Szukaj
Strategiczny błąd (Mateusz Janicki)

Strategiczny błąd (Mateusz Janicki)

Zgłoszenie w Konkursie Adventure Rier 2026

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Motocykl i podróże z nim związane, stały się dla mnie stylem życia. Staram się robić wszystko, by konsekwencją moich działań była kolekcja pięknych wspomnień z wypraw, a nie niezrealizowanych marzeń.

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: Legalna wyprawa Offroadowa
Ilość dni: 3
Ilość kilometrów: 1700
Ilość uczestników: 1
Ilość krajów: 4
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: BMW F 850 GS Adventure

Kanał Youtube: https://youtu.be/5C-Sbq3ME6o
Instagram: https://www.instagram.com/reel/DCbE8m5NXwV/?igsh=a2p1NWFpYTVlaDE3
Facebook: https://www.facebook.com/mattadvpl
Blog: https://drive.google.com/drive/folders/1EKHPDWKdxVcCCFtBSHOy26sAsnqq-80g?usp=drive_link

Pełen opis

Mateusz Janicki Konkurs ARP

Ciężko jest mi jednoznacznie określić, gdzie leży punkt zapalny tej przygody. Gdybym miał strzelać, to powiedziałbym, że prawdopodobnie jest to swego rodzaju konsekwencja mojego czerwcowego wyjazdu do Norwegii. Niespełna 2 miesiące po tym wyjeździe, w trakcie wspólnego urlopu z narzeczoną, próbowałem namówić ją na wyjazd w Alpy. Ta mając jednak w pamięci upały jakie towarzyszyły nam rok wcześniej podczas naszej bałkańskiej przygody, oraz to jak bardzo zmęczona wróciła z tej wyprawy, nie dała namówić się na kolejny urlop spędzony na grzbiecie mojego wierzchowca.
Nie nalegałem. Podczas wyjazdu do Norwegii przejechałem prawie 10 000 km, więc miałem prawo czuć się „wyjeżdżony”, dlatego poziom determinacji do spędzenia kolejnego urlopu w siodle nie był aż tak duży. Spędzając urlop stacjonarnie w Beskidzie Wyspowym, poczułem jednak potrzebę, by wyrwać się choć na chwile gdzieś dalej, aniżeli poza próg domu, tak by ten symboliczny „komin” wokół którego my motocykliści mamy w zwyczaju krążyć, schował się daleko za horyzontem.
Bez większego kalkulowania i nie owijając w bawełnę oznajmiłem, że urywam się na 3-4 dni i jadę do Rumunii. Choć z lekkim przymrużeniem oka, tak na szczęście mój pomysł spotkał się z akceptacją, więc przystąpiłem do planowania.
Plan nieskomplikowany i dosłownie kreślony na kolanie zakładał dotarcie do Rumunii, przejazd Transalpiną i Transfăgărășan, oraz powrót do Polski w 4 dni. Pomimo małego doświadczenia w jeździe w terenie mój plan uwzględniał jeszcze jeden cel – realizację kiełkującego od jakiegoś czasu marzenia o tym, by zmierzyć się z popularną Drumul Strategic Transalpina, potocznie zwaną „Strategicą”.
Nazwa dość wyraźnie wskazuje pierwotny, wojskowy charakter tej drogi, która bez odnóg liczy sobie około 45km, a której początek znajduje się na wysokości 1770 m.n.p.m., na przełęczy Urdele, czyli na Transalpinie. „Strategica” co roku przyciąga wielu amatorów kurzu i błota i – w zależności od panujących tam warunków – może być trudna do pokonania.
Będąc świadomym moich skromnych umiejętności w jeździe off-roadowej uznałem, że przynajmniej na jedno muszę być w miarę dobrze przygotowany. Tą ewentualnością był upadek i konieczność podnoszenia mojego wielkiego i ciężkiego motocykla w pojedynkę. Nie przebierając w środkach, po prostu wyciągnąłem motocykl z garażu i przystąpiłem do treningu.
