnim doświadczeniem
🤸
Zawodowo fizjoterapeutka i Osteopatka 👩⚕️
Kilka danych o wyprawie
Kategoria zgłoszeania: Legalna wyprawa Offroadowa
Ilość dni: 14
Ilość kilometrów: 4000
Ilość uczestników: 7
Ilość krajów: 2
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: KAWASAKI KLE 500
Rok wyprawy: 2026
Kanał Youtube:
Instagram: https://www.instagram.com/motomartusia?igsh=MXZpZXR4OW1uY2h6ZQ==
Facebook: Marta Urban
Blog:
Pełen opis

Los zadecydował o wyborze na wyjazd po bezdrożach Maroko 36-letniego
KAWASAKI KLE 500 (rocznik 1990) !
Zaczęliśmy wyprawę od odebrania motocykli 04.04.26 spod hiszpańskiej Malagi z transportu z Polski.
KLEkot nie był moim pierwszym koniem w tym wyścigu – ale o tym później 🐎🔥
Pojechaliśmy trasą na prom z Algeciras do Tanger MED w Maroko.
Wszystko trwało o wiele dłużej niż przewidywaliśmy i dopłynęliśmy po zmroku.
Jazda do miejscowości Azla na nocleg przez agrafki przy oświetleniu blaskiem księżyca 🌔 odbijającego się od wody, przy wietrze przesuwającym swoją siłą po pasach drogi było czymś surrealistycznym!
Jechaliśmy na ogromnym skupieniu i dojechaliśmy po północy przemęczeni 😪
Jadąc autostradą do hotelu KLEkot zgasł niespodziewanie pomimo, że chwilę wcześniej odkręciłam mu kranik na rezerwę (tak – to jest sposób kontroli ilości paliwa w tej maszynie 🤣). Najwidoczniej nie zdążyłam w porę.
Już myślałam, że na dzień dobry przegrzałam silnik zasuwając w wietrze z dużą jak na KLEkocika prędkością – ale na szczęście po przekręceniu kranika na chwilę na PRI udało mu się odpalić i ruszyć dalej. Poziom oleju wydawał się być ok, trochę niski.
Po drodze zatankowałam i kupiłam taki olej jako był – czyli 10w40 ale w teorii niemotocyklowy. Sprzedawca doradził jakiś po tym jak powiedziałam, że to do moto 🏍️
Niby tak można – ale olej samochodowy może spowodować ślizganie się sprzęgła. Co oczywiście się zaczęło dziać i utrudniło zmianę biegu z 1 na 2.
Ale kontynuacja tej wady wyjdzie później 😆
Wielkanocne śniadanie 05.04 w gronie przyjaciół i dalsza jazda w kierunku miejscowości Taza.
Trasa z Azla do Taza wiodła najpierw wzdłuż wybrzeża, a potem przez góry Riff, do przejechania 380 km, około 8h godzin jazdy.
Jak na pierwszy dzień to nie było przestrzeni na rozgrzewkę w offie bo zrobiliśmy górskie agrafki po szutrze z kamieniami w górę i stromo w dół.
Na jednej agrafce źle oceniłam nachylenie i próbowałam zrobić ją na 2.
Pojemność 500 nie wystarczyła do uciągnięcia albo rider dał za mało w gaz 😎) i moto zgasł powodując w miarę bezpieczną glebę.
Marokańczyk siedzący nieopodal szybko podbiegł i praktycznie sam podniósł mój motocykl zanim kompania zdążyła zareagować ❤️ 🇲🇦
Dojechaliśmy bezpiecznie do planowanego noclegu. Może i było bardzo zimno w nocy – ale za to było niezbyt czysto 😆
W poniedziałek 06.04 przejazd do SIDI HAMZA 380 km, ok. 8 godzin. Najpierw przez góry, a potem przez pustynię.
Po drodze rozdawaliśmy mini zabawki z Kinder niespodzianek, które zgarnęłam przed wyjazdem z “uwaga, śmieciarka jedzie” i cukierki dzieciakom w wioskach. Rozdawaliśmy je przez większość wyjazdu spotykając się z pięknymi, dziecięcymi uśmiechami i radością 🥹
Z racji małej pojemności zbiornika paliwa pod koniec dnia musieliśmy we dwójkę podjechać kawałek dalej zatankować, reszta dojechała do ośrodka.
