Szukaj
Albania…zanim zaleje nas asfalt (Wioletta Borkowska)

Albania…zanim zaleje nas asfalt (Wioletta Borkowska)

Zgłoszenie w Konkursie Adventure Rier 2026

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Pozytywna wariatka z góralskimi korzeniami, co to oznacza dla świata? Jak się uprze to nie odpuści. A ponieważ dla świata zrobiłam już tyle, ile mogłam…to teraz pora zrobić coś dla siebie…zatem w drogę!

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 14
Ilość kilometrów: 4800
Ilość uczestników: 2
Ilość krajów: 8
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: Voge 900 DSX

Kanał Youtube: https://youtube.com/@moto_czort?si=znLf7vROQRZZuOyI
Instagram: https://www.instagram.com/moto_czort?igsh=dmJnZDdyNXVxZnUz
Facebook: https://www.facebook.com/wiolentynek
Blog:

Pełen opis

Wioletta Borkowska

Albania… dla wielu motocyklistów wyprawa oczywista, dla mnie nie. Dla mnie było to spełnienie jednego z moich podróżniczych marzeń. Każdy z nas ma w swoim życiu miejsca, punkty które chciałby odwiedzić. Ja swoje ulubione punkty zaznaczałam do tej pory tylko na mapie Google. Wiedziałam, że kiedyś się przydadzą. Są to miejsca które chciałam odwiedzić w swoim życiu właśnie na motocyklu. Planując wyprawy z moim Partnerem zawsze bierzemy pod uwagę miejsca które każde z nas chciałoby zobaczyć. Albania, Czarnogóra Bośnia i Hercegowina, Grecja, Chorwacja czy Serbia…każde z tych miejsc ma wiele elementów wartych obejrzenia. Nie będę się tutaj rozpisywać jeśli chodzi o wszystkie z punktów które odwiedziliśmy niemniej jednak parę z nich spróbuję przybliżyć. I to będą właśnie te najciekawsze które sprawiły, że Albania, dzięki Arkowi,  wyryła na zawsze w moim sercu niezapomniany, piękny ślad. Początek podróży zaplanowaliśmy na 13 czerwca, i postanowiliśmy, że pierwsze kilometry, a nawet pierwsze setki kilometrów będą przelotowe przez Czechy, Słowację, Węgry z pierwszym noclegiem zaplanowanym już w Chorwacji. Zatrzymaliśmy się na kempingu, gdzie bardzo uprzejmy właściciel zaprowadził nas na miejsce w którym mogliśmy rozbić namiot. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się że w cenie pola kempingowego mamy już rozłożony namiot. Co ciekawe, w namiocie były przygotowane dmuchane materace, dmuchane poduszki oraz czyściutkie świeżutkie i pachnące śpiwory. A ponieważ dotarliśmy na camp o bardzo późnej godzinie, było już około 21:30 więc tym bardziej przyjęliśmy to z radością. Jednak kilkaset kilometrów w siodle zrobiło swoje. A to że nie musieliśmy namiotu rozkładać i składać doceniliśmy następnego dnia. Ponieważ nie musieliśmy się zajmować ogarnianiem mandżurów w dalszą podróż wyruszyliśmy wcześnie. Wprawdzie kolejny nocleg zaplanowaliśmy na naszym ulubionym campie nad Adriatykiem, ale po drodze nie mogliśmy sobie odmówić zahaczenia o ulubiony grill bar w którym podawane są dania typowe dla tamtego rejonu. Do wyboru mamy bardzo wysokiej jakości jagnięcina jak i wieprzowina przygotowywane na grillu. Kolejnym punktem naszej wyprawy była opuszczona baza sił powietrznych w Željawie. Mimo że to jeden z punktów, które już kiedyś odwiedzilismy, to z przyjemnością do niego wróciłam. Moje zamiłowanie do urbexu bardzo często przejawia się odwiedzeniem właśnie tego typu miejsc. No i tym razem miałam ze sobą swoje wlepki które oczywiście zostały umieszczone w samolocie. Zakupiony pamiątkowy magnes i polecieliśmy do drugiej części bazy, gdzie postanowiłam wjechać motocyklem do wnętrza tunelu. Nie wjechałam jednak daleko, ponieważ przeraziły mnie wystające druty i śliskie kamienie. Ale jakby nie na to nie patrzeć