Wiadomo, pierwszy raz boli najbardziej, ale jak trzeba, to trzeba. Przewróciłem motocykl i próbowałem go podnieść – udało się! Łatwo nie było, ale konsekwentnie powtarzałem te dwie czynności. Przewróć, podnieś i powtórz; przewróć, podnieś i powtórz! Po chwili treningu stwierdziłem, że pomimo oczywistego zmęczenia, idzie mi to co raz lepiej i że to nie waga, ani wielkość motocykla stanowią największy problem, a przede wszystkim niewłaściwa technika.
Z tą wiedzą i nabytymi nowymi umiejętnościami przystąpiłem do pakowania motocykla – i tu pojawiła się pierwsza komplikacja. Z obiegowej opinii wiedząc, że kufry w terenie potocznie określane są jako „łamacze nóg”, próbowałem spakować się do torby. Niestety, ale ubrania, sprzęt kempingowy, jedzenie i cała elektronika jaką postanowiłem zabrać ze sobą na ten wyjazd, postanowiły do rolki się nie zmieścić – pech. Nie mając zbyt dużego wyboru przepakowałem się do kufrów, by następnego dnia po zjedzeniu śniadania ruszyć od razu w drogę.
Mimo, że nie lubię jeździć po autostradach, tak mając na względzie ograniczony czas na ten wyjazd, Słowację postanowiłem przejechać autostradowo, korzystając z dobrodziejstwa jakim niewątpliwie jest brak opłat dla motocykli. Węgry z uwagi na konieczność wykupienia winiety przejechałem już nieco bardziej lokalnymi drogami, ale nadal bez zbędnego włóczenia się bokami.
Po krótkim postoju na węgiersko-rumuńskiej granicy, całkowicie porzuciłem jazdę drogami szybkiego ruchu. Lokalne rumuńskie drogi stały się płótnem dla mnie i mojego motocykla, a umykający czas zdawał się już nie mieć większego znaczenia – w końcu byłem w Rumunii.
Bez większego planu na to, gdzie przyjdzie mi dziś spać, jechałem przed siebie przemierzając zachodnio-rumuńskie Karpaty. Gdy nastał zmrok zacząłem rozglądać się za jakimś okolicznym kempingiem. Problemem okazał się zasięg telefonii komórkowej, a w zasadzie jej brak. Niemożność wyszukania niczego w Internecie skłoniła mnie do zatrzymania się pod jednym z zatłoczonych, przydrożnych pubów.
Gdy wszedłem do środka, zauważyłem, że klientela składa się w dużej mierze ze społeczności romskiej. Mimo chyba naturalnego dla nas Polaków uprzedzenia do tej społeczności, postanowiłem zapytać o to, czy gdzieś w okolicy znajduje się jakiś komercyjny kemping. W odpowiedzi usłyszałem jedynie, że oni biwakują w okolicy „na dziko” i że chętnie mnie tam zaprowadzą. Jak na osobę uprzedzoną przystało z zaproszenia nie skorzystałem, choć śmiem przypuszczać, że będąc przygarniętym pod ich opiekę, mógłbym czuć się bezpiecznie.
Pojechałem dalej z nadzieją, że w którymś momencie telefon złapie zasięg i umożliwi mi to wyszukanie na Bookingu jakiegoś pensjonatu – udało się, aplikacja wskazała pensjonat oddalony o niespełna 8 km. Podjąłem decyzję, że zanim zarezerwuje nocleg, sprawdzę, jak wygląda dojazd do tego miejsca. Po wbiciu koordynatów do nawigacji kolejna niespodzianka. Booking wyszukał pensjonat w promieniu 8 km od mojej bieżącej lokalizacji, jednak czas dojazdu do tego miejsca wynosił ponad półtorej godziny. Jakim cudem? Cóż, po bliższej ocenie sytuacji, okazało się, że znajduje się na grzbiecie masywu, z kolei pensjonat gdzieś w głębokiej dolinie, stąd dojazd wymagał dość dużego objazdu asfaltem. Na ten moment nie zakładałem jazdy poza nim, tym bardziej po zmroku i w dodatku po deszczu, który nieco mnie zmoczył. Porzuciłem pomysł dojechania do tego miejsca z racji na późną godzinę i po prostu jechałem przed siebie co chwile odświeżając aplikację Booking, mając jednocześnie nadzieje, że telefon złapie zasięg i znajdzie mi coś w mojej obecnej lokalizacji.