O zachodzie słońca wracaliśmy, jadąc wzdłuż gór przez pustkowia. Coś pięknego 🌄
Na powrocie KLEkot zaczął się trochę słabnąć. Podjechaliśmy stromy podjazd do hotelu po czym KLEkot na wjeździe w bramę zdechł i nie chciał zapalić.
Po chwili kombinacji odpalił i pochodził kilkanaście minut.
Ale miałam farta, że nie zgasł na szutrowym podjeździe pod górę. Następnego dnia rano kolega się na nim wywrócił.
Wtorek 07.04 – przejazd do Merzuga.
Miało być 290 km, ok 8h. Trasa przez tereny pustynno-górzyste.
Ale KLEkot miał na to swój plan i rano nie odpalił w ogóle. 5 osób z ekipy pojechała zaplanowaną trasą, a we dwójkę z partnerem zostaliśmy w hotelu gdzie serdeczny właściciel obiecał nam pomóc.
Pojechaliśmy samochodem około 30-40min do najbliższego miasteczka gdzie kupiliśmy świeży olej i znaleźliśmy mechanika, który zechciał pojechać z nami do hotelu i naprawić KLEkota.
Biorąc KLE na wyprawę liczyłam się z ryzykiem konieczności regulacji zaworów. Ale zarezerwowałam wizytę w warsztacie dopiero w Agadir za 1000km.
Regulacja okazała się być konieczna dużo szybciej. Lokalny mechanik poruszał się rewelacyjnie pewnie – jakby znał ten model.
Wyregulował zawory, wymienił płyn chłodniczy na wodę (?! 😆) wymienił olej. Za wszystko – wraz ze stratą dużej ilości czasu na dojazd dostał 70€.
Ruszyliśmy spod hotelu i pierwsza przeszkoda – czyli strony zjazd po szutrze. Stanęłam na szczycie i zamarłam bo za każdym razem jak próbowałam wbić 1 – motocykl gasł. A stałam już w miejscu, z którego nawet był się nie cofnęła.
Wczoraj regulowalismy sprzęgło – ale przed wymianą całego oleju na motocyklowy i wszystko się rozjechało.
Próbowałam regulować obroty na jałowym pokrętłem z boku moto ale bezskutecznie. Po prostu nie wysprzęglał i gasł na biegu.
Akurat za mną do wyjazdu ustawiły się dwie terenówki Francuzów. Jeden wyskoczył zza kierownicy w krótkich spodenkach i adidaskach, przejął ode mnie motocykl i zjechał nim z góry (po drodze mu zgasł, uślizgnął się ale najwidoczniej gość ogarniał enduro – bo odpalił i dał w gaz stabilizując moto).
Po zjeździe zaczął mi regulować klamkę sprzęgła – regulując i róbując wbijać biegi. Zajęło mu to może w minutę i sprzęgło działało jak należy i motocykl nie gasł 🔥
Z wrażenia nie zdążyłam mu nic dać w podziękowaniu ale na szczęście kilka kilometrów dalej spotkaliśmy się na stacji benzynowej. Podbiegłam do niego i dałam mu garść polskich cukierków i zabawki dla dzieciaków z jego wyprawy.
Myśleliśmy też, żeby dać mu polski GIN ale zanim się ogarneliśmy z wyciągnięciem go z bocznych sakw to on już biegł do nas z flaszką madagarskiego, bananowego rumu (pycha! 🍌). Wymieniliśmy się trunkami i życzyliśmy szczęśliwej wyprawy 🍀
Było już za późno na trasę offową więc do Merzougi dojechaliśmy piękną trasą asfaltową w dolinie wypełnionej bujnie rosnącymi palmami 🌴
Ośrodek, do którego dojechaliśmy był niesamowity. Widok z balkonu na słynne “wydmy” w Merzouga 🏜️
W środę 08.04 przejazd do Zagoura przez pustynię Sahara.
Trasa 290 km, liczba godzin niewiadoma. Plan był taki, że jedziemy przez pustynię i mamy rzekę do przeprawienia się na kołach, a potem przejazd przez wyschnięte jezioro.
Wjechaliśmy w off-road i zaczęła się zabawa 🔥 po chwili kolega zorientował się, że zgubił portfel 😆 i zawrócił, żeby spróbować go znaleźć.
Drugi kolega zrobił supermena i wylądował na tyłku i przez chwilę był pod takim wrażeniem, że nie mógł wstać.