tunel zaliczony. Kolejnym miejscem które bardzo chciałam odwiedzić było Źródło rzeki Cetiny, zwane również Okiem Ziemi. Na wjeździe do miejscowości Cetina przywitało nas stadko osiołków, które ze spokojem pasły się wokół zabytkowego Kościoła Świętego Zbawienia, który ma dla samej Chorwacji bardzo duże znaczenie historyczne. Samo źrodło robi ogromne wrażenie ale w związku z tym, że jest pomnikiem przyrody i znajduje się na terenie rezerwatu hydrologicznego, kąpiel jest w nim zakazana. Z ogromnym żalem opuszczaliśmy to piękne miejsce. Na szczęście z tyłu głowy mieliśmy świadomość, że przed nami jest ich jeszcze całe mnóstwo. Dlatego dosiedlismy rumaków i wyruszyliśmy w kierunku naszego ulubionego Campu nad Adriatykiem. Camp Tomas, bo o nim mowa, znajduje się w miejscowości Grebaštica i prowadzony jest przez przesympatycznego Chorwata Ivana. Z Ivanem mam również świetne wspomnienia gdyż jest to człowiek bardzo otwarty i wesoły, dlatego z ogromną przyjemnością wracamy właśnie na tę miejscówkę. Mimo, że dotarliśmy na miejsce o wyjątkowo przyzwoitej porze i moglibyśmy śmiało kontynuować podróż, postanowiliśmy dać sobie, i naszym motocyklom, odrobinę wytchnienia. Następnego dnia spakowaliśmy namioty, zrobiliśmy kilka ujęć dronami, pożegnaliśmy się z właścicielem i obraliśmy kierunek na Sveti Jure. Makarska i punkt widokowy ze szklanym tarasem sa dobrze znane podróżnikom. Ja tam wcześniej nie byłam, Arko owszem i postanowił mi te rejony pokazać. I bardzo dobrze, bo jak urzeczona pokonywałam kolejne kilometry wąską lokalną drogą ciesząc się każdym winkielkem. W drodze na szczyt zahaczyliśmy wspomniany wczesniej punkt widokowy Biokovo. Po uczcie widokowej pojechaliśmy dalej mijając stadka krów i koni leniwie pasące się wśród kamieni. Z niektórymi udało się nawet nawiązać bliższy kontakt i pogłaskać. Niestety nie tylko piękne widoki są elementem Sveti Jure. Można również zobaczyć pozostałości po pożarach z 2024 roku co daje bardzo przygnębiające wrażenie. Setki spalonych drzew, przyczernione pnie, połacie wypalonej trawy. Przykro się na to patrzy jednak wszyscy wiemy że przyroda ma nieopisane moce i podejrzewam że w najbliższym czasie większość tych miejsc odrodzi się na nowo. Nieco zasmuceni ale również nasycenie pozytywnymi wrażeniami ruszyliśmy dalej w kierunku mostu Pelješki. Jest to piękny most wantowy o długości 2,5 km. Wprawdzie większe wrażenie robi z dalszej odległości ale sam przejazd nim daje dużą satysfakcję. Warto choć raz w życiu tamtędy przejechać. Dzień powoli chylił się ku zachodowi więc postanowiliśmy poszukać noclegu. Udało się wyhaczyć tania miejscówkę więc tym razem obyło się bez rozkładania namiotów. Następnego dnia zjedliśmy śniadanie i udaliśmy się w kierunku zatoki kotorskiej. Dosyć szybko dojechaliśmy do Kotoru. I zrobiliśmy sobie krótki przystanek w tym jakże pięknym miasteczku. Upał jednak był niemiłosierny, więc odpuściliśmy zwiedzanie. Skończyło się na zakupie magnesów i szybkich przekąsek. Z Czarnogóry już tylko rzut beretem dzielił nas od Albanii, więc chłonęliśmy widoki i pyszne jedzenie zostawiając kolejne kilometry za sobą. Szybki rzut okiem na zatokę z góry w okolicy Škaljari, pamiątkowe zdjęcia i filmiki i lecimy dalej. A ponieważ oboje z Arko lubimy dobre jedzonko zachwyciło nas to co spotkało nas w miejscowości Cetynia. To właśnie tutaj zatrzymaliśmy się na obiad w bardzo niepozornej knajpce. Porcja obiadowa zamówiona przez Arka okazała się nie do przejedzenia. Przemiła Pani kelnerka poinformowala nas, że na talerzu Arka znalazł się kilogram różnego rodzaju mięs. Skończyło się na