Po przejechanych 20, może 30 km, rzutem na taśmę dotarłem pod pensjonat Cabana Viselor w miejscowości Vadu Moților. Było coś koło godziny 23, ale na szczęście okazało się, że właścicielka nie śpi. Nocleg w pensjonacie Cabana Viselor kosztował mnie 40 euro. Całe szczęście, że tylko tyle, ponieważ więcej przy sobie nie miałem. Gotówka również nie była czymś, czym zamierzałem zaprzątać sobie głowę przed wyjazdem, a posiadane w portfelu 40 euro, to pozostałość po wyjeździe do Norwegii.
Właścicielka pensjonatu o imieniu Duma, dobrze mówiła po angielsku – zdecydowanie lepiej ode mnie. Niestety poliglota ze mnie żaden. Mając jednak na względzie, że najlepszym językiem jest uśmiech i że czego nie będę umiał powiedzieć, to pokaże, koniec, końców i tak doszliśmy do porozumienia, a co się pośmialiśmy, to nasze.
Pokój okazał się zadbany, czysty, wyposażony w wygodne łóżko i prywatną łazienkę. „Tu jest jakby luksusowo” – pomyślałem. Duma uprzedziła mnie, że nie prowadzi cateringu, co akurat nie stanowiło dla mnie większego problemu. Najważniejsza potrzeba jaką tego dnia był dach nad głową została zaspokojona.
Pomimo późnej pory, ten dzień zdążył mnie jeszcze pozytywnie zaskoczyć. Chwilę po tym, jak zacząłem się rozpakowywać rozległo się pukanie do drzwi pokoju. Ku mojemu zdziwieniu za drzwiami stała Duma z deską lokalnych serów, wędlin i lampką pysznego białego wina. Ten miły gest z jej strony potwierdził jedynie to, co nie raz już słyszałem o rumuńskiej gościnności.
Gospodyni pensjonatu Cabana Viselor zachęciła mnie również do skorzystania ze znajdującej się na zewnątrz nagrzanej balii. Już wtedy wiedziałem, że warto zapamiętać tą lokalizację na przyszłość i że chętnie odwiedzę Vadu Moților przy najbliższej nadarzającej się okazji. To czego wówczas nie wiedziałem, to że ta okazja przydarzy się tak szybko, ale nie uprzedzajmy faktów.
Rankiem dnia drugiego korzystając z pięknej pogody, postanowiłem zrobić użytek z zabranego przeze mnie drona. W trakcie ogrywania okolicy Vadu Moților z lotu ptaka, wyszedł do mnie jeden z gości pensjonatu – Mario. Mario, obywatel Niemiec okazał się być motocyklistą, vanliferem, a przy okazji osobą żywo zainteresowaną posiadanym przeze mnie sprzętem do nagrywania. Z tego co zrozumiałem, jest on stałym bywalcem pensjonatu Cabana Viselor, który stanowił dla niego i jego partnerki Christiny bazę wypadową podczas ich corocznych wizyt w Rumunii.
Po krótkiej rozmowie z Mariem, pożegnaniu się z Dumą oraz jednym z jej kotów o imieniu James Bond, wskoczyłem na grzbiet mojego motocykla i ruszyłem przed siebie. Wiedziony lokalnymi drogami w kierunku wjazdu na sławną Transalpinę, zachwycałem się pięknem Parku Narodowego Apuseni. Po drodze zatrzymywałem się wielokrotnie, by podziwiać stada wolno pasących się koni oraz by zamykać kadry otaczającej mnie natury w pamięci mojego aparatu.
W pewnym momencie dotarło do mnie, że wyznaczona przeze mnie w aplikacji „mapy.cz” trasa, okazała się nie być pozbawiona wad. W jednej z miejscowości mijanych po drodze, nieopodal miasta Câmpeni asfalt skończył się, a przede mną wyrósł znak zakazu B-2, sugerujący jednokierunkowy charakter szutrowej drogi, którą nawigacja próbowała poprowadzić mnie pod prąd.