Z naprzeciwka zobaczyliśmy nadjeżdżających z przewodnikiem na skuterku dwóch Hiszpanów na wypasionych tenerkach, którzy krzyczeli, żeby zawrócić bo nie ma przejazdu.
Wykręcając chciałam przejechać na równoległą drogę i zakopałam tylne koło po oś w wydmę 🏜️
Pomimo fajnej zabawy zdecydowaliśmy się zawrócić (za dużo znaków 😆) i jechać dalej asfaltową drogą.
Gdybym wiedziała co nas czeka wolałabym chyba fesz fesz (spotkaliśmy później Hiszpanów na stacji benzynowej i powiedzieli o co chodziło – myślałam, że rzeka jest nie do przejechania ale to jednak nawiało tego pyłopiasku i to podobno uniemożliwiło przejazd).
Trasę z Merzougi do Zagoury spędziłam w pozycji torowej – przechylona na lewo, z wystawionym kolankiem, siedząc pułdupkiem na gmolach, w przechyle JADĄC PROSTO!
Mijanie z ciężarówkami wiązało się z okrzykami pod wrażeniem jak trudno było się utrzymać na drodze. Przy wyjeździe zza pagórka prawie zwiało mnie na barierki 🌬️🌪️
Dojechaliśmy na zmęczeniu do fajnego ośrodka z klimatycznym, lokalnym wystrojem. Wspólny wieczór z przyjaciółmi i odpoczynek.
Czwartek 09.04, przejazd do Agadir.
Przejazd 500 km drogą samochodową, planowane na 8 godzin.
W części zjechaliśmy na szuter, ale na końcu 70 km drogą dwupasmową szybkiego ruchu. Po drodze KLEkot raz zgasł podczas jazdy. Ale udało się go odpalić.
Przy zwalnianiu na światłach lub rondach KLEkot przygasał i czasem zdychał zupełnie. Jechaliśmy byle zdążyć przed zamknięciem do wypasionego, nowoczesnego salonu Moto Performance w Agadir, w którym zarezerwowaliśmy wizytację jeszcze przed wyjazdem.
Znowu regulacja zaworów, wymiana wody 😆 na płyn chłodniczy, czyszczenie zakurzonego motocykla. Koszt 100€.
Bardzo profesjonalna i miła obsługa. Na szczęście w Agadirze mieliśmy zaplanowany dzień odpoczynku.
Następnego dnia pojechaliśmy na lokalny bazar na szalony szoping, gdzie kupiliśmy lokalne wyroby kosmetyczne (olej arganowy, perfumy w kostce i olejki eteryczne), pastę z migdałów, miodu i oleju organowego oraz piękne, marokańskie szaty, w których się woziliśmy późnej po marokańskich miastach, spotykając się z uśmiechami i zagadywaniem przez lokalesów.
Popołudniu odebraliśmy KLEkota wypucowanego. Na powrocie zatrzymaliśmy się nad oceanem na niesamowity zachód słońca i kolację z widokiem na ocean 🌊🐚
Sobota 11.04 trasa do TIZI’N TEST – przełęcz na wysokości 2100mnpm.
Tego dnia razem ok 330 km, 8 godzin drogami mieszanymi i w remoncie.
Najpierw pojechaliśmy na południe w tzw. anty-Atlas aby wjechać na przełęcz w Wysokim Atlasie na wysokości 2100 mnpm.
Końcówka trasy wąską offroadową dróżką. I jakby to mówił osioł że Shreka:
“Nie patrz w dół, nie patrz w dół, nie patrz w dół… O matko, Shrek, ja w dół patrzę! Aaaaaaa!”
Na błotku kolega na ciężkim Tigerze wyłożył się i trochę poobijał. Ważne, że nie wpadł w przepaść 😆
Zdolności i zabrany sprzęt fizjo się przydały do zabezpieczenia drobnych urazów.
Nocleg w na przełęczy w: Auberge La Haute Vue na 2100. Okazuje się, że tutaj pojawił się kolejny problem KLEkota – jego lęk wysokości. Gaźniki na takich wysokościach gorzej sobie radzą i moto marudzi 😤
Niedziela 12.04 przejazd przez wysoki Atlas do Tazart.
