Szukaj
Finalista: Zajedźmy się do spodu! (Piotr Śmigielski) | Krótka Wyprawa Motocyklowa

Finalista: Zajedźmy się do spodu! (Piotr Śmigielski) | Krótka Wyprawa Motocyklowa

Piotr Śmigielski
Podsumowanie

Piotr opisuje 9‑dniową, skrajnie intensywną wyprawę motocyklową po Skandynawii: jazda głównie offroadem, minimum asfaltu, biwaki w pięknych miejscach, kąpiele w jeziorach i gotowanie na ogniu, wykorzystując białe noce do jazdy i drzemek w dzień. Z Krakowa dojechali do Tallina, promem do Helsinek i dalej wzdłuż wschodniej nitki TET przy granicy z Rosją, robiąc po 500–600 km dziennie po szutrach. Celem miało być Inari (nieformalna stolica Saamów), ale ostatecznie dojechali nad Morze Barentsa i spędzili niezapomniany biwak nad Tanafjorden. Powrót do promu pod Sztokholmem był morderczy: 1750 km w dwa dni, z drzemkami na poboczach i narastającym deficytem snu. Największe wyzwania to renifery i łosie na drogach, rzadkie stacje paliw, trudność ze znalezieniem dogodnych miejsc nad jeziorami mimo ich ogromnej liczby oraz uciążliwe komary. Mimo tego to właśnie samowystarczalność, biwaki i wspólne gotowanie były sednem wyprawy. Na starcie pomogła społeczność motocyklowa, która w 2,5 godziny ogarnęła brakującą dźwignię zmiany biegów, a całość zakończyła się poczuciem, że z tego krótkiego czasu wycisnęli absolutne maksimum.

Kilka komentarzy od zgłaszającej osoby

Zadeklarowany fanatyk podróżowania ultra light, biwakowania i gotowania leczo w menażce. Te trzy rzeczy zajmują znaczną część mojej jaźni. Gdyby czas, którym dysponuję był z gumy jeździłbym częściej do dalekich krajów, ale na szczęście wiem, że przy odrobinie ciekawości świata i otwartych oczach można przeżyć przygodę tuż za progiem garażu.

Kilka danych o wyprawie

Ilość dni: 9
Ilość kilometrów: 6500
Ilość uczestników: 3
Ilość krajów: 7
Czy to była wyprawa zorganizowana?: Nie
Motocykla na którym podbijano świat: KTM 690 Enduro 2015

Kanał Youtube:
Instagram:
Facebook:
Blog:

1

Pełen opis

[SKRÓT]
Masz 9 dni i zastanawiasz się jak przekuć to w solidną podróż? Skandynawia jest najlepszą odpowiedzią. Na początku lata jest tam cały czas jasno dzięki temu można w tak krótkim czasie zajechać się do spodu.
Postanowiliśmy zobaczyć ile da się wycisnąć z tak krótkiego czasu robiąc to tak dobrze jak to możliwe: bez lawety albo busa, poza dojazdem unikając asfaltu jak ognia, nocując w możliwie najpiękniejszych miejscach, kąpiąc się w jeziorach i gotując własne jedzenie na biwakach.
Chyba się udało, bo czujemy, że bardziej intensywnie się nie dało a jednak postawiliśmy stopę nad Morzem Barentsa przemierzając całą Finlandię szutrami. Dzięki temu, że dzień zlewa się tam z nocą można zmienić strategię regeneracji, robiąc drzemki w ciągu dnia a potem sunąć szutrami do północy.

[WŁAŚCIWY TEKST]
Każdy ma swoją “drogę motocyklisty”. Każdy w swoim tempie odnajduje to, co lubi najbardziej w tym sporcie. Ja od lat lubię to robić w konkretny sposób. Jaki? Przede wszystkim: dużo, intensywnie, offroadowo (wiadomo, asfalt to lawa, a dojazdy na kołach to raczej udręka wymuszona stylem podróżowania), na lekko, ale samowystarczalnie, biwaki w pięknych miejscach (brzydkiego słowa na “H” jak “Hotel” staram się nie używać), a na biwakach oczywiście gotowanie pysznych rzeczy.