Nieco skonfundowany próbowałem znaleźć wyjście z tej sytuacji przewijając palcem mapę na wyświetlaczu mojego telefonu. Stojący obok mężczyzna widząc moje zakłopotanie starał się mi jakoś pomóc. W tym wypadku moje dukanie po angielsku nie przynosiło żadnego rezultatu, ponieważ wspomniany mężczyzna nie rozumiał angielskiego wcale i komunikował się ze mną jedynie w swoim ojczystym języku. Doceniam fakt, że starał się pomóc, jednak kierunek wskazany poprzez machnięcie ręką, musiał wystarczyć, bym mógł kontynuować moją przygodę.
Po dotarciu do miejscowości Sebeș dotankowałem motocykl i czym prędzej popędziłem w kierunku wlotu na Transalpine. Gdy znaki zaczęły wskazywać poruszanie się po drodze oznaczonej jako DN67C, poczułem zadowolenie z faktu, że tak oto realizuje się pierwszy cel mojej samotnej mikrowyprawy.
Charakterystycznym punktem kojarzonym przeze mnie do tej pory jedynie z cudzych zdjęć i filmów była łukowa zapora na rzece Sebeș, nad którą dumnie powiewała niebiesko-żółto-czerwona flaga Rumunii. Spiętrzona za sprawą zapory woda tworzy jezioro o nazwie Obreja de Căpâlna liczące sobie około 3,2 km długości.
Na drodze DN67C dało odczuć się wzmożony ruch pojazdów – samochodów osobowych, kamperów i ciężarówek – które starałem się sukcesywnie wyprzedzać przy pierwszej lepszej okazji. Motocyklistów oczywiście również nie brakowało; wszak Transalpina, jak i Transfăgărășan, to drogi, które widnieją na liście miejsc do odwiedzenia u większości z nas.
Kolejnym charakterystycznym miejscem mijanym po drodze, przy którym postanowiłem się zatrzymać i zrobić kilka pamiątkowych zdjęć była zapora Oașa, na rzece Sebeș, za sprawą której z kolei spiętrzona woda tworzy rozległe jezioro Lacul Oașa. Po krótkiej rozmowie z innym Polskim motocyklistą spotkanym na zaporze, czym prędzej uciekłem z tego zatłoczonego miejsca. Ten wyjazd oprócz oczywistej chęci jazdy na motocyklu, pokierowany był również chęcią wyciszenia się i kontemplacji, a tłumy ludzi i miejsca kojarzące się z budkami, w których można kupić magnesy i pocztówki, nie idą z tym w parze.
Droga w kierunku przełęczy Urdele, na której znajduje się najwyższy punkt Transalpiny (2145 m.n.p.m.), była przyjemna i miejscami bardzo kręta, co skrzętnie wykorzystywałem z racji na moje zamiłowanie do pochylania się w zakrętach. Najpiękniejsze widoki tej ikonicznej drogi, zaczęły się jednak wyłaniać dopiero na samej przełęczy Urdele.
Widząc małe stadko osłów swobodnie przechadzających się po drodze, nie mogłem nie zrobić im zdjęcia. Osły okazały się być na tyle oswojone z turystami, że bez problemu pozwalały się głaskać – czego również nie mogłem sobie odmówić. Podczas tego wyjazdu kontakt ze zwierzętami, a w tym konkretnym przypadku z osłami, przychodził mi chyba łatwiej niż z ludźmi. Czemu się tu dziwić – ciągnie swój do swego.
Po tej krótkiej chwili rozluźnienia, świadom tego, że zaraz dotrę do zjazdu na Strategicę, zacząłem czuć wzbierającą ekscytację. Już za moment zmierzę się z nadrzędnym celem tej przygody!
Po zjechaniu na Strategicę nastała jeszcze chwila niepewności – czy aby na pewno chcę tak ryzykować? Pozbywszy się tych wątpliwości stwierdziłem, że chcę spróbować, bo przecież po to tu przyjechałem. Po przełączeniu mojego GSa w tryb Enduro Pro ruszyłem przed siebie nieświadomy tego, co przyniesie mi spotkanie ze Strategicą.
