Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby
Lat 28, na co dzień programista pracujący zdalnie ze swojej “piwnicy”, siedzący większość dnia przy komputerze. Na szczęście odciąga mnie od tego prawdziwa pasja do podróżowania i motocykli. Jeżdżę praktycznie od czasu Pierwszej Komunii Świętej po której kupiłem motorynkę, jednak na poważnie zaczęło się po zrobieniu prawa jazdy – 6 lat i tysiące kilometrów w siodle przeróżnych motocykli, a to mój 3 sezon odkąd pokochałem off-road i jazdę adventure. 🙂
Kilka danych o wyprawie
Ilość dni: 3
Ilość kilometrów: 800
Ilość uczestników: 4
Ilość krajów: 1
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: KTM 790 Adventure R
Kanał Youtube:
Instagram: https://www.instagram.com/p/DO8c92wCH1k/
Facebook:
Blog:

Pełen opis
Nasz wyjazd to typowy weekendowy, motocyklowy wypad małą ekipą w celu wyluzowania się i odpoczynku od pracy oraz trudów życia codziennego. Co rzadko się nam zdarza – bo w tej ekipie częściej żeglujemy w strugach deszczu niż normalnie jeździmy – tym razem pod koniec września trafiliśmy na cudowną pogodę: bezchmurne niebo i słońce grzejące do niemal 30°C.
Trasa z założenia miała być legalna, bo tak jak wspomniałem celem było wyluzowanie się, a nie stresowanie czy przypadkiem za zakrętem nie dojdzie do przykrego spotkania ze Strażą Leśną… Poza tym każdemu szkoda było by pieniędzy na zbędne wydatki w postaci mandatów. 😀 Dlatego skorzystałem z dostępu do bazy tras fundacji Regional Adventure Trails i użyłem swoich umiejętności kartograficznych, aby ułożyć ciekawą i legalną trasę z centralnej Wielkopolski aż do Kłodzka.
Nieco pikanterii wyjazdowi dodaje fakt, że cała ekipa jechała na sprzętach z pomarańczowej stajni KTM, co według obiegowej opinii jest decyzją co najmniej nie rozsądną (spoiler: obyło się bez żadnej awarii). 😀
Aby wyrobić się czasowo, plan zakładał nadrobienie ponad 100 km trasy asfaltem, a dopiero dalej od domu wskoczenie w off-road. Ambitnie wierzyliśmy, że wystarczy nam cierpliwości, jednak już po 50 km nie wytrzymaliśmy i zjechaliśmy z głównej drogi na szlak przez pola. 🙂
Przed Miliczem, w sekcji wyjątkowo błotnistej i trudnej, zobaczyliśmy coś niezwykłego – śmiałka na nowiutkim, lśniącym i dopakowanym GSie 1300 Adventure, który postanowił wziąć kąpiel błotną. Chwilę spędziliśmy na wspólnym podnoszeniu i wyciąganiu z błota po nieuniknionej kraksie tego ogromnego acz równie pięknego Bawarskiego “grzmota”. Pogadaliśmy z jego właścicielem i ruszyliśmy wspólnie w dalszą trasę, którą już wszyscy świetnie ogarnęli!
Gdy za Wrocławiem wjeżdżaliśmy na pierwszą poważną górkę – Polną Górę zwaną również Jańską Górą z piękną wieżą Bismarcką na szczycie, tak się ucieszyłem z tego wyzwania że niemal wywinąłem orła na plecy. Mój rumak na podjeździe złapał więcej przyczepności niż się spodziewałem i motocykl poszedł w pion, na szczęście udało się sytuację opanować i skończyło się na śmiechu kompanów podróży.
Dzień skończyliśmy nie do końca adventure’owo, bo w pięknym mieszkaniu na najwyższym piętrze bloku ze świetnym widokiem na góry oraz całe Kłodzko. Taki wybór padł ze względu wspomnianą wcześniej chęć wyluzowania się i odpoczynku – najpierw zabawa na motocyklu, potem długie wieczory na tarasie przy piwku i rozmowach z kumplami.