zapakowaniu połowy na wynos. Koszt tego konkretnego dania zaskoczył nas jeszcze bardziej niż samo danie, gdyż za cały półmisek restauracja liczy sobie 12 euro. I za to kocham tamte rejony, za niewielkie pieniądze można się najeść i to doskonałe jakościowo. Brzuszki pełne, my szczęśliwi więc można udać się w kolejne fascynujące miejsce. I o ile trasę zazwyczaj planuje Arek, to ja wtrącam Mu przeszkadzajki w postaci wynalezionych na trasie punktów i ciekawostek. I właśnie jedna z takich ciekawostek naszej podroży był wodospad Njagara w Podgoricy. Miejsce tak nieoczywiste, że aż piękne do bólu. Pora w jakiej odwiedziliśmy to miejsce sprawiła, że z wodospadu pozostała cienka strużka wody. Susza wykańczała tamte rejony ale sama przyroda walczyła zaciekle. Również nam upał dawał się we znaki, więc po dojechaniu na miejsce nie traciliśmy czasu na szukanie strojów kąpielowych, tylko po zrzuceniu ubioru motocyklowego wskoczyliśmy do rzeczki w termoodzieży. Przynajmniej ja, gdyż mojemu mężczyznie wystarczyło, że ma na sobie bokserki 😉 Woda cudownie chłodna, czysta, w niesamowitej kolorystyce szmaragdu. Idealne miejsce na odpoczynek i zmycie z siebie podróżniczego pyłu. Zregenerowaliśmy nieco siły ponieważ czekał na nas kolejny, znany motocyklistom punkt. Miejsce docelowe tego dnia to miejscowość THETH. Czyli witaj Albanio! Dojazd do tego miasteczka prowadzi drogą SH21. Jeszcze do niedawna można było powiedzieć, że jest to miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc. W chwili obecnej miasteczko to bardzo się skomercjalizowało. Coraz mniej jest tam miejsc w których można rozłożyć namiot natomiast coraz więcej domów oferujących miejsca noclegowe. Według opowieści Arka z roku na rok rejon ten  traci swój naturalny urok. Po dojechaniu na miejsce pierwszymi osobami które nas powitały nie byli wbrew pozorom rdzenni Albańczycy, ale Polacy, na dodatek motocykliści. Od razu uprzejmie poinformowali nas, że praktycznie nie ma wolnych miejsc noclegowych i pokierowali nas od razu do jednego z domów który miał jeszcze kilka wolnych miejsc. A, że zanosiło się na solidną burzę postanowiliśmy tym razem znowu nie rozkładać namiotów i skorzystać z dobrodziejstwa ciepłego pokoju. Przy okazji miejsce w którym mieliśmy nocleg posiadało swoją restaurację. Dlatego skusiliśmy się na późną ale lekką kolację. Zanim na dobre się rozpadało udało się puścić drony i zrobić kilka ciekawych ujęć miejsca w którym przyszło nam nocować. Sama okolica przepiękna, rozciągające się wszędzie góry okalające tą małą miejscowość. I właśnie w takich okolicznościach przyrody moja góralska dusza odżywa. Zdążyliśmy się nacieszyć widokami i spadł rzęsisty deszcz. W związku z tym przyszła kolej na odpoczynek a, że pora była dosyć późna więc udaliśmy się do pokoju. Ogarnęliśmy trochę sprzęty elektroniczne które trzeba było podładować, interkomy, drony, kamerki. Ponieważ następnego dnia czekała nas ciekawy odcinek zaplanowanej przez nas podróży. Jeden z tych na które czeka się bardziej. Odcinek ten miał trochę sprawdzić moje umiejętności jazdy w trudniejszych niż zazwyczaj warunkach. Luźne kamienie, strome podjazdy, jeszcze bardziej strome zjazdy, koleiny, przepaście i możliwe spadające kamienie. Tyle się nasłuchałam i naczytałam o tym odcinku, że strach zjadał mnie od środka. Droga Theth-Škodra ale przez Prekal. Malownicza widokowo, choć i tutaj zasmucił nas fakt, że i w to przepiękne miejsce dociera komercja, czy może po prostu turystyczny rozwój. Niestety zupełnie niepożądany przez nas, motocyklistów. Rozwój ten opisuje jedno słowo: asfalt. Wielokrotnie