Szybko rosnąca przepaść po prawej stronie drogi nie była obojętna dla mojego lęku wysokości, wywołując tym samym strach i jednoczesny wyrzut adrenaliny. Cały czas starałem się trzymać lewej koleiny, co również wywoływało u mnie pewien niepokój związany z możliwością uderzenia kufrem o wystające miejscami skały. Mogło to skutkować wyrzuceniem mnie i motocykla w ziejącą z prawej strony przepaść. Moja bujna wyobraźnia w tym przypadku nie pomagała. Bałem się, choć jednocześnie czułem, że chcę więcej, dalej i wyżej.
W pewnym momencie dotarłem do miejsca, w którym początkowo planowałem zrobić biwak. Niepewna prognoza pogody wskazująca możliwość opadów, skłoniła mnie jednak do porzucenia tych planów. Kłębiące się w oddali ciemne chmury jedynie utwierdzały mnie w przekonaniu o słuszności tej decyzji. Zgłębiając przed wyjazdem wiedzę o tej drodze, nie rzadko spotykałem się z opinią, że mokra Strategica, to niebezpieczna Strategica i jeżeli choć raz przejdzie nam przez myśl, żeby zawrócić, to powinniśmy to zrobić.
Jadąc tam samemu, bez doświadczenia w jeździe w terenie, za dużym i za ciężkim motocyklem, byłem świadom popełnianej głupoty. Mimo wszystko starałem się wykazać resztki rozsądku i nie doprowadzać do sytuacji, w której padający deszcz spowoduje, że nierzadko głębokie koleiny, zamienią się w błotniste zjeżdżalnie, co ostatecznie uniemożliwi mi ucieczkę ze Strategiki.
Podczas pokonywania bardziej stromych i nierównych podjazdów zacząłem odczuwać piekący ból przedramion. Oczywistym stało się, że kurczowe trzymanie kierownicy spowodowane strachem i niewłaściwą pozycją na motocyklu, nie pomaga, a wręcz przeszkadza i w końcu zaczęło zbierać żniwo. Na szczęście wszystkie postoje wynikające z łapania oddechu, robienia zdjęć i ujęć do filmu czy mijania się z terenówkami, pozwalały nieco odsapnąć i dać odpocząć obolałym rękom.
Jeden z takich odpoczynków zarządziłem w miejscu, gdzie występują charakterystyczne „garby”, a które osobiście kojarzyłem z filmów innych motopodróżników, którzy tak jak ja, w którymś momencie swojego życia postanowili zmierzyć się ze Strategicą. To miejsce charakteryzuje jeszcze jeden szczegół, jest nim stalowy krzyż postawiony ku pamięci Nicolae Bărbulescu, który prawdopodobnie zginął w tych górach. Napis na krzyżu w języku rumuńskim „Prada Munților” oznacza, ni mniej, ni więcej, jak „Ofiara Gór”.
Temat ten zaciekawił mnie na tyle, że po całej wyprawie starałem się odszukać jakichś informacji. Niestety, jak się okazało – bezowocnie. Prawdopodobnie wydarzenie to nie odbiło się szerszym echem w żadnych lokalnych przekazach, a krzyż został postawiony tam przez rodzinę Nicolae, który w tragicznych okolicznościach, został zabrany przez te góry – niech spoczywa w pokoju.
Nieopodal miejsca z krzyżem ponownie zatrzymałem się, by podziwiać piękną panoramę przedstawiającą góry i jezioro Lacul Vidra majaczące w oddali. W tym samym czasie zatrzymała się tam grupa Słowaków poruszających się samochodami terenowymi. Wcześniej miałem okazję nagrywać ich przejazd z lotu ptaka, co z pewnością dało im pretekst do tego, żeby mnie zaczepić i zapytać o ujęcia z drona. Z racji na fakt, że poruszali się po Strategice w tą samą stronę, upatrywałem w nich niejako koło ratunkowe, z którego będę mógł skorzystać w patowej sytuacji.
Po kilku kolejnych kilometrach wspólnej jazdy, zatrzymali się jednak, by rozbić obozowisko. Ponownie przeświadczony o tym, że w razie problemów jestem zdany sam na siebie, pojechałem dalej.
W pewnym momencie straszące od dłuższego czasu chmury dały o sobie znać, na szczęście były to nieznaczne opady, które nie czyniły Strategiki nieprzejezdnej, natomiast sugerowały pośpiech, który w pewnym momencie okazał się być zgubny. Zmęczony, obolały i postawiony pod presją czasu, w pewnym momencie popełniłem błąd – „strategiczny błąd”.