Do przejechania mamy 300 km, ale droga w części szutrowa przez wysoki Atlas ⛰️
Pewnie byłoby fajnie gdyby nie masakryczna mgła, deszcz i temperatury poniżej 10 stopni 🥶
Jedź do Maroko mówili… Będzie ciepło mówili 🥶🧊❄️
Widoczność wymagała jechania na światłach awaryjnych. Na wysokościach KLEkotowi znowu brakowało mocy, a agrafki offroadowe jej zdecydowanie wymagały – więc przy większości robiło mi się ciepło, zastanawiając się czy mi nie zgaśnie 😵
Ledwo dojechaliśmy, przemarznięci na piękną farmę – gdzie na szczęście były grzejniki, które osuszyły nam przemoczone, motocyklowe ciuchy.
Miłe okoliczności i dobre jedzenie zrekompensowały trudy trasy.
Poniedziałek 13.04 przejazd przez wysoki Atlas do Timit (albo tak nam się tylko wydawało 😆)
I tu nam się plan rozjechał. Jadąc przez szutrową drogę – splamionym byle jakim asfaltem – złapałam w tylną oponę 4cm kawałek żelastwa (jakby końcówkę sztyletu 🗡️). Lucky Me poczułam jak zaczęło mnie wozić i się zatrzymałam.
Na szczęście zabraliśmy ze sobą zapasowe dętki i narzędzia. Po drodze zatrzymał się Marokańczyk i zaczął nam pomagać.
Okazało się, że nie mamy odpowiedniego klucza – ale jakiś lokalny dzieciaczek przyniósł nam francuza i udało się odkręcić koło.
Zdejmowanie opony na patent ze stopką motocyklową, naciskając na oponę ciężarem motocykla okazało się genialnym sposobem (zaciągniętym z internetów).
A późnej przy zakładaniu odrobina płynu pod prysznic 4MEN dla poślizgu. Do pomocy zatrzymał się też kierowca szkolnego busa (dzieci przeze mnie spóźniły się do szkoły 😆) i też niesamowicie pomógł.
Udało się zmontować wszystko z powrotem i ruszyć dalej w sumie w jakieś 40min. Lokalesi nie chcieli za to zapłaty pomimo propozycji. Kierowcy autobusu dałam 100MAD.
Na jednym przystanku KLEkot nie chciał ponownie odpalić. Na szczęście było z górki ⛰️ i bez większej pomocy udało mi się go odpalić na “pych”.
To nie był koniec przygód w poniedziałek 13. Dalsza trasa prowadziła wzdłuż i wszerz rzeki. Większe maszyny miały kłopociki i kilka gleb.
Słońce zaczęło schodzić coraz niżej. Jeden z ostatnich podjazdów okazał się zbyt ciężki dla większych maszyn.
Wjechaliśmy we trójkę na półkę w terenowym przejeździe i zdecydowaliśmy się zawrócić – bo reszta na pewno nie przejedzie. I tutaj zdarzyło się nieporozumienie, które zaskutkowało zderzeniem. Mój partner jeszcze wjeżdżał – a kolega zaczął zjeżdżać bez upewnienia się czy jest czysty przejazd i na zakręcie się spotkali obijając się nawzajem 🤕
Szczerze mówiąc wolałabym jechać dalej pod górę niż zjeżdżać na dół po ten trasie ale na szczęście to nie był pierwszy dzień i udało się z dotychczasową, terenową wprawą bezpiecznie zjechać.
Słońce było już bardzo nisko. Po wyjeździe z agrawek waliło niespodziewanie po oczach i paraliżowało na chwilę ☀️
Jedna taka agrafka i strzał oślepienia spowodowały u mnie eleganckiego dzwona o asfalt łokciem i kolanem. Na szczęście mam dobre ochraniacze i po chwili stłuczenia przestało boleć.
Ale wstyd! Po takiej offroadowej przeprawie przez kolejny, piaski, rzeki – ja przyglebiłam na asfalcie 😆 na swoje usprawiedliwienie powiem, że byliśmy wykończeni i było dużo żużlu na asfalcie.
Nie było już szans dotrzeć na wyznaczony nocleg. Musieliśmy improwizować. Znaleźliśmy nocleg na wiosce w górach w wielce wymagającymi warunkami, bez kluczy do sypialni. Ale było dobre jedzonko i serdeczni ludzie.
Wtorek 14.04 mieliśmy ruszyć przez superowe szuterkowe trasy przez wysokie przełęcze (ponad 3000) i kanion.