Dzień drugi był tym najciekawszym, ponieważ wyruszyliśmy na pętlę objazdową po całej Kotlinie, oczywiście z nastawieniem na off-road, jednak pierwsze kilka.. naście? Może nawet kilkadziesiąt kilometrów, mimo że po ładnych okolicach nieco nas rozczarowało, ponieważ była to przejażdżka wyłącznie drogami asfaltowymi. Tak to bywa gdy jedzie się w nieznane, teoretycznie przygotowanymi wcześniej trasami, jednak nadal bez wiedzy co dokładnie zastaniemy na miejscu. Byliśmy bliscy zrezygnowania z tego “GPXa”, jednak doczekaliśmy się off-road’u w okolicy Lądka Zdrój i od tego momentu zaczęło być pięknie!
Pojawił się nawet jeden fragment tak wymagający, że nadawałby się na imprezę enduro, a nie legalną trasę turystyczną. Dla nas na szczęście był to pozytyw a nie coś czym byśmy się martwili, a szczyt frajdy był w momencie gdy niemal nie ugrzęźliśmy w bagnie na mokradle. Były zakopane motocykle, była walka, było fruwające błoto, a my zmęczeni i cali brudni wyjechaliśmy stamtąd bardzo szczęśliwi, jak małe dzieci. 🙂 Tym bardziej, że zaraz po tym fragmencie czekał nas wymagający wjazd na górę, dodatkowo podnosząc poziom zadowolenia z wyzwań jakie nas w końcu spotkały.
Nieco później nieodłączny element takiej formy zwiedzania, czyli nieco zdezaktualizowany ślad zaprowadził nas na prywatny teren z zablokowanym przejazdem – pastwisko. Szczęście w nieszczęściu zatrzymał nas właściciel tego terenu, który z pozytywnym nastawieniem do motocyklowych podróżników wyjaśnił nam sytuację i wskazał dostępną drogę na górę, której szczyt zamierzaliśmy właśnie zdobyć.
Trasa była fantastyczna z cudownymi widokami, jednak żeby ta sielanka nie trwała zbyt długo przydarzyła się mała kraksa, coś czego się spodziewałem i zastanawiałem się nie “czy”, tylko “kiedy” się wydarzy. A to ze względu na kiepskie ogumienie na jakim się wybrałem, właściwie to ogumienie na którym wcześniej zwiedzałem Europę niemal wyłącznie asfaltowo i po prostu tak zostało, nie przygotowałem się na czas. Uślizg koła w trawiastej koleinie zakończył się niezbyt spektakularnym upadkiem, aczkolwiek bardzo pechowym. Uderzyłem się w biodro tak mocno, że praktycznie nie mogłem chodzić, ból wyeliminował moją prawą nogę i od tego momentu zaczął się test charakteru. Nie mogłem odpuścić, nie mogłem nie dokończyć trasy z ekipą, dlatego kontynuowałem jazdę praktycznie na jednej nodze. Nie było łatwo ale się udało, wieczorem najdalej gdzie dałem radę dojść to 200 metrów do pobliskiego kebabu.. 😀
Ostatniego dnia na szczęście sytuacja z nogą nieco się poprawiła i w mniejszym bólu można było ruszyć w drogę powrotną. Zaczęliśmy od asfaltowych dróg po okolicznych górach oraz Narodowym Parku Gór Stołowych i rozsądnym wydawało by się aby ze względu na mój stan już tym asfaltem wrócić do domu. A skądże znowu! Nie ma tak łatwo! Mniej niż dnia pierwszego ale fragmentu off-road’owego nie mogłem nikomu darować i w taki sposób asfaltowo-terenowy dotarliśmy bezpiecznie do domu.
Zobaczyliśmy ładny kawałek naszego kraju, wybawiliśmy się w terenie, trochę nowych przygód dorzuciliśmy do bagażu wspólnych wspomnień i cało kształtowo był to krótki ale świetny wyjazd. A co równie ważne, legalny i całkowicie bez problemowy. 😉