Szarpnięty przez kolczasty krzew, którego gałęzie zwieszały się na ścieżkę, nie zwróciłem uwagi na to, co dzieje się przede mną. Gdy w ostatniej chwili zorientowałem się, że mój tor jazdy wiedzie mnie wprost w głęboką koleinę, skupiłem na niej swój wzrok. Wiedza o tym klasycznym błędzie, tak często popełnianym przez nowicjuszy, nie uratowała mnie przed jego popełnieniem. Chwila nieuwagi, świadomość problemu i myśl, że już nic nie mogę zrobić – Jedno mrugnięcie powiekami później było już po wszystkim – Leżę.
Gdy dotarło do mnie, co właśnie się stało, nie mogłem uwierzyć jak głupi błąd popełniłem. Po oswojeniu się z sytuacją postanowiłem zacząć działać. Motocykl przewrócony w koleinie nie dawał się podnieść sposobem, który ćwiczyłem przed wyjazdem, choć sam fakt, że leży on w koleinie działał na moją korzyść – nie był on aż tak bardzo pochylony. Znając z teorii inne sposoby podnoszenia, ostatecznie udało mi się postawić motocykl na koła.
Szybka ocena jego stanu i okazało się, że dalej nie pojadę. Dźwignia hamulca nożnego zagięła się pod podnóżek i zblokowała tylny hamulec. Zaszła konieczność położenia motocykla na drugi bok, by umożliwić sobie naprawę wygiętej dźwigni. Szczęście w nieszczęściu, że miałem już do czynienia z tego typu awarią i wiedziałem co muszę zrobić. Po krótkiej walce, dźwignie udało się odgiąć na tyle, by móc kontynuować jazdę i sprawnie używać tylnego hamulca.
Jadąc dalej, w pewnym momencie zza zakrętu wyjechały na mnie dwa samochody terenowe jadące w przeciwną stronę. Sytuacja ta wymusiła na mnie gwałtowne wytracenie prędkości tuż przed stromym podjazdem znajdującym się za zakrętem. Trudny, nierówny teren uniemożliwił mi zawrócenie celem ponownego nabrania prędkości, co zmusiło mnie do podjęcia próby podjechania. Niestety brak momentum spowodował ściągnięcie mnie do głębokiej koleiny, w której motocykl zawisł na gmolach i podnóżkach, a silnik zgasł.
Konsternacja kosztowała mnie kolejny cenny czas. Próba rozeznania się w sytuacji i wymyślenie rozwiązania wyjścia z problemu skłoniły mnie – by w obawie przed nadmiernym zużyciem akumulatora – wyłączyć zapłon. Gdy byłem gotowy do kolejnej walki, okazało się, że po ponownym włączeniu zapłonu, komputer pokładowy wskazał uszkodzone światło stopu. Świadomość uciekającego czasu skłoniła mnie do skupienia się w pierwszej kolejności na ucieczce ze Strategiki. Na martwienie się awarią przyjdzie jeszcze czas.
Gdy po kilku próbach udało się wyciągnąć motocykl z koleiny i pokonać podjazd, zmęczony, ale zadowolony z siebie ruszyłem dalej. W nieco już dogodniejszych warunkach postanowiłem zrobić kolejną przerwę, by złapać oddech i ponapawać się pięknymi widokami głębokich dolin i stromych zboczy Strategiki, wiedząc, że jeżeli wszystko dobrze pójdzie, to już niedługo dotrę do cywilizacji.
Kontynuując jazdę, ujrzałem przed sobą coś, co okazało się stanowić dla mnie realne wyzwanie i kolejną próbę charakteru. Był to stromy zjazd poprzecinany tak głębokimi koleinami, że w ich głębinach niknęły kłody, którymi inni śmiałkowie będący tu przede mną, próbowali ułatwić sobie przejazd. Świadomość, że popełnienie kolejnego błędu i upadek w takim miejscu może przynieść znacznie poważniejsze konsekwencje niż poprzednim razem, sprawiła, że spędziłem dobre 20 minut na planowaniu toru przejazdu i walce ze strachem.