Ale! KLEkocik miał na to oczywiście swój plan. On nie lubi takich wysokości i rano zwyczajnie nie odpalił. Wysłaliśmy ekipę 5 osób w zaplanowaną trasę a we 2 staraliśmy się reanimować osiołka.
Okazało się, że to była rewelacyjna decyzja podjęta przez KLEkocika bo wysokości były ponad 3000 i gaźniki (które okazały się być zapchane) na pewno nie dałyby rady 🐎
Dosyć szybko z pomocą pracowników ośrodka udało się odpalić KLEkota z górki na pych. Oczywiście odmówili przyjęcia zapłaty za pomoc ❤️🔥
Ludzie tu mając sami tak niewiele mają ogromne serca pełne chęci do bezinteresownej pomocy ❤️
Ale już nie ryzykowaliśmy ruszenia śladem przyjaciół i ruszyliśmy w kierunku Fez.
Jechaliśmy bez przerwy 180km byleby nie gasić osiołka 🐎. Ale potrzeba było już stacji.
Okazało się, że może i paliwa nie ma – ale za to KLEkot po zgaszeniu już nie odpala 😎
Pracownik stacji polecił nam warsztat – 100m obok 😆 gdzie mechanik obiecał uwinąć się w 2h. Pojechaliśmy więc na lokalny Tajin obładowanym pod sufit bagażami Tigerem 900.
Wracając po jedzonku minęliśmy się na głównej drodze z mechanikiem zasuwającym z pasażerem na moim KLEkocie (oczywiście bez kasków 😆).
Perfect timing! ✌️
Dojechaliśmy do serwisu i trochę tłumacząc mechanika przez translator, trochę przez kierowcę skutera w łamanym angielskim udało się uzyskać informacje, że gaźniki były zawalone i dlatego nie palił.
Co do zaworów (mimo przejechania ponad 1000km) stwierdził, że wymagały tylko “minor adjustment” 😆 co okazało się typowym tekstem na spłynięcie. Za czyszczenie gaźników i “sprawdzenie zaworów” wziął 200MAD (77,49zł).
Na najbliższej stacji benzynowej skakałam po secie, którego wygięłam przy dzwonie 🔔 na asfalcie, próbując go wpasować na właściwe miejsce.
Widzący to pracownik stacji przyszedł z kluczami i zaczął lokalesową naprawę waląc młotkiem w seta, stopniowo go naprostowując.
Udało się wpasować na miejsce choć już myślałam, że uwalił mi tymi procedurami gwint śruby mocującej 😆
KLEkot słabo odpalał, miał niskie obroty. Cały czas musiałam go kręcić, żeby nie zgasł.
Ah zapomniałam wspomnieć o kolejnej atrakcji KLEKOT TRAVEL – zapchane odpowietrzanie zbiornika paliwa!
Aby dojechać bez gaszenia do miejscowości Midalt, w drodze do Fez, na nocleg – musiałam odpowietrzyć go w czasie jazdy 🌬️
Na szczęście specjalna funkcja KLEkota jazdy bez kluczyka się przydała i w trakcie jazdy wyjęłam kluczyk, odpowietrzyłam zbiornik paliwa, wsadziłam kluczyk z powrotem w stacyjkę i ruszyłam dalej ku zachodzącemu pięknie zza gór słońcu 🌄
Nocleg we dwójkę w miejscowości Midalt. W ośrodku była ekipa motocyklistów z Gruzji.
Gadałam pod nosem byleby pojechali zanim będę próbowała odpalić KLEkota bo będzie wstyd jak nie odpali 😆 ale okazało się, że dobrze, że się tak guzdrali bo jeden z nich popchał KLEkota jak ten oczywiście nie chciał odpalić, stwierdzając, że kiedyś na wyjeździe w Maroko musiał tak codziennie odpalać swój motocykl.
Ruszyliśmy dalej 🏍️🔥
Po drodze jechaliśmy przy lesie małp 🐒 gdzie na chwilę stanęłam na poboczu, cały czas kręcąc obroty, żeby nie zgasł.
Udało mi się wyciągnąć banana z plecaka 🍌 i dorosły małpiszon nie czuł żadnej krępacji by przy dźwięki KLEkoczącego silnika wyrwać mi go z ręki.
Ruszyliśmy dalej w kierunku Fez. Piękne winkle, niewiele (jak na lokalne warunki) dziur. Udało się dojechać pod warsztat gdzie KLEkot po zgaszeniu oczywiście już nie odpalił.
