Szukaj
Do wielkich podróży nie trzeba wielkich motocykli. (Andrzej Kozerski)

Do wielkich podróży nie trzeba wielkich motocykli. (Andrzej Kozerski)

Zgłoszenie w Konkursie Adventure Rier 2026

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Swoją przygodę motocyklową zacząłem w 2024 roku, kiedy kupiłem pierwszy motocykl o pojemności 125 centymetrów sześciennych, który miał służyć dojazdom do pracy. Szybko jednak okazało się, że motocykle wciągają, a jazda nimi poszerza horyzonty i daje zupełnie inne odczucia z podróży. A później? Później było już klasycznie – prawo jazdy, motocykl turystyczny i kolejne plany wyjazdowe.

Kilka danych o wyprawie

Kategoria zgłoszeania: Krótka Wyprawa Motocyklowa
Ilość dni: 4
Ilość kilometrów: 1763
Ilość uczestników: 1
Ilość krajów: 5
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: Zontes G1

Kanał Youtube: https://youtu.be/-OJa3okHxNg?si=9ZTp1gBxV5KhbNfe
Instagram: https://www.instagram.com/andrzej.kozerski
Facebook: https://www.facebook.com/andrzej.kozerski
Blog:

Pełen opis

Andrzej Kozerski
DCIM\Camera01\IMG_20250503_184020_00_057.ins

Swoją przygodę motocyklową zacząłem w marcu 2024 roku, kiedy kupiłem pierwszy motocykl o pojemności 125 cm³ – Zontes G1. Szybko złapałem motocyklowego bakcyla, a sama jazda stała się czymś, co bardzo przypadło mi do gustu. Już we wrześniu 2024 roku zrobiłem prawo jazdy kat. A i zacząłem snuć plany…

Pomysł wyjazdu motocyklem 125 ccm przyszedł mi do głowy zimą, kiedy dłużące się wieczory pozwalały zagłębiać się w czeluściach YouTube’a. Choć jestem dopiero początkującym motocyklistą, chciałem sprawdzić, jak to jest pojechać gdzieś dalej. Swoją pierwszą, dłuższą wycieczkę motocyklową rozpocząłem 1 maja 2025 roku. Wtedy ruszyłem z Podhala w kierunku Włoch. Na wstępie muszę wspomnieć, że choć wyprawa była orientacyjnie zaplanowana…

Na początku wyjazdu towarzyszyła mi euforia. Wizja czterech dni spędzonych w siodle motocykla sprawiła, że uśmiech nie schodził mi z twarzy. Pierwszy dzień minął bardzo, ale to bardzo szybko. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że był też najłatwiejszy. Przejazd przez Słowację oraz Węgry był błyskawiczny. Po drodze przejechałem przez piękne miasteczka, zjadłem śniadanie nad urokliwą rzeką, by na koniec dnia dotrzeć nad Balaton. I tutaj mały spoiler – podczas tego wyjazdu nie zobaczyłem zbyt wielu zabytków. Moim celem była droga i sprawdzenie samego siebie. Jak się później okazało, cała ta wyprawa była strzałem w dziesiątkę i ogromnym odpoczynkiem dla głowy.

Dzień drugi zaczął się dla mnie bardzo wcześnie, ponieważ chciałem dotrzeć do wstępnie zaplanowanego celu, czyli Triestu. Pobudka, „szybkie” składanie obozowiska i w drogę. Tego dnia czekała na mnie Słowenia, która okazała się po prostu cudowna. Drogi, widoki i ludzie czynią ten kraj wyjątkowym. Co więcej, jazda motocyklem o tak małej pojemności sprawiła, że nie korzystałem z autostrad ani dróg ekspresowych, dzięki czemu zobaczyłem naprawdę wiele pięknych miejsc. W Lublanie dopadł mnie mały kryzys, ale na szczęście w najgorszym momencie moim oczom ukazało się KFC, które uratowało sytuację. Pod wieczór dojechałem na camping niedaleko granicy słoweńsko-włoskiej, rozbiłem namiot, zostawiłem rzeczy i pojechałem do celu. Włochy to zupełnie inny wymiar kuchni, kultury i widoków. Tego dnia nie mogłem pozwolić sobie na długi spacer po Trieście, ale byłem tam wystarczająco długo, by poczuć klimat tego miejsca. Zrobiłem krótki spacer, zjadłem pizzę i w ciemnościach ruszyłem w kierunku noclegu.