Gdy w końcu uznałem, że jestem gotowy, odpaliłem motocykl – gdy obie podeszwy moich butów dotknęły podnóżków, a motocykl zaczął się staczać, wiedziałem, że nie ma już odwrotu. Niczym mantrę powtarzając w myślach “patrz, dokąd chcesz jechać”, pokonałem napotkaną na mojej drodze przeszkodę, mając jednocześnie nadzieję, że była to ostatnia przeszkoda tego kalibru – na szczęście była.
Gdy dotarłem do drogi DN7A, jeszcze nigdy nie cieszyłem się tak bardzo na widok asfaltu. Samotny przejazd przez Strategicę dla bardziej wprawionych motopodróżników może nie być niczym spektakularnym, dla mnie jednak był czymś wielkim, czymś z czego płynie ogromna satysfakcja. Ta krótka, lecz intensywna przeprawa, była moim “chrztem ognia” i przede wszystkim realizacją marzenia. Od tego momentu umocniłem się jedynie w przekonaniu, że turystyka off-roadowa, to dziedzina, w której chce się rozwijać i ścieżka, którą chce podążać.
Gdy emocje nieco opadły nadszedł czas, by zlokalizować źródło awarii i jej konsekwencje. Okazało się, że komunikat informujący o uszkodzeniu światła stopu spowodowany był wyłamaniem czujnika przy dźwigni hamulca nożnego, do którego naruszenia prawdopodobnie doszło podczas prostowania dźwigni hamulca nożnego, a który wyłamał się w momencie utknięcia w koleinie, po którym pojawił się komunikat.
Nie mając dostatecznej wiedzy, jak rozwiązać problem ciągle świecącego się światła stopu, musiałem podjąć decyzję co dalej. Mając świadomość, że dzień chyli się ku końcowi, a jazda motocyklem z niesprawnym światłem stopu jest niebezpieczna i może grozić tym, że ktoś po prostu może we mnie wjechać, postanowiłem zrezygnować z kontynuacji tej wyprawy i odpuściłem wizytę na Transfăgărășan.
Kolejnym problemem ponownie okazał się brak zasięgu telefonii komórkowej, więc znalezienie bankomatu lub noclegu, nie posiadając przy sobie większej ilości gotówki, mogło być trudne. Mając w pamięci, jak ciepło przyjęła mnie Duma, uznałem, że spróbuję się z nią skontaktować i zapytać, czy ma dla mnie wolny pokój i czy mogę przyjechać – mimo, że nawigacja wskazywała cztery i pół godziny jazdy oraz dotarcie na miejsce po północy.
Z racji na słabą jakość połączenia w słuchawce dało usłyszeć się niewyraźne zaproszenie. O braku gotówki nic nie wspominałem – tym zamierzałem martwić się następnego dnia. Z pewnością szukanie noclegu, gdzie udałoby mi się zapłacić kartą lub miejsca z dostatecznie dobrym połączeniem internetowym, by znaleźć bankomat i rozwiązanie problemu ze światłem stopu, byłoby rozsądniejsze. Na mnie jednak presja czasu wymusiła szybką decyzję, której – z perspektywy czasu – nie żałuję. Ruszyłem przed siebie, obierając za cel miejscowość Vadu Moților.
Przez całą drogę starałem się uciekać przed pojazdami jadącymi za mną, by zmniejszyć ryzyko, że ktoś we mnie wjedzie nie widząc, że hamuje. Z całego czasu jaki wskazywała nawigacja, udało mi się uciąć pół godziny. Do pensjonatu Cabana Viselor dotarłem przed północą, z czego ostatnie dwie godziny przyszło mi jechać w deszczu nie posiadając przeciwdeszczówki.
Duma, gdy zobaczyła ten obraz nędzy i rozpaczy, poprosiła mnie żebym dał jej swój kombinezon i wrzuciła go do suszarki, po czym zaprosiła do kuchni, gdzie – w towarzystwie jej kota Jamesa Bonda – zjadłem przygotowaną przez nią kolację. Swoją drogą, kot okazał się być niezłym „agentem”, bo gdy odwracałem uwagę od talerza, ten ukradkiem ściągał mi z niego wędliny. Po zjedzonym posiłku udałem się spać.