podczas tego odcinka spotykaliśmy ciężkie maszyny budowlane, na poboczach uszykowane kamienne kręgi, powycinane drzewa, nadsypywane drogi…widok równie przytłaczający jak kikuty drzew po pożarze na Sveti Jure. Lada moment te piękne i zapierające dech w piersiach tereny przestaną być trudnodostępne. Tym bardziej cieszyłam się każdym przejechanym kilometrem, każdym widokiem. Miejsce strachu zastapił smutek. Bo być może ostatni raz widziałam je w swojej naturalnej prostocie. Niestety to jedna z tych rzeczy na które nie ma się wpływu więc nie pozostało nic innego jak cieszyć się momentami. W trakcie przejazdu przez ten odcinek również udało się zostawić wlepki na miejscu odpoczynku. Dla mnie to taki stempel: ja tutaj byłam, osobiście na własnym, ciężkim sprzęcie.Mimo, że trasa nie była tak wymagająca technicznie jak się spodziewałam to jednak w palącym słońcu, na otwartej przestrzeni dała nam popalić. Dlatego przyznam szczerze, że z ogromną ulgą po zjeździe z gór powitałam majaczący przed nami wioskowy asfalt. Zatrzymaliśmy się chwilę później ponieważ zanęciła nas wijącą się lewą stroną rzeka. Zmęczeni upałami i kilometrami postanowiliśmy się wykąpać. Tym razem zdjęłam tylko buty, skarpetki i spodnie. Reszta musiała poczekać aż się nieco ochłodzę. Aruś początkowo nie zamierzał się kąpać, ale to co wydarzyło się chwilę później sprawiło, że zmienił zdanie. Podczas gdy ja pływałam już z rybkami, Arek robił zdjęcia i odpoczywał. Nagle zza zakrętu wyłonił się motocykl. Oczom własnym nie wierzyliśmy kiedy okazało sie, że to nasi znajomi. Wprawdzie nasze plany podróżowe były podobne miejscowo. Ale czasowo byliśmy o kilka dni do przodu dlatego zupełnie nie spodziewaliśmy się że uda nam się spotkać. Ponieważ nasi znajomi też potrzebowali chwili odpoczynku i postanowili skorzystać z kąpieli, więc długo nie trzeba było i Arka namawiać. Wykąpaliśmy się wspólnie i zjedliśmy razem posiłek. Monika i Szymon postanowili że część drogi przejedziemy wspólnie. Zamierzali właśnie dotrzeć do Theth od strony z której my właśnie przyjechaliśmy. Ale postanowili zmodyfikować nieco swoje plany i potowarzyszyć nam drugą stronę. Jechali oboje jednym motocyklem więc odradziliśmy im drogę do góry, za to poleciliśmy od drugiej  strony czyli właśnie od strony Theth. Planowaliśmy dojechać do Durres, po drodze wymieniliśmy euro na lokalną walutę i ruszyliśmy dalej. A ponieważ mieliśmy już z Arkiem wybrany jcamping niedaleko miejscowości Bage, również Monika z Szymonem postanowili tam przenocować. Nie spodziewaliśmy się jednak że miejsce które odwiedzimy będzie tak urocze. Nigdy nie przypuszczałabym że rozłożę kiedyś namiot na samej plaży gdzie może Jońskie miesza się z Adriatykiem. Do dzisiaj nie mam pewności które z mórz omywało mi stopy. Sam camping zaskoczył nas nie tylko umiejscowieniem ale także infrastrukturą. Niemal królewskie toalety, prysznice, dostęp do pralek i suszarek, możliwość rozwieszenia prania, a nawet niewielka restauracja w której zjedliśmy najlepsze frytki w naszym życiu. Na terenie całego campu można było korzystać z internetu starlink, więc dostęp do reszty świata był bezproblemowy. Rozłożyliśmy namioty i poszliśmy zażyć kąpieli w morzu. Spędzony wspólnie wieczór również zagości na długo w moim sercu. Mogliśmy wymienić się spostrzeżeniami, mogliśmy zaplanować dalszą wspólną trasę, a ponieważ i tak kilka punktów mieliśmy podobnych dlatego uznaliśmy że jeszcze kawałek pojedziemy razem. Jako następne miejsce do którego chcieliśmy wspólnie dotrzeć wybraliśmy kanion Osumi. Wyruszyliśmy następnego dnia kiedy jeszcze słońce nie