Szukaj
Finalista: Trzy Kontynenty w Trzy Tygodnie (Ireneusz Frąckowiak) | Krótka Wyprawa Motocyklowa

Finalista: Trzy Kontynenty w Trzy Tygodnie (Ireneusz Frąckowiak) | Krótka Wyprawa Motocyklowa

Ireneusz Frąckowiak
Podsumowanie

Wczesną wiosną 2025 Ireneusz wyruszył z Malagi ku Dakarowi, jadąc przez Maroko, Saharę Zachodnią i Mauretanię wzdłuż wydm i Atlantyku, zmagając się z rzadkimi stacjami paliw. Granicę z Mauretanią pokonał bez większych kłopotów, po drodze doświadczając niecodziennych spotkań – od propozycji małżeństwa po holowanie zepsutego skutera – i obserwując dziką faunę. W Senegalu trafił na huczne obchody Dnia Niepodległości w Dakarze, gdzie przypadkiem uczestniczył w powitaniu wiceprezydenta Nigerii. Spontanicznie objechał też spokojną, pełną przyrody Gambię, a awaria lokalizatora GPS podczas rejsu wywołała niepokój bliskich. Zamiast wysłać motocykl z Malagi, postanowił wracać na kołach przez włoskie i bałkańskie krajobrazy do Stambułu, by zanurzyć się w orientalnym rytmie miasta i odwiedzić miejsce śmierci Adama Mickiewicza. Z powodu ochłodzenia skrócił ostatni etap i bez noclegu, mimo deszczu oraz przestoju z powodu godziny policyjnej na Ukrainie, dojechał prosto do Warszawy na wielkanocne śniadanie. Całość trwała 23 dni, objęła 16 państw i ponad 14 000 km przez trzy kontynenty, niosąc lekcję wolności, spotkań i nieoczekiwanych zwrotów akcji.

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Jestem motocyklistą z 25-letnim doświadczeniem, który kocha góry, winkle i długie trasy. Większość swoich tras przejechałem samotnie a w sumie na motocyklu odwiedziłem 50 krajów.

Kilka danych o wyprawie

Ilość dni: 23
Ilość kilometrów: 14068
Ilość uczestników: 1
Ilość krajów: 16
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: BMW R1250GS

Kanał Youtube: https://youtu.be/AorKkqwQ3IQ?si=ULdFzQ0twLBW3AWc
Instagram: https://www.instagram.com/motoworldadv/
Facebook: https://www.facebook.com/share/14RcA7Am6Za/?mibextid=wwXIfr
Blog:

3

Pełen opis

Skrót podróży:
Wyprawa rozpoczęła się wczesną wiosną 2025 roku, a jej początek miał miejsce w hiszpańskiej Maladze. Pierwotnym celem był słynny Dakar. Trasa do Senegalu prowadziła przez Maroko, Saharę Zachodnią i Mauretanię. Po drodze – Pustynia Sahara, Ocean Atlantycki, skaliste wybrzeża i piaskowe wydmy.
Maroko, które nie raz już wcześniej przemierzałem, szybko zamieniło się w Saharę Zachodnią. Od tego momentu zaczęły się niesamowite wschody słońca nad piaskowymi wydmami, które dosyć często wkraczały w pas kiepskiej jakości drogi. Lokalna kuchnia pachniała nietypowo rybą – bo co prawda z lewej strony drogi była Sahara, ale za to z prawej już było widać bezkresny Ocean, z którego zapewne pochodziły ryby. Coraz większe odległości pomiędzy stacjami paliw, zmuszały mnie do korzystania z podręcznego kanistra – by móc spokojnie dojechać do kolejnego tankowania.
Po kilku dniach przyszedł czas na niesławną granice z Mauretanią, którą notabene udało się przejechać po kilku godzinach, bez większego zamieszania. Na trasie przez Mauretanię zdarzyło się coś całkiem nieoczekiwanego – w jednej z wiosek dostałem propozycję matrymonialną od rodowitej Haratyni. Chociaż sytuacja była zaskakująca i budziła uśmiech, była też kolejnym dowodem na to, jak bardzo podróż pozwala zetknąć się z lokalną kulturą i zwyczajami, które w Europie są zupełnie nieznane. Kolejnego dnia na całkowitym pustynnym bezludziu spotkałem trzech lokalnych mieszkańców, którym zepsuł się skuter. Skończyło się holowaniem ich pojazdu do wioski oddalonej o ponad 40 kilometrów. Poza takimi epizodami zaskakująco ciekawe okazały się spotkania z afrykańską fauną – zwłaszcza z guźcami.
Był to czas kiedy, żar dnia i chłód nocy hartował ducha bardziej niż setki przejechanych kilometrów.
Dalej – Senegal. Afryka w pełnym kolorze, gdzie każdy uśmiech spotkanych ludzi dodawał energii. Dakar tętnił życiem, muzyką i barwami, a jego ulice przypominały, że to właśnie tu znajduje się legendarna meta rajdu Paryż–Dakar. Przypadkiem trafiłem na Dzień Niepodległości Senegalu, obchodzony niezwykle hucznie. Podczas uroczystości przy Pomniku Afrykańskiego Odrodzenia zostałem wciągnięty w aktywne powitanie wiceprezydenta Nigerii, który w tym czasie składał kwiaty pod monumentem. Na pamiątkę zachowałem okolicznościową koszulkę z tego wydarzenia.
W samym Dakarze narodził się nowy pomysł – objechanie najmniejszego państwa kontynentalnej Afryki, Gambii. Decyzja zapadła błyskawicznie. Po chwili Gambia przywitała mnie spokojem i zupełnie innym rytmem życia niż Senegal. Po intensywnej trasie przez pustynię, trudnych granicach i głośnym świętowaniu w Dakarze, nagle znalazłem się w kraju, gdzie wszystko płynie wolniej – jakby spokojny nurt rzeki Gambia nadawał ton życiu mieszkańców. Przyrodniczo ogromna zmiana -tysiące ptaków, ogromne baobaby, dziesiątki małp i oczywiście… krokodyle. Właśnie tam, na środku rzeki Gambia, podczas rejsu małą łódką z lokalnym rybakiem, rozładował się mój lokalizator GPS. Spowodowało to niemałe zamieszanie wśród bliskich, którzy myśleli, że zniknąłem gdzieś w afrykańskiej dziczy (po dwóch dniach udało się dać pierwszy znak życia : ) ). Kilka dni w Gambii pozwoliło mi odetchnąć, zebrać siły i nacieszyć się zieloną Afryką, zanim ruszyłem w drogę powrotną.
Powrót do Polski okazał się bardziej zaskakujący, niż planowałem. Przed wjazdem do Europy zdecydowałem, że nie oddam motocykla w Maladze do transportu, tylko wrócę do Polski na kołach.
Ta decyzja zmieniła znacząco plany i spowodował, że powrót do domu okazał się równie fascynujący. Trasę powrotną wyznaczyłem przez Istambuł, co miało mi pomóc uzupełnić domowe zapasy azjatyckich przypraw. Po drodze miałem piękne lazurowe wybrzeże, gdzie nadmorskie miasteczka zachwycały kolorowymi fasadami i wąskimi uliczkami pełnymi życia.
Dzięki znajomemu duchownemu udało mi się szybko zorganizować serwis BMW we Włoszech, wraz z wymianą opon – to był krótki przystanek, który pozwolił mi odetchnąć przed dalszą drogą. Dalej czekały przepiękne krajobrazy Słowenii – wysokie, zielone góry i wijące się przez doliny drogi, które sprawiały, że jazda stawała się prawdziwą ucztą dla oczu. Przejazd przez Serbię i Bułgarię dostarczył kolejnych wrażeń – zmieniające się bałkańskie panoramy, urokliwe miasteczka i szerokie przestrzenie przywracały poczucie wolności, które w podróży na motocyklu zawsze jest najbardziej intensywne.
Turcja jak zawsze przywitała mnie serdecznie – odgłosem modlitw płynących z minaretów i najlepszą kawą na świecie. Od granicy do „bramy Azji” to była dosłownie chwila. Istambuł powitał mnie dużym ruchem na szerokich, sześciopasmowych alejach wjazdowych do miasta. Kolejne przejechane kilometry po tej metropolii to były już tylko wąskie, tłoczne uliczki pełne orientu i straganów. Stare Miasto, w którym się zatrzymałem, żyło własnym rytmem. Motocykl widowiskowo zaparkowałem na tyłach Błękitnego Meczetu, a ja spałem z widokiem na przepiękne minarety… i na mojego GSa, który był pilnowany przez uroczą psinę – Herę.
To była moja piąta wizyta motocyklowa w tym mieście, ale dopiero teraz udało mi się odwiedzić miejsce śmierci Adama Mickiewicza (obecnie muzeum), co było dla mnie wyjątkowym przeżyciem historycznym i kulturalnym.
Po udanych zakupach na egipskim bazarze przyszedł czas na ostatni etap trasy do Polski. Powrót ze Istambułu zaplanowałem na trzy dni spokojnej jazdy wzdłuż Morza Czarnego, ale nadciągający niż pokrzyżował te plany. Temperatura przy opuszczaniu Turcji wynosiła zaledwie 5°C, a prognozy dla Bułgarii i Rumunii zapowiadały 10–12°C. W Polsce natomiast było już prawie 20°C. Zdecydowałem więc nie robić noclegów i jechać bezpośrednio do Warszawy. Pomimo chłodu, deszczu i przymusowego, czterogodzinnego postoju na Ukrainie z powodu godziny policyjnej, po pokonaniu ostatnich 1850 kilometrów dotarłem do Warszawy na śniadanie wielkanocne.
Cała wyprawa trwała 23 dni, prowadziła przez 16 państw i liczyła ponad 14 000 kilometrów. To była intensywna podróż przez trzy kontynenty, w której każdy dzień przynosił nowe emocje i wyzwania. Ta wyprawa była czymś więcej niż tylko przejazdem przez kolejne kraje – to spotkania z ludźmi, chwile zachwytu i zmęczenia, a także nieoczekiwane zwroty akcji. Kolejna lekcja wolności – bo gdy masz przed sobą tylko drogę, motocykl i własne myśli, świat staje się naprawdę przejrzysty 🙂 .