Nazajutrz – choć jest to swego rodzaju nadużycie, bo przecież kładłem się po północy – ponownie spotkałem Maria. Rozmawiając z nim o powodzie mojej rezygnacji z dalszej jazdy, czyli awarii światła stopu, ten zasugerował żebym uszkodzony czujnik zmostkował. Gdy Mario powiedział „make a bridge”, poczułem się jak bym dostał otwartą dłonią w twarz. Rozwiązanie było tak proste, a fakt, że na to nie wpadłem, zmusił mnie do rezygnacji z realizacji dalszych planów.
Mario będąc zdecydowanie człowiekiem czynu, bez zbędnej zwłoki chwycił za cążki i uciął kawałek jakiegoś przewodu w swoim vanie, przy pomocy którego, ów czujnik udało mi się zmostkować. Światło stopu zgasło, błąd przestał się wyświetlać i jazda znowu stała się bezpieczna. Jedyne o czym musiałem od tej pory pamiętać, to by każdorazowo używać przedniego hamulca, by sygnalizować jadącym za mną kierowcom, że hamuje.
Podjętej decyzji o zawróceniu, jak już wspomniałem wcześniej nie żałuje. Był to również element tej przygody, którą przecież bardzo dobrze wspominam. Dzięki temu, że zawróciłem, ponownie spotkałem Dumę, Maria i miałem okazję poznać Christinę. Co ciekawe, Christina – dla dopełnienia kolektywu – okazała się być przesympatyczną Indonezyjką. Z całą trójką polubiłem się na tyle, że utrzymujemy kontakt po dziś dzień.
Z Vadu Moților wyjechałem około południa. Na jednej ze stacji benzynowych, jeszcze gdzieś w Rumunii, dotankowałem moją bestię i pokusiłem się naciągnąć mocno już zdezelowany łańcuch. Ten, zdecydowanie kwalifikował się do wymiany.
Wiedząc, że wracam już do domu, postanowiłem podzielić się pozostałym mi jedzeniem z uroczą psią przybłędą – tych biedaków niestety w Rumunii nie brakuje. Patrząc na to, jak wyglądałem podczas wyprawy, dzielenie się jedzeniem z innymi zdecydowanie mi nie zaszkodziło.
Przed opuszczeniem Rumunii zatrzymałem się jeszcze na stacji benzynowej nieopodal granicy z Węgrami. Powód był prozaiczny – miałem ochotę napić się napoju energetycznego, który kojarzył mi się z moją wyprawą na Bałkany, a można go było kupić między innymi właśnie w Rumunii. Takie oto wspomnienie zaklęte w płyn.
Rok 2024 był jeszcze rokiem, w którym przekraczanie granicy z Rumunią wiązało się z kontrolą graniczną. Była to swego rodzaju ujma na wygodzie, choć dla mnie miało to swój urok. Warto wspomnieć węgierskiego pogranicznika, który pożegnał mnie słowami: „szerokiej drogi pan”. Nie był to pierwszy raz w mojej motocyklowej historii, kiedy węgierscy pogranicznicy wykazywali się wobec mnie sympatią – oni chyba naprawdę lubią Polaków.
Przez Węgry i Słowację ponownie przejechałem bez zbędnego włóczenia się – tak jak na początku tej przygody. Do domu dotarłem jakoś przed 22. Podczas ostatniego dnia tej wyprawy miałem dostatecznie dużo czasu, by podsumować ją w myślach i wyciągnąć z niej wnioski.
Tych było oczywiście wiele, jednak jeden wydaje się świetną puentą tej historii: przygodę można odnaleźć wszędzie. Nie musi być daleką i kosztowną wyprawą na kraniec kontynentu czy na drugi koniec świata. Czasami wystarczy poświęcić 3-4 dni, by przeżyć przygodę życia i dać początek czemuś nowemu.
U mnie ten wyjazd rozpalił zamiłowanie do szukania przygód poza utwardzonymi drogami. Ponadto zrozumiałem, że najważniejsze jest kolekcjonowanie wspomnień, a nie niezrealizowanych marzeń.

Do zobaczenia na podróżniczym szlaku! 🙂