paliło aż tak mocno. Droga do punktu widokowych kanionu jest równie piękna jak poprzednie odcinki których doświadczyliśmy w Albanii. Drogi nie do końca są dobre jakościowo natomiast wszystko inne czego doświadczamy czyli zakręty, widoki potrafią wynagrodzić wiele. Po dotarciu do kanionu okazało się że dojazd do mostu na który chcieliśmy dotrzeć również prowadzi drugą szutrową i to wcale niełatwą. Kiedy już udało nam się zjechać postanowiliśmy że wypuścimy drony i zrobimy kilka ujęć. Podczas gdy Aruś robił filmiki podeszło do mnie kilka nieznanych mi osób. Bardzo ciekawiło ich to, że sama jako kobieta podróżuję motocyklem i to wcale nie małym. Co ciekawe panowie zadawaliby mi pytania również techniczne. Wtedy właśnie przekonałam się jak ważne jest to żeby interesować się swoją własną maszyną. Dzięki temu byłam w stanie odpowiedzieć na wiele z tych pytań bezproblemowo. Wymieniliśmy się mailami a ponieważ poproszono mnie o zrobienie zdjęć tej grupce na tle mostu postanowiłam że zrobię to również dronem. Maile okazały się przydatne ponieważ po skończonej wyprawie mogłam wysłać zdjęcia nowym znajomym. I w tym momencie zaczyna się etap podróży którego nie zapomnę do końca życia. Ponieważ Arek znalazł kiedyś na jednej z grup motocyklowych bardzo ciekawą miejscówkę postanowiliśmy że właśnie tam zanocujemy. Nie wiedzieliśmy jeszcze jak wielkie będzie to dla nas wyzwanie, a dla mnie szczególnie. O ile do tej pory myślałam że droga z Theth do Szkodry była trudna, o tyle teraz moje myślenie zostało zrewidowane a anielska cierpliwość mojego Arka wystawiona na ogromną próbę. Od razu zaznaczę, że próbę tę zdał celująco. Zatem z kanionu Osumi skierowaliśmy się do miejsca które na tej grupie motocyklowej nazwane było kampem u babci. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że mamy dwa wyjścia. Pierwsze z nich to że jedziemy około 120 km nadrabiając drogi, a nie uśmiechało nam się to w ogóle. Drugie rozwiazanie wyglądało na prostsze. Ponieważ z tego miejsca mieliśmy około 19 km do rzeczonego kampu. Wszystkim nam wtedy wydawało się że wybór jest prosty i oczywisty. Ja jednak widząc drogę w którą mamy skręcić nabrałam ogromu obaw. Tym bardziej że od kanionu Osumi do tego momentu rozpadał się deszcz. Jednak wychodząc naprzeciw chęciom innych uczestników postanowiłam że spróbuję. Tym bardziej, że miałam obietnicę Arka że oczywiście w najgorszych momentach w razie potrzeby mi pomoże. Mieliąmy załadowane motocykle i to nie jednym bagażem ale po dwie sakwy boczne plus kufer plus jeszcze dodatkowe bagaże. Zatem kilogramy nie kończyły się na zwykłych 240 kg zatankowanego motocykla. Myślę że maszyna załadowana bagażem mogła ważyć około 300 kg. A to już nie bagatela. I niestety moje przeczucia się spełniły. Gliniaste podłoże, luźne kamienie, koleiny i padający deszcz sprawiły, że moja psychika odmówiła posłuszeństwa. Mimo, że Arek kilka razy pomógł mi sprowadzić motocykl ze stromego zjazdu a także podjechać na strome podjazdy, to jednak mniej więcej w połowie drogi potrzebowałam kilku chwil by się uspokoić. Moje serce galopowało, moje nerwy były zszargane a padający deszcz nie ułatwiał życia. Odbiło się to niestety na Arku, gdyż w interkomie dałam upust swoim emocjom. Niemniej jednak postanowiłam, że nie będę zawracać ponieważ nie lubię nie doprowadzać zamierzonych celów do końca. Po prostu potrzebowałam kilku chwil na uspokojenie galopujących emocji. Kiedy już udało się uspokoić i przedsięwziąć decyzje, że jednak nie zawracam tylko jadę dalej zrobiło się jakby łatwiej. Deszcz powoli przestawał padać, coraz częściej dało się zaobserwować zwierzęta gospodarskie. Przypadkowe spotkanie z żółwiem totalnie mnie rozbroiło pozytywnie. Fakt że wiele z podjazdów dałam radę pokonać sama też dodawał skrzydeł. 