Tak, zdecydowanie lubię intensywnie podróżować i stopniowo przesuwać granice tego, ile da się z danego czasu wycisnąć. Niestety czas nie jest z gumy i tym razem, mając tylko 9 dni, postanowiliśmy z Pawłem i Łukaszem wycisnąć ten czas jak cytrynę. Do ostatniej kropli. Czy da się intensywniej, więcej i dalej? Myślę, że będzie ciężko nam to przebić. Wstępny plan był taki, żeby dojechać z Krakowa do Tallina (oczywiście na kołach), przeprawić się do Helsinek i stamtąd pojechać na samą północ Europy offem. Obraliśmy wschodnią nitkę TET wiodącą przy granicy z Rosją, bo tam jest najbardziej dziko. Druga połowa lipca to czas, kiedy w Finlandii, gdzieś od połowy wysokości, widno jest 24 godziny na dobę. Codziennie można jechać dłużej, pokonując 500, czasem 600 kilometrów po bezkresnych szutrach wijących się między jeziorami i bagnami.
No i teraz odnośnie celu. No bo to nie było jasne od samego początku. Wiadomo, że chcieliśmy dojechać jak najdalej na północ, ale jednak religijnie trzymając się TET-a. Ja założyłem, że jak dojedziemy do Inari, to już będę zadowolony, bo od dłuższego czasu chodziło mi to po głowie, a w moich poprzednich dwóch podróżach po Finlandii nie starczyło czasu.

Swoją drogą Inari to ciekawe miasteczko. Stanowi nieformalną stolicę narodu Saamów, którzy uznawani są za ostatni rdzenny lud Europy. Zamieszkują północ Skandynawii od Norwegii, przez Szwecję, Finlandię, aż po północną Rosję i mieszkają tam od tysięcy lat. Zajmują się głównie hodowlą reniferów, a obecnie również branżą turystyczną, choć w mniejszym stopniu. Trzeba zaznaczyć, że łatwo nie mają, a ich relacje z napływowymi Skandynawami nie zawsze dobrze się układają. Saamowie niejednokrotnie są ofiarami szykan i agresji, które mają na celu przejęcie terenów, które klany zajmowały od setek lat. W celu zastraszenia dochodziło do brutalnych napaści na hodowane przez nich renifery, a wykrywalność tych przestępstw niestety jest niska. Ich przyszłość nie maluje się jednak w tak czarnych barwach. Są coraz bardziej aktywni w promowaniu swojej kultury, co przekłada się na większą świadomość oraz podniesienie ich statusu na arenie międzynarodowej.
Ale wróćmy do planów i ich realizacji, bo trochę czasu w tej podróży minęło, zanim podjęliśmy odpowiednie decyzje. Około 100 km w linii prostej na południe od Inari zatrzymaliśmy się na drzemkę i kawę, podziwiając widoki z najwyższej góry (Niekka) w generalnie wypłaszczonym przez lodowce krajobrazie. Patrząc na otaczającą pustkę bez grama cywilizacji, czuliśmy, że mimo niedostatku czasu, jaki nam został, ciągnie nas coś, żeby jechać dalej na północ. Niczym magnes przyciągała nas ta “mityczna” krawędź kontynentu. Uznaliśmy, że tak, zrobimy to! Mając jeszcze trzy dni, dojedziemy nad Morze Barentsa. Czuliśmy, że zajedziemy się do spodu, żeby tam obrócić i wrócić do Sztokholmu na prom, ale cel stał się dla nas jasny.
Gdy następnego dnia dojechaliśmy na upatrzone miejsce nad Tanafjorden w Norwegii, spędziliśmy na dzikiej, kamienistej plaży niezapomniany, chyba najlepszy biwak w życiu, a ten kto nas zna, ten wie, że jesteśmy w tym temacie wyjątkowo wybredni. Sam fjord pełnił w czasie II wojny światowej rolę naturalnego portu dla niemieckiej marynarki wojennej. Wejście do niego bronione było przez liczne stanowiska umocnione i obok jednego z nich rozbiliśmy obóz. Było tam wszystko: plaża, renifery, mgły ciągnące od lądu, ośnieżone góry po przeciwnej stronie zatoki, widok na otwarte morze na północy, bunkry z rozbitym stanowiskiem ogniowym, pozostałości zabudowań koszarowych. No i przede wszytkim pusto, z wyjątkiem kilku osób, które przyjechały powędkować. Nie mogliśmy się na to wszystko napatrzeć, a smażenie burgerów z renifera w tym całym anturażu dopełniało ten już i tak magiczny klimat.

Powrót na prom spod Sztokholmu to była udręka, jakiej dawno nie pamiętam. 1750 km rozbite na 1150 pierwszego i 600 drugiego dnia. Pożegnaliśmy się z fiordem o 4:30 rano czasu norweskiego, a namioty na krótki nocleg rozbiliśmy gdzieś w szwedzkim lesie o 1:30 następnego dnia. Tak jak każdego poprzedniego dnia, w czasie 20-godzinnego maratonu drzemka gdzieś przy drodze z moskitierą na głowie pomagała podratować resztki uwagi i koncentracji, które z niewyspania spadały do niebezpiecznie niskich poziomów. Takie sytuacje, jak Łukasz, który mówił, że przez chwilę zastanawiał się, gdzie on właściwie jest i gdzie jedzie (“To jest Francja? Może Turcja? Nie, chyba jednak Skandynawia”), mówiły nam wyraźnie, że musimy się zatrzymać tu i teraz, walnąć się na ziemi przy drodze i choć chwilę zdrzemnąć.