Dzień trzeci zacząłem od krótkiej rozmowy z motocyklistami, którzy nocowali na tym samym campingu. Okazało się, że jechali z Paryża do Mongolii. Gdy to usłyszałem, po prostu mnie zamurowało! Chciałem nawet nagrać z nimi krótki wywiad, ale ich angielski był na tyle słaby, że ledwo mogliśmy wymienić kilka zdań. Ruszyłem dalej. Tego dnia wracałem w kierunku Węgier. Znowu towarzyszyły mi świetne widoki i piękna pogoda. Dodatkowo każda minuta spędzona na moim motocyklu utwierdzała mnie w przekonaniu, że pojemność 125 ccm jest naprawdę przyjemna. Pod wieczór dotarłem do kolejnego campingu, gdzie spotkałem niesamowitego gościa, który wyruszył rowerem praktycznie dookoła Europy. Rozmowa z nim była ogromną inspiracją. Poza tematami podróżniczymi poruszyliśmy też kwestie życia, kierunku, w którym zmierza świat, i wiele innych spraw. Na szczęście udało mi się nagrać z nim krótki wywiad, który możecie zobaczyć w moim filmie. I wiecie co? Ten człowiek utwierdził mnie w przekonaniu, że do wielkich wyjazdów nie potrzeba wielkich motocykli, a największą wartością podróży są ludzie, których spotykamy po drodze. Wiem, brzmi to jak banał rodem z YouTube’a, ale tak właśnie jest. Co więcej, podróże solo to zupełnie inny wymiar – poza kilometrami możesz odbyć też podróż w głąb siebie.

Dzień czwarty przywitał mnie lekkim deszczem, a prognozy nie były optymistyczne. Niestety szybko się sprawdziły. Większość dnia jechałem w deszczu. Małe doświadczenie, chęć jak najszybszego powrotu do domu i frustracja sprawiły, że prawie zaliczyłem wywrotkę na rondzie. Na szczęście jakimś cudem udało się podeprzeć, a buty motocyklowe uchroniły moją kostkę przed skręceniem. Ten dzień się dłużył i był najtrudniejszy, ale jednocześnie piękny – bo bezpiecznie wróciłem do domu z poczuciem, że spełniłem swoje marzenie.

Być może ta wyprawa nie jest scenariuszem na film, a sam wyjazd nie był spektakularnym pokonywaniem trudności, ale gdybym miał komuś wytłumaczyć, o co chodzi w podróżowaniu motocyklem, zabrałbym go właśnie na taką wyprawę.Swoją przygodę motocyklową zacząłem w marcu 2024 roku, kiedy to kupiłem pierwszy motocykl o pojemności 125 centymetrów sześciennych- Zontes G1. Szybko chwyciłem motocyklowego bakcyla, a sama jazda stała się czymś, co bardzo przypadło mi do gustu. Jeszcze we wrześniu 2024 roku zrobiłem prawo jazdy kat. A i zacząłem snuć plany…

Pomysł wyjazdu motocyklem 125 ccm przyszedł mi do głowy zimą, kiedy to dłużące się wieczory pozwalały  zagłębić się w czeluściach Youtube’a. Choć jestem dopiero początkującym motocyklistą chciałem sprawdzić, jakby to było pojechać gdzieś dalej. Swoją pierwszą, dłuższą wycieczkę motocyklową zacząłem 1 maja 2025 roku. Wtedy to ruszyłem z Podhala w kierunku Włoch. Na wstępie muszę wspomnieć, że choć wyprawa była orientacyjnei zaplanowana