24 km w ponad 4 godziny. Myślę że to może pokazać skalę tego co tam spotkaliśmy. Ale to co zastaliśmy kiedy dojechaliśmy na miejsce wynagrodziło wszystkie niedogodności których doznaliśmy w trakcie dojazdu do kampu. Kiedy na miejscu zaparkowałam motocykl i dotarło do mnie co właśnie zrobiłam, z pomocą ukochanego mężczyzny, chciało mi się płakać ze szczęścia. Te pozytywne uczucia potęgowało samo miejsce i widoki które tam zastaliśmy. Na kampie przywitało nas bardzo pozytywne małżeństwo. “Babcia” zaserwowała nam kolację z własnoręcznie przygotowanych potraw. Nigdy w życiu nie jadłam lepszego drożdżowego ciasta okraszonego miodem z własnej pasieki i nigdy nie jadłam lepszego serka który był doprawiony według gospodyni. Pan gospodarz postanowił uraczyć nas własnoręcznie wykonaną rakiją. I mimo że nie pijam alkoholu to tej rakii postanowiłam spróbować. Uznałam że zasłużyłam na odrobinę szaleństwa. I przyznam szczerze że to był najlepszy alkohol jakiego kiedykolwiek doświadczyłam w swoim życiu. Zamówiliśmy u przemiłych gospodarzy śniadanie na dzień kolejny już nie mogąc się go doczekać. Poranek przywitał nas prześlicznym wschodem słońca i bzyczeniem pszczółek. Oprócz ptasiego śpiewu były to jedyne dźwięki których tam doświadczyliśmy, a ogólnie cisza i błogi spokój. Śniadanie było wyjątkowe i nastroiło nas bardzo pozytywnie na kolejne kilometry. Ja jedynie zrobiłam wśród gospodarzy mały rekonesans. Mając w pamięci dojazd z dnia poprzedniego ciekawa byłam co czeka nas dalej. Pani gospodyni uspokoiła nas że jeżeli przejechaliśmy poprzedni odcinek to reszta już jest bezproblemowa. I rzeczywiście tak właśnie było. Ale zanim wyjechaliśmy zaopatrzyliśmy się w fantastyczny miód który gospodyni wydobywa z własnej pasieki. Kiedy byliśmy już spakowani i chcieliśmy zapłacić za miejsca namiotowe okazało się że gospodarze nie chcą od nas żadnych pieniędzy, stwierdzili że miło było nas gościć a zapłatą dla nich jest to że zjedliśmy u nich posiłek za który zapłaciliśmy. Podziękowaliśmy. Oczywiście nie mogłam się powstrzymać i zostawiłam w miejscu wskazanym przez gospodynie wlepkę. Dostałam również zeszyt do którego mogłam się wpisać co też uczyniłam. Zaowocowało to tym że jakiś czas później kilka osób odezwało się do mnie na Instagramie. I dlatego tak bardzo cieszy i mnie zostawianie tych wlepek i świadomość tego że ktoś gdzieś na nich zawiesi wzrok. Pożegnaliśmy się z przemiłymi gospodarzami, zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć i pomknęliśmy ku dalszej przygodzie. I rzeczywiście pomknęliśmy to dobre stwierdzenie. Wprawdzie na drodze która nas przywitała nadal towarzyszyły nam szutry, luźne kamienie, koleiny ale mimo wszystko droga sprawiała nam dużo frajdy. Stąd już niewiele kilometrów dzieliło nas od Sarandy i właśnie tam udaliśmy się wspólnie. I tutaj nastąpił ten moment w którym zrobiliśmy coś zupełnie niezgodnego z naszym planem. Okazało się że całkiem niedługo wypływa prom na Korfu. A skoro nadarzyła się taka okazja to postanowiliśmy z niej skorzystać. Sam wjazd na prom, przypinanie motocykli i cała podróż bardzo nam się podobały. Jednak samo Korfu było dla nas bardzo nieprzyjemnym doświadczeniem. Spodziewałam się że zostanę zadbaną wyspę. Rzeczywistość okazała się zgoła inna. Wszędzie pełno śmieci, smród rozkładających się resztek. Ale skoro powiedzieliśmy a, to trzeba było powiedzieć i b. Udało znaleźć się miejsce na