Mechanik był z polecenia Moto Performance z Agadir. Ale nie mówił ani słowa po angielsku. Tłumaczenie następowało przez kolegę mechanika, do którego zadzwonił. Niezły głuchy telefon 📞😶
Pod warsztatem stał… Lokalny KLEkot!
W ramach żartu mechanik wskazał na niego, że mogę sobie go wziąć zamiast swojego skoro gubi regulację zaworów co 1000km.
Przez “głuchy telefon” dogadaliśmy się na odbiór rano.
Obładowanym znowu pod sufit Tigerem dojechaliśmy we dwójkę na nocleg zaraz przy Medinie, przy głównym bazarze w Fez.
Niesamowity klimat przejścia przez tunele w murach, kolorowo wymalowane do pięknego, klimatycznego hotelu.
Reszta ekipy jechała offem więc dojechali ponad 3h później. My w międzyczasie zwiedziliśmy lokalny bazar na szalony szoping 💃
Wieczór spędziliśmy we wspólnym gronie, zjedliśmy lokalne potrawy na bazarze i pochillowaliśmy na tarasie.
Czwartek 16.04 wracamy w góry Riff i niebieskiego miasta Szafszawan. Droga “samochodowa” 220 km.
Rano po śniadanku ruszyliśmy spacerem do garbarni na zakupy skórzanych wyrobów i obejrzenie wyprawki skór.
Na wejściu dostajesz liście mięty 🍃 do wąchania, żeby przeżyć smrodek produkcji i obróbki skór.
Po wycieczce i zakupach zapakowaliśmy motocykle. Znowu Tigerem zapakowanym pod sufit pojechaliśmy do warsztatu z nadzieją szybkiego odebrania Moto.
Dojeżdżamy a tam KLEkot na podnośniku rozebrany, z butelką po wodzie zamiast zbiornikiem paliwa.
Chyba głuchy telefon zrobił swoje ☎️
Daliśmy znać reszcie, że ich dogonimy 😝 w rzeczywistości wystartowaliśmy ponad 2h później.
Mechanik zrobił regulację zaworów, regulację i smarowanie sprzęgła, czyszczenie i smarowanie łańcucha, wyczyścił dokładnie cały motocykl.
Normalnie jak nówka sztuka 😆 i wziął za to wszystko 500MAD (193,73zł).
Udało się w końcu złożyć moto. Ale do warsztatu dojechałam po 220km więc był już na rezerwie. Po zatankowaniu KLEkot zaczął szarpać. Zatrzymaliśmy się więc aby dolać siuwaks do czyszczenia gaźników i wtrysków do paliwa.
Po zatrzymaniu nie chciał odpalić 😆 ale przejawiał chęci więc po chwili kombinacji odpalił prychając i kaszląc – dopalając syf, który zaciągnął z dna baku.
Trasa do Szawszawan była przepiękna i malownicza ⛰️ Zatrzymaliśmy się po drodze w kawiarni na świeży sok pomarańczowy i kawę ☕. Na miejscu zakumplowaliśmy się z lokalesami, pogadaliśmy o życiu i wymieniliśmy kontaktami.
Jechaliśmy po takich dziurach, że można było stracić zęby 😬 po czym spotkaliśmy zupełnie zasypaną kontynuację naszej trasy.
Próbowałam ochrzanić resztę ekipy czemu nie dali znać o osuwisku ale okazało się, że przez te masakryczne dziury w asfalcie zdecydowali się dużo wcześniej zjechać z tej trasy 🛣️
Musieliśmy się wrócić kilka kilometrów i zjechać na inny szlak.
Bo może i widoki ładne – ale nie było czasu ich oglądać bo trzeba było patrzeć na przeszkody w asfalcie 🪨
Dojechaliśmy do Szawszawan o zachodzie słońca 💙🌀
Ekipa już umyta i na kolacji.
Dojechaliśmy do pięknego, kolorowego hotelu pełnego marokańskich wzorów. Po ogarnięciu się ruszyliśmy na stare miasto w poszukiwaniu pożywienia.
Niebieska perła Maroka umiliła nam wieczór. Po powrocie posiedzieliśmy znowu we wspólnym gronie i daliśmy naszemu wspaniałemu organizatorowi prezent za organizację wyjazdu – marokański sztylet 🗡️ i chustę w pustynnym stylu.
Piątek 17.04 powrót drogą przez góry Riff do Tanger Med, gdzie jest terminal promowy.