Na początku wyjazdu towarzyszyła mi euforia. Wizja czterech dni spędzonych w siodle motocykla spowodowała, że uśmiech nie schodził mi z twarzy. Pierwszy dzień wyjazdu minął bardzo, ale to bardzo szybko. Z perspektywy czasu muszę również napisać, że to był najłatwiejszy dzień. Przejazd przez Słowację oraz Węgry był błyskawiczny. Po drodze przejechałem przez piękne miasteczka, zjadłem śniadanie przy urokliwej rzece, aby na koniec tego dnia dotrzeć nad Balaton. I tutaj mały spoiler- podczas tego wyjazdu nie zobaczyłem zbyt wielu zabytków, podczas tego wyjazdu moim celem była droga i sprawdzenie samego siebie. Jak się później okazało cała ta wyprawa była strzałem w dziesiątkę oraz ogromnym odpoczynkiem dla głowy.
Dzień drugi zaczął się dla mnie bardzo wcześnie ponieważ tego dnia chciałem dotrzeć do wstępnie zaplanowanego celu, czyli Triestu. Pobudka rano, “szybkie” składanie obozowiska i w drogę. W tym dniu czekała na mnie Słowenia, która okazała się po prostu cudowna. Drogi, widoki i ludzie czynią ten kraj wyjątkowym. Co więcej, jazda motocyklem o tak małej pojemności spowodowała, że nie korzystałem z autostrad i ekspresówek, dzięki czemu zobaczyłem na prawdę wiele pięknych widoków. W Lubljanie dopadł mnie mały kryzys, ale na szczęście w najgorszym momencie moim oczom ukazało się KFC, które uratowało sytuację. Pod wieczór dojechałem do campingu zlokalizowanego nieopodal granicy słoweńsko-włoskiej, rozbiłem namiot, zostawiłem rzeczy i pojechałem do celu. Włochy to totalnie inny wymiar kuchni, kultury i widoków. Tego dnia nie mogłem pozwolić sobie na długi spacer po Trieście, natomiast byłem tam na tyle długo, aby poczuć, że to miejsce ma swój klimat. Zrobiłem sobie krótki spacer, zjadłem pizzę i w ciemnościach ruszyłem w kierunku swojego noclegu.
Dzień trzeci zacząłem od krótkiej rozmowy z motocyklistami, którzy spali na tym samym campingu. Okazało się, że jechali oni z Paryża do Mongolii. Jak to usłyszałem to mnie po prostu zamurowało! Chciałem nawet nagrać z nimi krótki wywiad, ale ich angielski był na tyle słaby, że ledwo mogliśmy wymienić kilka zdań. Ruszyłem przed siebie. Tego dnia wracałem w kierunku Węgier. Znowu towarzyszyły mi super widoczki i piękna pogoda. Dodatkowo, każda minuta spędzona na moim motocyklu, upewniała mnie, że pojemność 125 ccm jest na prawdę przyjemna. Pod wieczór dojechałem do kolejnego campingu i tam spotkałem niesamowitego gościa, który wyruszył na rowerze praktycznie dookoła Europy. Rozmowa z nim była totalną inspiracją. Poza tematami typowo podróżniczymi pogadaliśmy o życiu, o kierunku w którym zmierza świat i innych mniej lub bardziej ważnych kwestiach. Na szczęście udało mi się nagrać z nim krótki wywiad, który możecie zobaczyć w moim filmie. I wiecie co? Ten gość totalnie uświadomił mnie w przekonaniu, że do wielkich wyjzadów nie trzeba wielkich motocykli, a największą wartość do podróży wnoszą ludzie, których spotykamy na swojej drodze. Wiem, brzmi to jak totalny banał jakiegoś “kołcza” z “jutuba”, ale tak po prostu jest. Co więcej podróże solo to troszkę inny wymiar ponieważ poza jazdą w postaci kilometrów, możecie odbyć podróż wgłąb siebie. Tak, tak, wiem- kolejny już banał “kołcza” z “jutuba”.
Dzień czwarty przywitał mnie lekkim deszczem, a prognozy pogody nie były optymistyczne. Co gorsza, spotkały się one z rzeczywistością. Większość czasu, tego dnia jechałem w deszczu. Małe doświadczenie motocyklowe, chęć jak najszybszego powrotu do domu i frustracja spowodowana tym stanem rzeczy, sprawiły, że prawie wyglebiłem na rondzie. Na szczęście jakimś cudem udało się podeprzeć, a buty motocyklowe uchroniły moją kostkę przed skręceniem. Ten dzień się dłużył i był najtrudniejszy podczas tego wyjazdu, ale jednocześnie był piękny bo bezpiecznie wróciłem do domu, z poczuciem, że spełniłem swoje marzenie.

Być może wyprawa ta nie jest scenariuszem na film, a sam wyjazd nie był spektakularnym pokonywaniem trudności, ale jeśli miałbym komuś wytłumaczyć o co chodzi w podróżowaniu na motocyklu to wziąłbym go na taką “wyprawę”.