nocleg. Również było to miejsce kempingowe gdzie można było swobodnie rozłożyć namioty. I tutaj kolejna rzecz która bardzo mi się nie spodobała, całą noc słyszeliśmy cykady. Było to tak okrutnie męczące że następnego dnia szybko się spakowaliśmy. W planach mieliśmy plażę i kilka innych miejsc ale los podłożył nam pod stopy dosyć dużą kłodę. Naszym znajomym motocykl odmówił posłuszeństwa. Na szczęście są to maszyny które znamy i w miarę potrafimy ogarnąć. Wprawdzie spędziliśmy troszkę czasu w palącym słońcu, na dodatek w niedzielę, ale po kilku godzinach udało się zweryfikować i naprawić usterkę. Niemniej jednak czas poświęcony w upale na te czynności sprawił że odechciało nam się jazdy na jakiekolwiek plażę i postanowiliśmy wrócić do Sarandy. Bez żalu. Dlaczego bez żalu? Bo kolejnym miejscem na naszej liście był Park Narodowy Durmitor. Ale to właśnie w Sarandzie postanowiliśmy się rozłączyć z naszymi współtowarzyszami. Pożegnaliśmy się i Oni ruszyli na podbój drogi do Theth a my w kierunku Durmitoru. Po drodze przydarzył się jeszcze jeden, niestety nieudany nocleg, o którym wolelibyśmy zapomnieć. Ten nieudany wybór uświadomił nam że czasem lepszy jest nasz namiot niż zwykły hostel. Napawając się pięknymi widokami podążaliśmy w stronę Durmitoru. Wygłodniali i spragnieni zatrzymaliśmy się w miejscu, w którym postanowiliśmy wypić kawę. Zwykła kawa zamieniła się w obłędny posiłek. Miejsce to, które każdemu będą polecała z czystym sumieniem, nazywa się Independent house of Jazz. Dodam jeszcze że miejsce to posiada własny parking dla motocykli.Przemiła obsługa a jedzenie jeszcze lepsze. Wyjechaliśmy stamtąd po trzech godzinach. Za to zrelaksowani i pozytywnie naładowani. Jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do parku narodowego Durmitor, który mnie osobiście powalił na kolana swoim pięknem i widokami. A w związku z tym, że mam wrażenie iż jakieś czorty nad nami czuwają, przejechaliśmy cały Park i nikt nie chciał od nas opłaty. W przydrożnej kafejce również zostawiłam swoje wlepki. Durmitor poruszył w mojej duszy struny które od dawna były uśpione. Cudownie patrzy się na wznoszące się szczyty, na dolinki u podnóża tych szczytów… Nieme świadectwo potęgi natury, to miejsce w którym człowiek naprawdę czuje się mały. Poza obrzeżami parku zrobiliśmy sobie przystanek żeby troszkę odpocząć ponieważ upały naprawdę dawały się we znaki. Tutaj zdecydowaliśmy że zahaczymy jeszcze o most na rzece Tara. Miejsce to mocno zarekomendował mi mój kolega. A i Arek był tu już kiedyś. Po dojechaniu na miejsce zobaczyłam kilka znaków które informowały o możliwości zjechania tyrolką. A w związku z tym że jest to jedna z wielu rzeczy których jeszcze w życiu nie doświadczyłam postanowiłam spróbować swoich sił. I nie żałuję ponieważ było to niesamowite przeżycie. Również tutaj poleciały wlepki, zakupiliśmy magnesy i pamiątki dla Przyjaciół. I tutaj od tego miejsca pozostał nam jeszcze jeden punkt na naszej mapie podróżniczej. Ponieważ, jak już wspomniałam, oboje z Arkiem uwielbiamy dobre jedzonko, a w Warszawie naszą ulubioną restauracją jest Karczma Gŭca serwująca doskonałe serbskie jedzonko, zatem jedynym słusznym kierunkiem była serbska miejscowość Gŭca. Znana jest ona przede wszystkim z dorocznego festiwalu trębaczy. Jest to festiwal i konkurs bałkańskich orkiestr dętych. Dodatkowo chcieliśmy porownać plejskavice…tę serbską i tę spod Warszawy. Ale niestety, nie byliśmy w stanie wyłonić zwycięzcy. Sam posiłek był naprawdę smaczny, jednak obsługa restauracji i totalny brak komunikacji pozostawiają wiele do życzenia. Nie pozostało