Trzeba zaznaczyć kilka rzeczy, które są specyficzne w kontekście podróżowania w tym stylu na północ. Przede wszystkim trzeba uważać na renifery, bo to są straszne niezdary. Stoją na drodze i patrzą się, jak się zbliżasz. Kiedy już zwolnisz i zbliżysz się na kilkanaście metrów, zaczynają uciekać wzdłuż drogi, oglądając się, czy dalej za nimi jedziesz. To może dobrą chwilę trwać, zanim zorientują się, że jednak warto pobiec gdzieś w bok… Czasem jakiś wyskoczy z krzaków i na to trzeba szczególnie uważać, tym bardziej że ich umaszczenie dość dobrze ich maskuje w otoczeniu. To, plus łosie, stanowi w zasadzie jedyne niebezpieczeństwo w Skandynawii. Niedźwiedzie, mimo że jest ich mnóstwo we wschodniej Finlandii, nie stanowią żadnego zagrożenia, bo boją się człowieka i unikają kontaktu jak ognia.
Druga sprawa to paliwo. Kiedy zaczynamy podróż w nowym terenie, gdzie sieć stacji benzynowych jest wyjątkowo rzadka, kluczowe jest oszacowanie spalania i przewidywanego zasięgu maszyn żeby nie robić niepotrzebnych skoków poza track w poszukiwaniu paliwa. Czasem bywa, że źle ocenisz (i mnie się tak zdarzyło). Mając motocykl z dodatkowym zapasem paliwa, trzeba wtedy przelewać między zbiornikami, kładąc motocykl w przeróżny sposób, odkręcając i zakręcając poszczególne zaworki, licząc, że jest tam jeszcze resztka, która w końcu spłynie do głównego zbiornika. Jeżeli jest się w grupie, to można sobie przy tym pożartować, ale jeżeli jest się samemu, to już robi się mniej ciekawie.
Trzecia kwestia, i jednocześnie coś, co mnie zaskakuje za każdym razem, gdy jestem w Finlandii, to noclegi nad jeziorami. A raczej trudność z ich znalezieniem, mimo że jezior w Finlandii jest w przybliżeniu, uwaga… 188 000 (tak, słownie: sto osiemdziesiąt osiem tysięcy). Okazuje się mianowicie, że większość terenów nadbrzeżnych albo jest zabudowana prywatnymi daczami, albo na tyle dzika, że w gęstwinie nie rozbijesz namiotu i nie wejdziesz do wody. Poza tym, odważyłbyś się wskoczyć do ciemnej toni dzikiego jeziora, która kolorem, przez nagromadzenie materii organicznej, przypomina mocnego Earl Grey’a, a stopy zapadają się w pływające torfowisko, zanim jeszcze zbliżysz się do brzegu?
No i temat słynnych komarów. Okazuje się, że nie zawsze jest tam tak źle jak opowiadają ludzie, którzy byli w Laponii. No ale tym razem było źle i okazuje się, że albo siedzisz po szyję zanurzony w jeziorze albo pichcisz kolację ubrany w przeciwdeszczówkę i moskitierę. Ale nie ma co narzekać, bo myśmy byli tam tydzień a lokalsi i renifery mają tak na co dzień. Jedna zasada: nie drap! Zostaw to przejdzie. Serio, one są inne niż u nas, bo nawet śladu nie ma tylko trzeba trochę silnej woli.

Ale cała ta podróż nie miałaby tego smaku, gdyby nie coś, co cenimy najbardziej i z czego zrezygnować zdecydowanie nie chcieliśmy. Chodzi oczywiście o niezbędne atrybuty dobrej wyprawy (nieważne, ile ona trwa — dwa dni, tydzień czy miesiąc): gotowanie własnych posiłków, kąpiele w jeziorach i biwaki w wyjątkowych, czasem długo wyszukiwanych miejscach.

Co najbardziej doskwierało? Oczywiście ból czterech liter, komary i ten nieznośny deficyt snu, który budowany był już od pierwszego dnia, kiedy wydawało się, że zgubiona przeze mnie dźwignia zmiany biegów na ekspresówce jeszcze w Polsce pokrzyżuje nam całe plany. Ale dzięki temu, jak wspaniale działa nasza społeczność motocyklowa, udało się w 2,5 godziny załatwić dźwignię i pojechać dalej.
Wszechświat musiał nam ewidentnie sprzyjać, żeby to wszystko się udało.

(fot. Paweł Halastra – TheRuggedRides)