Jechaliśmy dosyć dynamicznie w szerokich zakrętach, z dobrej jakości asfaltem (jak na Maroko 😆) z nadzieją, że zdążymy na prom o 14, na który mieliśmy bilety.
Mimo, że dojechaliśmy po 13 to już wrzucili Nas na kolejny prom po godzinie 16 (mimo zapewnień, że wpuszczą nas na ten wcześniejszy – ale w tamtą stronę było podobnie więc nie byliśmy zaskoczeni, że jednak stoimy).
I tutaj właśnie się spotykamy ☺️
Mając ponad 2h stania opisałam naszą wyprawę.
Właśnie ją kończę w momencie kiedy prom zaczyna odpływać z Maroko 🇲🇦
Ależ to była niesamowita przygoda!
Czy wyjazd starym KLE 500 był złą decyzją? Ja tak tego nie widzę. Za każdym razem zdychał w dokładnie właściwych momentach – aby uniknąć utknięcia pośrodku niczego i w momentach kiedy możliwość naprawy była pod nosem.
Kupiłam tą maszynę do jazdy SzwEnduro. Więc znałam ją właśnie w takich warunkach. Do tego obniżyłam kanapę tak, że spokojnie sięgałam nogami do podłoża – przez to miałam więcej pewności na nierównym terenie 🪨
Do tego dwie gleby w moim wykonaniu nie bolały portfela – bo wystarczy walnąć młotkiem i działa dalej 🔨
A miałam jechać MULTISTRADĄ 950 S!
We wtorek 24.03 zdawaliśmy motocylle i bagaże na transport lądowy do Malagi 🚛 🇪🇸
A w czwartek 19.03 po godzinie 14 mój wieloletni mechanik stwierdził, że on się nie wyrobi z naprawą i złożeniem motocykla (na co miał całą jesień i zimę, a wziął do warsztatu 3 tyg przed transportem, a zaczął rozkręcać tydzień wcześniej po czym stwierdził, że nie zdąży).
W tak krótkim czasie ciężko ogarnąć motocykl na taką wyprawę. Był pomysł wypożyczenia (ale to koszt po znajomości minimum 6tys zł) albo kupienia czegoś i sprzedania.
Ale jak mój KLElotowy mechanik w niedzielę przyjechał i odpalił bez problemu stojący od roku w bezruchu motocykl stwierdziłam, że może nie jest to głupi pomysł ⚙️🔧
Wziął Moto na szybki przegląd i regulację zaworów przed wyjazdem i oddał go po 12 we wtorek (od 16 mieliśmy zdanie na transport!).
Miał go oddać w poniedziałek – ale coś jeszcze ciekło więc trzeba było poprawić 😆 do końca w niepewności.
Dzięki temu, że pojechałam KLE i pojawiły się te drobne awarie mogliśmy spędzić czas z Marokańczykami niespiesznie, poznać ich serdeczność i otwartość. W Maroko każdy jest chętny do pomocy ❤️🔥
Motocykliści na trasie przez mieszkańców (a szczególnie dzieciaki) są witani uśmiechami i pozdrowieniami ✌️
Jeśli do kogoś pomachasz lub się uśmiechniesz lub się ukłonisz to ZAWSZE dostaniesz serdeczną odpowiedź ☺️👋
Wszędzie starałam się przemycić
Salam alejkum – powitanie muzułmańskie, znaczące dosłownie „pokój z wami”.
Odpowiada się na nie „wa `alejkum salam”, co oznacza „i z wami (niech również będzie) pokój” oraz shukran (oznaczające dziękuję).
Takie nawet pojedyncze zwroty po arabsku spotykały się z uśmiechem lokalesów i zaczynały kolejne wymiany zdań.
Uwielbiam tak podróżować – kiedy mogę poznać prawdziwych lokalnych mieszkańców i móc zamienić z nimi kilka zdań ❤️ 🇲🇦
Wtedy prawdziwie czuje klimat podróży ❤️ i zbieram doświadczenia, dzięki którym czuje, że żyje 🔥
PS. Te dziurwe bezdroża to były według lokalnych obyczajów drogi normalnie przejezdne 😆 więc wszystko na legalu!
PS2. Wpisuje ostatnie słówko – dojechaliśmy do hotelu w Hiszpanii. Po drodze KLEkot przygasał 😆 kto jutro pomoże go odpalić na pych? 🤔