nam już nic innego jak powolny powrót do domu. Dojechawszy do Nowego Sadu postanowilismy tutaj zanocować a sam wybór hoteliku był bardzo udany. Czyściutki, klimatyzowany pokoik dał nam nieco wytchnienia od wszędobylskiego upału. Następnego dnia spakowaliśmy mandżury czując lekki smutek, że nasza piękna bałkańska wyprawa powoli dobiega końca. Mieliśmy jeszcze jeden zaplanowany punkcik. Ale zanim go zrealizujemy czeka nas jeszcze tranzyt przez Węgry. Zawsze jest to dla nas najnudniejszą część naszych wypraw. A tym razem dodatkowo przydarzyła się niemiła przygoda związana gwoździem w tylnej oponie motocykla Arka. Mieliśmy niejasne przypuszczenia, że nie był to przypadek ale szybko udało rozwiązać się ten problem. Zakołkowane zatem można jechać dalej. Jako ostatni przystanek na powrocie do domu wybraliśmy Bańską Bystrzycę. I nie był to wybór przypadkowy. W trakcie naszej podróży okazało się, że nasi bardzo dobrzy Przyjaciele zatrzymują się na nocleg właśnie w tej miejscowości. Udało się zarezerwować pokój w tym samym hotelu. Jednak na miejsce dojechaliśmy jako pierwsi. Konrad i Małgosia dojechali swoimi motocyklami nieco później. A dzięki temu zapowiadał nam się bardzo przyjemny wieczór. Zjedzona wspólnie pizza oraz spacer po mieścinie idealnie dopełniły nam dzień. Do dzisiaj śmiejemy się, że czasem trzeba wyjechać za granicę by móc się spotkać z Przyjaciółmi. Bo to nie pierwszy i jak mniemam, nie ostatni raz, kiedy właśnie tak nam się przydarza. Następnego dnia, znów we czwórkę obraliśmy kierunek na Polskę. Jednak wspólna podróz nie trwała długo ponieważ nasi Przyjaciele mieli jeszcze swoje plany na powrocie, dodatkowo każda z par jechała swoim tempem. W pewnym momencie się pożegnaliśmy i pojechaliśmy w wybranych przez siebie kierunkach. Przyznam szczerze, że miejsce radości z powrotu powoli zastępował smutek i tęsknota za odwiedzonymi oraz za tymi, których się nie udało odwiedzić miejscami. Niemniej jednak powrót do domu zawsze przyjmujemy z wdzięcznością. Za to, że wyjazd zakończył się bezpiecznym powrotem, za to, że każde z nas doświadczyło czegoś nowego…bo prawda jest taka, że każda podróż uczy nas nie tylko historii, empatii ale rownież pokory. Czym była dla mnie bałkańska przygoda? Przede wszystkim sprawdzianem. Mojego hartu ducha, umiejętności nie tylko fizycznych ale też kompromisu. Czym ta podróż była dla nas obojga? Przede wszystkim umocnieniem naszego związku, ponieważ ciągle uczymy się o sobie czegos nowego, przekraczamy często własne granice po to by w ostatecznym rozrachunku sprawic by druga osoba czuła się w naszym towarzystwie dobrze i bezpiecznie. Wielokrotnie przekonałam się, że mam u boku partnera, ale nie tylko z definicji. Bo wiem, że gdyby coś się zepsuło w naszych motocyklach to mimo, że sama też poradziłabym sobie w wielu sytuacjach, to nie zawsze muszę być silna kobietą. Bo wiem, że gdyby coś mi się stało to mam przy sobie mojego Anioła Stróża. Bałkany na zawsze zagościły w naszych sercach. Widoki, fauna, flora, ludzie, sposób w jaki czas tam zwalnia i smaki…Tego nie da się podrobić. Co wspominam najchętniej? Na pewno dojazd do campu u Babci. Bo teraz wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych.Co wspominam najrzadziej? Spalone drzewa Sveti Jury…widok przygnębiający, przypominający że z siłami natury nie zawsze można wygrać. Czy wrócę tam jeszcze? Jeśli tylko będzie taka możliwość to skorzystam bez wahania, mimo, że na świecie jest całe mnóstwo miejsc do odkrycia. Jedynym warunkiem jaki sobie stawiam jest to, by mieć u boku Arka. Wtedy wiem, że jestem nie do pokonania.